Lena Tomaszewska zagwizdała głośno na psa, który zawieruszył się gdzieś w nadbrzeżnych szuwarach. Czekając na żółtego kundla, wyglądającego jak skrzyżowanie lisa z labradorem, rozwinęła rękawy koszuli. Nad rozległym wiślanym łęgiem podnosiła się wieczorna mgła, niosąc falę rzecznego chłodu i ciało Tomaszewskiej pokryło się gęsią skórką. Roztarła energicznie lodowate dłonie, żałując, że nie wzięła rękawiczek. Niby maj, ale noce wciąż były zimne.

– Sammy, cholero, gdzieżeś się zapchał?! – krzyknęła w stronę rdzawo-ołowianej linii rzeki. Coś zaszeleściło, zachrząkało i psi łeb wynurzył się z gąszczu tataraku, jakby sprawdzając, kto go wołał i czego chciał, po czym zwierz wyskoczył wysoko, całkiem jak lis, przesadził kępę dziurawca i przygalopował do swojej pani. W pysku niósł coś, co wyglądało zupełnie jak kość udowa. Ludzka kość udowa, stwierdziła Lena, (było, nie było) fizjoterapeutka z wykształcenia.

– Ej, zostaw to! Puść! Super pies, zostaw, mam tu ciastko dla ciebie! – Usiłowała opanować drżenie głosu, sięgając do kieszeni ze smaczkami. Zapięła psa na smycz, wyjęła telefon z kieszeni i odblokowała ekran. Palec przejechał po szkle urządzenia, wybierając numer jej męża. Podkomisarzu Adamie Tomaszewski, czemu nigdy nie odbierasz, kiedy jesteś potrzebny?!

– Hej, słuchaj… Nie, to nie może poczekać! Sammy właśnie znalazł ludzką kość nad Wisłą. Nie żartuję, wiem, kurwa, jak wygląda ludzka kość. Ok. Zaczekam tu, wyślę ci lokalizację, znajdziesz nas bez problemu. Nie, nie zamierzam jej zabezpieczać: co we własną koszulę mam ją owinąć? Nie ma mowy! Dobra, przyjeżdżaj. A gdzie jesteś? To pół godziny maks. Dobra, dzięki – rozłączyła się i oznaczyła na mapie punkt, udostępniła go, po czym pociągnęła psa pod rosnącą nieopodal rozłożystą lipę. Usiadła na ziemi, oparta plecami o pień drzewa.

Wciągnęła mdląco słodki zapach lipowych kwiatów, nieco przytłumiony wieczorną wilgocią i zamknęła oczy. Serce tłukło się jej o żebra, jakby właśnie wbiegła na wieżę hejnałową Mariackiego. Próbowała uspokoić tętno oddechem, jak uczyła się na jodze. Nie pomogło. Siedziała więc tak, z opuszczonymi powiekami, trzęsąc się z zimna, strachu i trochę z jakiegoś nieokreślonego obrzydzenia. Wymacała ubłocone cielsko psa i przytuliła się do wilgotnej sierści. I wtedy usłyszała, że ktoś śpiewa.

Wysoki głos rozpraszał się we mgle, odbijał od kałuż i zdawał się dobiegać zewsząd i znikąd jednocześnie. Lena wstrzymała oddech i wsłuchała się w słowa. Kojarzyła je blado, ale tym razem brzmiały, jakby ktoś grał je na pile.

Z tamtej strony jeziora

Stoi lipka zielona

A na tej lipce, na tej zielonieńkiej

Trzej ptaszkowie śpiewają

Lena zerwała się na równe nogi i rozejrzała uważnie. Udało jej się w końcu określić kierunek – dźwięk dochodził od strony rzeki. Nie z przybrzeżnych zarośli, tylko ze środka nurtu… Wzięła psa na krótką smycz i na miękkich nogach podeszła do wody. Miała do przejścia jakieś sto, może sto dwadzieścia metrów łąki, ale czuła, jakby to było podejście na Rysy.

