Język naprawdę kształtuje rzeczywistość. Wydaje się, że to truizm, ale jednocześnie bardzo często zapominamy, jak plastycznym i potężnym narzędziem jest mowa. Mowa szczególnie – słowo pisane nie zawsze nadąża za zmianami, które w rozmowie pojawiły się już jakiś czas temu.

Chęć napisania o kształtującej świat mocy języka przyszła mi po przebrnięciu przez kolejną falę debaty na temat stosowania feminatywów oraz zaimków dla osób niebinarnych. Dzisiaj więc kilka słów na temat tego, w jaki sposób ja jako twórca odnoszę się do tej kwestii i dlaczego uważam, że jest niezwykle istotna społecznie.

Język nie jest z gumy

Argument o tym, że język nie jest z gumy i ma ograniczoną „rozciągliwość”, przez co nie może pomieścić wszystkich tych „dziwnych” nowych form, zrywających z określoną tradycją gramatyczną, jest podnoszony nad wyraz często. Przewrotnie się z nim zgodzę – język naprawdę nie jest z gumy, bo guma ma swoją określoną wytrzymałość, po przekroczeniu której się zerwie.

Języka nie da się zerwać. Nie jest on stałym, niezmiennym bytem, trwalszym niż ze spiżu, ale dynamicznym środkiem procesu komunikacji. Normy słownikowe, na które chętnie powołują się językowi konserwatyści, nie są jedyną obowiązującą formą języka. To tylko obraz najczęściej używanych słów i fraz, dających się naukowo opisać i uzasadnić. Słownik więc pokazuje stan rzeczy z (nieraz bardzo odległej) przeszłości, ale nie nadąża za bardzo szybko zmieniającym się uzusem, tj. praktyką językową.

Stąd językoznawcy obserwują przestrzeń publiczną, fora internetowe i copypasty oraz ogłaszają coroczny plebiscyt na „młodzieżowe słowo roku” – to próba choć częściowego zarejestrowania zmian, które zachodzą w mowie potocznej. Niektóre z nich wejdą później do w miarę stałego użycia, jak chociażby „dzban”, „dziaders”, „iksde”, a inne zostaną kompletnie zapomniane. Taka już jest kolej rzeczy.

Mówiąc krótko, słownik jest jak piracki kodeks w „Piratach z Karaibów” – to nie prawo, tylko raczej zbiór luźnych sugestii. I choć tak jak w żegludze obowiązują pewne zasady, można je w różnym stopniu naginać, „aby język giętki, powiedział wszystko, co pomyśli głowa”.

Wiele hałasu o nic?

Sceptycy (i sceptyczki!) twierdzą, że te feminatywy to jakaś fanaberia. No bo przecież można powiedzieć „pani premier”, a nie „premierka” – jak to brzmi! Jakoś tak mało poważnie. Tymczasem, jak dowodzą liczne badania, im częściej używamy feminatywów, tym lepiej przyswajamy obraz kobiety na danym stanowisku i nie ograniczamy się jedynie do wyobrażenia mężczyzny w określonej roli. Im częściej o mojej prawniczce będę mówił per „adwokatka” czy „pełnomocniczka”, a nie „pani prawnik/adwokat/pełnomocnik”, tym bardziej naturalne (w sensie – swobodne, nie budzące sprzeciwu) będzie wyobrażanie sobie zarówno kobiet, jak i mężczyzn pracujących na stanowiskach prawniczych. Nie będę się jakoś szczególnie rozwodził nad tym tematem, bo już wiele osób napisało o nim lepiej i więcej. Polecam szczególnie tekst Marcina Napiórkowskiego „Żeńskie końcówki to kwestia życia i śmierci”, który właśnie jako sceptyk wykazuje, dlaczego tak istotne jest oswajanie się z żeńską formą wielu wyrazów.

