Do dna: epilog

W świetle zachodzącego słońca, kładącego na nadbrzeżne łąki długie zrudziałe cienie, z wału przeciwpowodziowego stoczył się samochód Tomaszewskiego. Podkomisarz prowadził. Na miejscu pasażera siedziała Lena, która ani prośbą ani groźbą nie dała się nakłonić do pozostania w domu. Za policjantem, na tylnej kanapie, jechał ów młody asystent prokuratora, Żbikowski czy Żbiczyński – podkomisarz nie pamiętałCzytajCzytaj dalej „Do dna: epilog”

Do dna, Guślarz!

Tomaszewski nie dowierzał w to, co po powrocie opowiedziała mu Lena. Nie odzywała się przez całą drogę z tamtej nadwiślańskiej łąki do domu. Kiedy weszli do mieszkania, machinalnie zdjęła psu szelki i poszła do kuchni, żeby dać zwierzęciu kolację. Policjant wyszedł z łazienki i zastał żonę wgapiającą się w ścianę, z ręką ściskającą miarkę doCzytajCzytaj dalej „Do dna, Guślarz!”

Do dna, Kasieńko!

Schowana w przybrzeżnych zaroślach patrzyła, jak ludzie w czarnych mundurach otaczają łąkę żółtą taśmą. W niebieskim świetle syren widziała, że zbierają z łąki kości, które zostawiła sobie na następny dzień. Syknęła cicho pod nosem i zanurkowała. W niemal czarnej toni poruszała się z gracją wydry. Długimi białymi dłońmi zagarniała wodę, rwąc pod prąd – pozornieCzytajCzytaj dalej „Do dna, Kasieńko!”

Do dna, Lena!

Lena Tomaszewska zagwizdała głośno na psa, który zawieruszył się gdzieś w nadbrzeżnych szuwarach. Czekając na żółtego kundla, wyglądającego jak skrzyżowanie lisa z labradorem, rozwinęła rękawy koszuli. Nad rozległym wiślanym łęgiem podnosiła się wieczorna mgła, niosąc falę rzecznego chłodu i ciało Tomaszewskiej pokryło się gęsią skórką. Roztarła energicznie lodowate dłonie, żałując, że nie wzięła rękawiczek. NibyCzytajCzytaj dalej „Do dna, Lena!”

Do dna, Tomaszewski!

Mimo lejącego się z nieba skwaru, w prosektorium było nieprzyjemnie zimno. Ciężkie, lepkie powietrze śmierdziało zgnilizną, formaliną i śmiercią. Młody asystent prokuratora po raz kolejny wyrzucał sobie, że nie poszedł na aplikację radcowską. Mógłby teraz siedzieć wygodnie w klimatyzowanym gabinecie, pić mrożoną kawę i inkasować pokaźne pieniądze za poświadczanie umów czy testamentów. Ale nie! SprawiedliwościCzytajCzytaj dalej „Do dna, Tomaszewski!”

Do dna, Petrenko!

Kiedy Ołeh przyszedł do domu w przerwie między zajęciami, już czekali na schodach. Dwóch mężczyzn ubranych po cywilnemu stało pod drzwiami do mieszkania. Chłopak złapał się na tym, że w pierwszej chwili chciał uciekać, ale pomyślał, że właściwie nikomu nie zrobił nic złego. – Małopolska Komenda Policji, podkomisarz Tomaszewski – przedstawił się bełkotliwie pierwszy, poCzytajCzytaj dalej „Do dna, Petrenko!”

Do dna, Kudłaty!

W Krakowie ludzie od czasu do czasu ginęli. Tak już był ten świat skonstruowany. Jedni znajdowali się sami na drugim końcu kraju, innych wyławiano z Zakrzówka, a jeszcze innych wiślany prąd znosił na Dąbie. Jednak myśląc o nieobecności swojego współlokatora, która trwała jak do tej pory niecałe trzy dni, Ołeh nie przejmował się zbytnio. Wiedział,CzytajCzytaj dalej „Do dna, Kudłaty!”

Do dna!

Krople wody rozbijały się o mętną taflę rzeki, tworząc ledwo widoczne w półmroku kręgi. Deszcz przybierał na sile od dobrych kilkunastu minut. Powietrze pachniało dziwną wiosenną mieszaniną kwiatów czarnego bzu, mokrego asfaltu, zwietrzałego ludzkiego moczu i papierosowego dymu. Kilka osób schowało się przed ulewą w wąskim przejściu pod mostem. Stali teraz razem – przez przypadekCzytajCzytaj dalej „Do dna!”

Eurydyka

Tej nocy Kraków wprost nurzał się w brudzie. Ciężkie smogowe powietrze zasnuwało więznące w duchocie ulice, którymi płynął nieprzerwany ciąg ludzi, w większości pijanych lub bliskich temu stanu. Szła, czy wręcz snuła się powoli, bez celu, przyglądając się wytapetowanym piętnastolatkom szukającym sponsorów w klubach. Mijała rozwrzeszczanych włoskich turystów i jak najbardziej miejscowe dziwki oczekujące naCzytajCzytaj dalej „Eurydyka”

Ludzie Morza

Piątej nocy zerwał się silny południowy wiatr. Niósł egipską duchotę i zwiastował sztorm. Hanno krążył po pokładzie, wykrzykując rozkazy. Marynarze uwijali się przy żaglu, a sternik głośnymi okrzykami popędzał wiosłujących niewolników. Statek odpadł od wiatru, zwracając się dziobem dokładnie na wschód. I wtedy od dziobu podniósł się przerażający wrzask: – Szerdanu! – Stojący na okuCzytajCzytaj dalej „Ludzie Morza”