Mimo lejącego się z nieba skwaru, w prosektorium było nieprzyjemnie zimno. Ciężkie, lepkie powietrze śmierdziało zgnilizną, formaliną i śmiercią. Młody asystent prokuratora po raz kolejny wyrzucał sobie, że nie poszedł na aplikację radcowską. Mógłby teraz siedzieć wygodnie w klimatyzowanym gabinecie, pić mrożoną kawę i inkasować pokaźne pieniądze za poświadczanie umów czy testamentów. Ale nie! Sprawiedliwości mu się zachciało! Prawa i porządku! Stał w kącie kostnicy, oparty o stalowy regał ze słoikami pełnymi dziwnych preparatów, kurczowo przyciskając do piersi skórzaną aktówkę – głównie po to, żeby powstrzymać szarpiące jego żołądkiem torsje. Zdrętwiałymi szczękami żuł miętowy cukierek, mając nikłą nadzieję, że zapach mentolu zamaskuje chociaż częściowo wypełniający pomieszczenie odór.

Patolożka była korpulentną kobietą koło pięćdziesiątki. W ręce trzymała zlewkę, z której od czasu do czasu popijała małymi łyczkami rozpuszczalną kawę. Krążyła równocześnie pomiędzy dwoma stołami sekcyjnymi, na których leżało coś, co (jak powiedziano młodemu prawnikowi) jeszcze do niedawna było żywymi i w pełni sprawnymi mężczyznami. Lekarka niemal nie zwracała uwagi na kulącego się w kącie funkcjonariusza wymiaru sprawiedliwości. Spostrzeżenia, które rzucała, były bardziej skierowane do niej samej niż do kogokolwiek innego.

– No pokaż, kochaneczku, co tam masz – pochyliła się nad szczątkami pierwszego z mężczyzn. – Popatrzmy… Tkanki miękkie zostały mechanicznie oddzielone od kości, prawdopodobnie za pomocą nieznanego narzędzia. Na powierzchni czaszki dostrzegalne ślady podobne do ugryzień, jednak nie rozpoznaję zębów. Z pewnością twórcą tych śladów nie był człowiek ani inny ssak, być może jakieś wodne zwierzę. Trzeba będzie skonsultować to z ichtiologiem. Dalej… mężczyzna, lat około trzydzieści, jak już powiedziałam brak tkanek miękkich, oczu, wnętrzności et cetera. Szkielet niekompletny, pozbawiony kości ramieniowych, trzeciego żebra, paliczków lewej dłoni – łyknęła kawy. – Głowy obu kości udowych zostały post mortem wyłamane z dużą siłą, wnętrze pozbawiono szpiku. Lewy staw kolanowy roztrzaskany, prawdopodobnie jeszcze za życia. Złamany trzon kości gnykowej, pęknięte obojczyki. Prawdopodobna przyczyna zgonu: uduszenie, ale bez tkanek miękkich nie mogę powiedzieć wiele więcej. Spójrzmy na drugiego pacjenta… – patolożka odwróciła się ku sąsiedniemu stołowi, pociągnęła łyk kawy i poprawiła opadające na twarz kosmyki włosów. – Mężczyzna, lat sześćdziesiąt pięć – siedemdziesiąt, modus operandi jak wcześniej. Zachowana jedynie czaszka, żuchwa i kość gnykowa połamane na fragmenty. Reszta niekompletna, brak lewej łopatki, drugiego i trzeciego żebra. Mostek pęknięty w dwóch miejscach. Kości długie, jak w przypadku pierwszego pacjenta, przełamane i pozbawione szpiku. Paliczki dłoni i stóp niezachowane. Przyczyna zgonu niemożliwa do ustalenia ze względu na znaczną fragmentaryczność zachowanego materiału.

Kobieta podeszła do lodówki na zwłoki, wyjęła ze środka kanapkę z pasztetem i gestykulując bułką zwróciła się do prawnika:

– Jak pan widzi, prokuratorze, niewiele w tej sprawie mogę powiedzieć. Biegły stomatolog potwierdził, że pana pierwsza ofiara to Adrian Przybylski. Komplet dokumentów powinniście już państwo otrzymać do biura. Niestety druga ofiara jest, jak pan widzi, niemożliwa do identyfikacji. Poinformuję pana, kiedy skonsultuję ze specjalistą ślady narzędzi, czy też zębów, widoczne na czaszkach. Ale nie liczyłabym na cud.

Prawnik pokiwał głową energicznie, po czym gwałtownie rzucił się w stronę wiszącego na ścianie zlewu i potężnym rzygnięciem pozbył się zjedzonego przed dwiema godzinami śniadania. Lekarka popatrzyła na niego z mieszaniną współczucia i politowania. Wygrzebała z szafki czystą zlewkę i postawiła przed nosem mężczyzny.

– Proszę się przemyć i napić. Woda z kranu jest prima sort. Zrobi się panu lepiej. Przepraszam za brak szklanek, zlewka musi panu wystarczyć. Lignina leży na parapecie. Ja niestety muszę wracać do własnych obowiązków.

Asystent prokuratora wybełkotał podziękowanie i rzygnął kolejny raz. Na korytarzu zaszurały kroki. Odwrócił głowę i przez łzy dostrzegł Tomaszewskiego, nieruchomego jak posąg, stojącego w drzwiach.

– Komisarzu… – wyjąkał, przełykając żółć.

– Spokojnie, znajdziemy go – stalowy głos Tomaszewskiego rezonował w wysoko sklepionym pomieszczeniu.

Zapowiadało się kurewsko trudne śledztwo.