Na marginesie dodam, że problem, który wydaje się kompletnie współczesny, ma swoje lata. Abstrahuję tu od okresu kształtowania się języków narodowych i tego, że w XIX i XX wieku polskie słowniki notowały używanie feminatywów takich jak „profesorka”, „doktorka” etc. (odsyłam m.in. do tego tekstu). Już wcześniej języki, które dają możliwość tworzenia feminatywów, bardzo chętnie ich używały. Stąd wiemy chociażby, że w Rzymie oprócz gladiatorów walczyły także gladiatrices, które podobnie jak inni starożytni, czciły bogów i boginie (deis deabusque). Ten pierwszy z brzegu przykład pokazuje, że jeśli zapamiętamy obok słowa gladiator słowo gladiatrix, dużo trudniej będzie nam myśleć o tej profesji jako domenie wyłącznie męskiej. Inny przykład, biblijny: zarówno w Starym, jak i w Nowym Testamencie występują prorokinie – kobiety oddane Bogu, sprawujące sądy i doradzające ludziom. Słowo „prorokini” (profētis) to feminatyw od słowa „prorok” (profētēs) i autorzy biblijni konsekwentnie używają tego rozróżnienia.

Jeszcze jeden prorok? Dukaj i jego -izmy

W „Perfekcyjnej niedoskonałości”, pisanej w latach 1998-2000, Jacek Dukaj w typowy dla siebie sposób przekształca polszczyznę, żeby pokazać zmiany w świecie przedstawionym. Tym razem jest to wyodrębnienie się klasy post-human beings (phoebe’ów), czyli osób, które zrezygnowały z ciała i istnieją jako projekcja umysłu we współdzielonej z innymi przestrzeni wirtualnej. Dukaj spostrzegł przy tym jedną rzecz – skoro phoebe’owie nie mają ciała, nie mogą mieć również żadnej płci, będącej przecież cechą cielesną. Zarówno u osoby cis, jak i u osoby trans, płeć (gender) realizuje się na styku ciała i kultury. A co zrobić, jeśli tego ciała nie ma?

Jacek Dukaj zdecydował się na utworzenie nowego rodzaju gramatycznego, niebędącego „tradycyjnym” rodzajem nijakim, tylko przeznaczonego wyłącznie dla phoebe’ów. Podczas lektury książki potrzebowałem chwili, żeby się w niego wdrożyć, ale po kilkunastu stronach stał się dla mnie w miarę intuicyjny. I teraz, gdybym tylko chciału, mogłubym się nim całkiem sprawnie posługiwać – nie widzę przeszkód, żebym nie mogłu stosować tzw. „dukaizmów”. Ale jako cis-facet nie widzę także takiej potrzeby.

Są jednak osoby niebinarne, które z problemem odnoszenia do siebie konkretnego istniejącego rodzaju gramatycznego stykają się na co dzień. Część z nich faktycznie zaczęła używać „dukaizmów”, żeby podkreślić swój brak przynależności do rodzaju męskiego oraz żeńskiego. Część stosuje rodzaj nijaki, który jest o tyle kłopotliwy, że w polszczyźnie nie występuje w pierwszej osobie (ani liczby pojedynczej, ani mnogiej) i trzeba te formy na bieżąco tworzyć. Prościej jest w pisowni, gdzie samogłoskę definiującą rodzaj można zastąpić gwiazdką lub iksem, ale to wciąż rozwiązanie, wydaje mi się, prowizoryczne.

Język polski, podobnie jak inne języki indoeuropejskie, przez setki lat rozwijał się w oparciu o wizję świata, w której ludzkość podzielona jest zgodnie z płcią biologiczną na mężczyzn i kobiety, a wszystkie te „niższe” byty, takie jak dzieci czy zwierzęta, można jeszcze „obsłużyć” rodzajem nijakim. To oczywiście uproszczenie, bo piszę tekst na bloga, a nie książkę o językowej wizji świata, ale wiesz chyba, o co mi chodzi.

Jeśli ktoś nie pasowału do tej wizji – przyczyny mogą być różne, od biologicznej interseksualności po sprzeciw wobec przyjętych dla jenu płci norm społecznych – to kazano jenu zacisnąć zęby i się dopasować. Inaczej mogłu odejść ze społeczności i zginąć gdzieś, albo wieść samotne życie w głuszy. Średnio optymistyczna perspektywa.

