Tomaszewski nie dowierzał w to, co po powrocie opowiedziała mu Lena. Nie odzywała się przez całą drogę z tamtej nadwiślańskiej łąki do domu. Kiedy weszli do mieszkania, machinalnie zdjęła psu szelki i poszła do kuchni, żeby dać zwierzęciu kolację. Policjant wyszedł z łazienki i zastał żonę wgapiającą się w ścianę, z ręką ściskającą miarkę do karmy wiszącą w połowie drogi pomiędzy pojemnikiem na chrupki a miską. Objął Lenę czule, wyjął z jej dłoni naczynie i odstawił je na blat. Dopiero wtedy zaczęła mówić.

– To ona – szeptała, wciąż wpatrzona w ścianę.

– Kto? – Nachylił się jeszcze bliżej i odgarnął włosy z karku kobiety. Wzdrygnęła się.

– Była tam, w wodzie. Śpiewała jakąś piosenkę – głos Leny był matowy i nijaki, jakby dobywał się z dna studni.

– Dobrze, mała. Ale kto?

– Rusałka. To ona zabija tych wszystkich ludzi. Jestem tego pewna! – Odwróciła się nagle i spojrzała podkomisarzowi głęboko w oczy.

– Chcesz mi powiedzieć, że tam nad Wisłą widziałaś rusałkę? I to ona zabija tych facetów?

Przytaknęła i wtuliła się w niego mocno. A on nie uwierzył. Ale wiedział, że Lena nie kłamie. Umiał rozpoznać kłamstwo jak mało kto. Trzeba było zatem ustalić, co lub kogo naprawdę widziała jego żona, bo inaczej śledztwo stanie w miejscu.

Wciąż obejmując kobietę, odprowadził ją do dużego pokoju i usadził na kanapie. Chociaż nie dała tego po sobie poznać, zapewne wciąż była w szoku. Musiała odpoczywać. Jemu pozostawało tylko definitywnie odrzucić niedorzeczne twierdzenie o rusałkach. I chyba był na to sposób.

Następnego ranka samochód Tomaszewskiego toczył się powoli w korku przez Aleje w stronę Kleparza. Jeśli ktoś mógł wiedzieć cokolwiek o rusałkach, to w tym mieście była tylko jedna osoba – Guślarz. Rzecz jasna nie był prawdziwym guślarzem, a drobnym gangsterem, który dorobił się na handlu nielegalnie sprowadzanymi ezoterycznymi gadżetami, takimi jak dłonie mumii, wyszabrowane z grobów amulety czy podrabiane relikwie. W ten sposób zapracował na swoje pseudo. Być może nawet potraktowano by go łagodnie, ale w pewnym momencie wziął się za dilerkę psychotropów, których jego klienci potrzebowali rzekomo do wypełniania „magicznych” rytuałów. Po tej akcji antynarkotykowy natychmiast go zapuszkował i Guślarz czekał teraz na kolejną rozprawę w areszcie na Montelupich.

Tomaszewski mijał właśnie skrzyżowanie z Czarnowiejską i zastanawiał się, czy nie odpalić gwizdków i nie przelecieć buspasem, ale ten także stał – sznur miejskich autobusów i taksówek toczył się niewiele szybciej niż reszta aut. Policjant dał sobie spokój i postanowił wykorzystać ten czas inaczej. Wyjął ze schowka kanapkę, wgryzł się w żytni chleb z pastą jajeczną i zaczął myśleć.

Oczywiście nie liczył na to, że Guślarz jest jakimś specem, egzorcystą-amatorem, który poda mu przepis na skuteczne pozbycie się rusałek. Może jednak słyszał od któregoś ze swoich klientów o jakimś świrze zafascynowanym wodnikami albo szczególnie rozmiłowanym w ogryzaniu ludzkiego ciała do gołej kości? W najgorszym razie Tomaszewski straci kilka godzin. Kilka godzin z takim szurem to wysoka cena, ale tym razem chyba warto ją było zapłacić. I tak musiał czekać, aż patolożka skończy oględziny szczątków znalezionych przez Sammy’ego.