Nie byli to ptaszkowie

Tylko trzej braciszkowie

Co się spierali o jedną dziewczynę

Który ci ją dostanie

Tomaszewska była już bardzo blisko i mogła usłyszeć wyraźnie słowa kolejnej strofy. Spojrzała ponad trzcinami, w stronę zwalonego pnia wbitego konarami w środek rzeki. I znieruchomiała.

Na martwym drzewie leżała dziewczyna, albo ktoś bardzo do dziewczyny podobny. Szarozielonkawe, przypominające wodorosty włosy kleiły się do jej mokrej białej koszuli sięgającej nad kolano, ściśle oblepiającej chude ciało. W wieczornym półmroku Lenie zdawało się, że dziewczyna ma niebieskawą skórę, ale to pewnie była tylko gra cieni. A może tatuaż? Ludzie teraz tatuowali sobie ciała w bardzo dziwny sposób. Dziewczyna najwyraźniej usłyszała Tomaszewską. Uniosła się na łokciu i spojrzała na kobietę bezczelnie, nie przerywając śpiewania.

Jakże nie mam smutna być?

Za starego każą iść

Czasu tak niewiele,

Jeszcze dwie niedziele

Mogę miły z tobą być!

Skończyła strofę i gwizdnęła. Sammy, ten zdradziecki sprzedajny kundel, zamerdał ogonem, jakby dziewczyna z rzeki była jego najlepszą przyjaciółką i szczeknął krótko. W odpowiedzi zaśmiała się i pokazała Lenie język.

Tomaszewska myślała intensywnie. Dziewczyna mogła być świadkiem. Lub sprawczynią. Powinna ją jakoś zatrzymać do przyjazdu Adama, ale nie wiedziała jak. Wydłużyła smycz i nie zważając na buty na nogach weszła po kolana do wody. Dno opadało gwałtownie i kobietę od drzewa wciąż dzieliło kilkadziesiąt metrów. Muszę ją zagadać, myślała, ale jak?

– A tego nie powinno się śpiewać szybciej? – Spróbowała ostrożnie. Dziewczyna spojrzała na nią niezwykle jasnymi, przenikliwymi oczami, nawet w szarówce zmierzchu sprawiającymi wrażenie dziwnie nieludzkich, po czym przekoziołkowała i wpadła płasko do wody. Lena krzyknęła, ale głowa dziewczyny wynurzyła się z nurtu kawałek dalej, jak łeb jakiegoś wodnego zwierzęcia. Jej usta rozchyliły się i wydawało się, że już-już miała odpowiedzieć. Ale wtedy po rzece przetoczył się narastający huk silnika. Lena spojrzała w stronę nadpływającego od strony miasta policyjnego pontonu, a kiedy odwróciła wzrok z powrotem, dziewczyny nigdzie już nie było.

– Stój, policja! – Wykrzyknął funkcjonariusz za sterem, redukując obroty silnika i oświetlając brzeg mocnym snopem światła. – Zakaz kąpieli, proszę wyjść z wody!

– Podkomisarzowa Lena Tomaszewska. Dziękuję, panowie, chętnie bym wyszła, bo strasznie mi zimno, ale nie mogę. Koledzy z firmy już jadą, a to – wskazała na łąkę za sobą – to miejsce zbrodni. Usiłuję go nie zadeptać.

Policjanci na łodzi szeptali chwilę między sobą, podpływając bliżej. W końcu pokiwali głowami i sternik zwrócił się do Leny.

– Podejdziemy do brzegu. Może pani zaczekać u nas na pana podkomisarza, bez sensu, żeby pani marzła. I proszę się nie przejmować psem, nasz wodołaz został na Dębnikach.

– Bardzo dziękuję, panowie – Tomaszewska jeszcze raz spojrzała na poprzecinany falami nurt, ale dziwnej dziewczyny nigdzie już nie było. Z pomocą funkcjonariusza podciągnęła się na pokład łodzi i usiadła na rufie. – To bardzo miło z waszej strony.

Policjanci nie wyczuli w jej głosie ani nuty ironii, ani wielkiego widma przestrachu.