Dziś osoby niebinarne mówią: „basta!”. I bardzo słusznie. Będzie dygresja osobista – pamiętam, że gdy byłem mały, to przechodnie na ulicy podchodzili do mojej mamy i zachwycali się mną: „jaka ładna dziewczynka!”. I uwierz, że misgenderowanie potrafi zaboleć. Nie wiem, jak boli, gdy ma się 30 lat, ale jeśli ma się 3, to boli bardzo. Rozumiem za to, że nawet jeśli używanie niewłaściwych zaimków czy form czasownikowych nie jest szczególnie traumatyzujące, to może być denerwujące i na dłuższą metę skutkować poważniejszymi problemami.

Mam więc nadzieję, że w polszczyznę na stałe wejdą formy umożliwiające zachowanie neutralności płciowej (jak dukaizmy) przy jednoczesnym zachowaniu podmiotowości (w przeciwieństwie do rodzaju nijakiego).

Co Exner na to?

Literatura nie jest i nie powinna być normatywna. To znaczy, że dla mnie wyznacznikiem „prawidłowości” przy pisaniu nie jest słownik i ustalenia językoznawców, tylko praktyka językowa – sposób, w jaki ludzie mówią i kształtują polszczyznę na własne potrzeby. To sprawia, że muszę brać pod uwagę wszystkie te zjawiska wynikające ze zmian społecznych i przesuwania się norm od dualistycznego (męsko-damskiego) obrazu społeczeństwa w stronę inkluzywności uwzględniającej potrzeby poszczególnych użytkowniczek i użytkowników.

Po wtóre, w moim pisaniu (zarówno naukowym, jak i literackim) od dawna dążę do precyzji w nazewnictwie. Doskonałym narzędziem do jej osiągnięcia są feminatywy. Jeśli moja bohaterka (feminatyw) zajmuje się alchemią, jest alchemiczką (feminatyw), a nie „kobietą-alchemikiem”. Jeśli jest zawodową wojowniczką (feminatyw), to powiem o niej „żołnierka” (feminatyw), a nie „kobieta-żołnierz”. I tak dalej, ad infinitum. Podobnie jak przy opisie ruchu wybiorę „zerwał się” zamiast „gwałtownie się podniósł”, przy pisaniu o kobietach będę konsekwentnie używał feminatywów, bo dają dużo większą precyzję i pozwalają na sprawniejsze przedstawienie opisywanej rzeczywistości.

Po trzecie i najważniejsze – literatura, film i cała szeroko rozumiana popkultura kształtują nasz (uczestniczek i uczestników kultury) sposób patrzenia na świat. Jeśli w tekstach częściej będą się pojawiać feminatywy, stopniowo przyzwyczaimy się do tego, że określone role mogą być spokojnie realizowane przez kobiety. Jeżeli w powieści lub serialu pojawi się osoba niebinarna, raz, drugi, dziesiąty, w końcu przekonamy się, że takie osoby istnieją a ich potrzeby komunikacji za pomocą określonych zaimków czy nowo tworzonych form nie są wzięte z kosmosu, tylko wynikają z istotnej potrzeby społecznej.

To prawda, że piszę głównie dla rozrywki – swojej i Twojej. Pisanie jest dla mnie formą spędzania wolnego czasu, tak jak dla kogoś innego siedzenie przed telewizorem czy wyjście na jogging. Ale termin „rozrywka” wcale nie wyklucza tego, że moje teksty mogą się w pewien sposób przyczynić do zachodzących zmian społecznych.

Czy zmiany te są potrzebne? Uważam, że nie tylko są potrzebne, ale są również nieuniknione. A nieuwzględnianie komunikacyjnych interesów małych grup (jak osoby niebinarne) czy tym bardziej połowy społeczeństwa (kobiet) jest zwyczajną ignorancją – przymykaniem oczu na istnienie tych grup, której dopuszczamy się jedynie z powodu własnego lenistwa. No bo przecież „chirurżka” tak brzydko brzmi…