Sznur samochodów dotoczył się w końcu do Nowego Kleparza i Tomaszewski z wyraźną ulgą skręcił w Kamienną, żeby już po chwili stanąć pod starym budynkiem aresztu. Wpisał się na listę przy wejściu, zdał broń dyżurnemu i przeszedł do pomieszczenia dla odwiedzających. W oczekiwaniu na Guślarza usiadł przed pleksi odgradzającą go od rozmówcy, na pokrytym łuszczącą się zieloną farbą krześle i czekał.

Drzwi za szybą otworzyły się i funkcjonariusz wprowadził barczystego starszego mężczyznę. Rozkuł mu ręce i usadził naprzeciwko Tomaszewskiego. Równocześnie unieśli słuchawki.

– Znamy się? – Głos Guślarza był zadziwiająco wysoki, przy tak potężnej posturze.

– Ja cię znam, Guślarz. I to wystarczy. A teraz mam do ciebie kilka pytań.

– I co mnie niby przekona, żeby ci cokolwiek mówić? Przerwałeś mi lekturę nowej Bondy! – Już miał odłożyć słuchawkę, gdy podkomisarz przyłożył do szyby swoją blachę.

– Och, pan podkomisarz! To zmienia postać rzeczy. Teraz powinienem cię ignorować stojąc na baczność – wyszczerzył się paskudnie.

– Nie drwij, Guślarz. I nie idź nigdzie. Mam jedno pytanie.

– Tylko jedno? – Uniósł brwi.

– Tak – skinął policjant. – Reszta zależy od ciebie.

– No dobra. Słucham.

Tomaszewski wahał się krótką chwilę, przekonany o irracjonalności stwierdzenia, które miał wypowiedzieć. Ale w końcu spytał.

– Co wiesz o… rusałkach?

Guślarz milczał długo. Bardzo długo. Ale w jego oczach było widać, że gdzieś w głębi czaszki pracuje skomplikowany mechanizm, starając się dobrać właściwą odpowiedź do niedorzecznego pytania.

– Mają słabe staty w Hirołsach – syknął w końcu do słuchawki.

– Poważnie pytam – palce podkomisarza zabębniły o blat.

– A ja poważnie odpowiadam. No dobra, ale takie rusałki w realu… Czekaj, kundlu. Czy chcesz mi powiedzieć, że o te ostatnie morderstwa podejrzewacie rusałkę? Serio?

– Skąd o nich… A, nieważne zresztą. Nie ty tu zadajesz pytania. Jeśli nie chcesz, żeby po powrocie do celi zrobiło się niemiło, odpowiedz. Tak po prostu.

– Już, już. Czemu tak niekulturalnie? To tylko pytanie pomocnicze. – Podrapał się po ostrzyżonym łbie, zupełnie jak małpa, i ciągnął: – Czy chodzi o rusałkę taką, co morduje ludzi? Bo może być też rusałka, co tylko mami, albo taka, co mami, rucha i wypuszcza.

– Taka, co morduje – potwierdził cicho Tomaszewski.

– Obiecałem, że odpowiem, to odpowiem. Wiem coś niecoś. I wiem też, że jeżeli to naprawdę rusałka, to macie prze-je-ba-ne.

– Można jaśniej? – Podkomisarz prychnął w słuchawkę.

– Można. Ile masz czasu, psie?

– Sporo. Zarezerwowałem sobie dla ciebie cały ranek.

– Jak mi podrzucisz jakąś dobrą szamkę z kantyny i kawę, taką prawdziwą, z ekspresu, to opowiem ci sztos historię. Tylko nie spodoba ci się, jakie wnioski z niej dla ciebie płyną.

Tomaszewski milczał chwilę i analizował sytuację. W końcu odchrząknął i spojrzał Guślarzowi głęboko w wodniste nijakie oczy.

– Z mlekiem ta kawa?