W świetle zachodzącego słońca, kładącego na nadbrzeżne łąki długie zrudziałe cienie, z wału przeciwpowodziowego stoczył się samochód Tomaszewskiego. Podkomisarz prowadził. Na miejscu pasażera siedziała Lena, która ani prośbą ani groźbą nie dała się nakłonić do pozostania w domu. Za policjantem, na tylnej kanapie, jechał ów młody asystent prokuratora, Żbikowski czy Żbiczyński – podkomisarz nie pamiętał dokładnie jego nazwiska. Obok zaś, wciąż skuty kajdankami, siedział Guślarz.

Prokurator, kiedy tylko usłyszał o szalonej teorii Tomaszewskiego i jego równie oderwanym od rzeczywistości planie, próbował mu jego wykonanie wybić z głowy. Widząc, że nic nie wskóra, zabronił policjantowi brać jakiekolwiek wsparcie, żeby niepotrzebnie nie trwonić sił i środków, a przy okazji nie narażać krakowskiej policji na śmieszność. Zalecił jedynie, żeby w operacji brał udział jego asystent, na co zarówno Tomaszewski, jak i Żbiczyński czy Żbikowski zgodzili się z wyraźną niechęcią.

Plan był faktycznie niepodobny do niczego, co Tomaszewski kiedykolwiek robił w firmie. Ze słów Guślarza wynikało bowiem, że rusałka jest niezwykle mordercza, ale także niezwykle lubieżna i w chuci swojej nienasycona. Gdyby tylko znaleźć przystojnego mężczyznę w pełni sił witalnych, który zwabiłby ją odpowiednio blisko brzegu, można by rusałkę uwięzić lub zabić, aby nikogo już nie skrzywdziła. Tomaszewski wiedział, że musi to zrobić sam. Nie chciał narażać żadnego z kolegów, a już z pewnością nie chciał, żeby morderstwa ciągnęły się nadal.

Zatrzymał samochód na końcu gruntowej drogi. Siedział chwilę nieruchomo, z ręką na kluczyku.

– Adam! – Wyszeptała z niepokojem Lena. – Wszystko ok?

Otrząsnął się i wymruczał coś niezrozumiale. Wyjął klucz ze stacyjki. Wysiedli.

– Ach, świeże powietrze! Jak miło – roześmiał się Guślarz i zaciągnął się mocno mieszaniną łąkowych zapachów. W bukiecie dominowały słodkie wonie ziół, ale gdzieś pod nimi czuć było mokry fetor wodorostów i gnijącego rybiego mięsa.

– Nie przyjechaliśmy na piknik, Guślarz – mruknął Tomaszewski sucho. – Musimy zaczynać.

– Rozkuj mnie. – Aresztant wyciągnął ręce w stronę policjanta.

– Jeszcze czego!

– Mieliśmy umowę! Rozkuj mnie, muszę mieć wolne ręce, jeśli mam ci pomóc – powtórzył z naciskiem.

Podkomisarz westchnął i wydobył z kieszeni mały klucz. Zbliżył się do Guślarza, ale nie sięgnął jeszcze do jego wyciągniętych dłoni, tylko zwrócił się do młodego prawnika.

– Żbikowski…

– Żbiczyński – skorygował go asystent prokuratora. – Ale może być po prostu Marcin.

– Marcin. Dobra. A zatem – prawa ręka Tomaszewskiego powędrowała pod pachę, do wiszącego na szelkach Glocka. – Zaraz rozkuję tego chujka. Jest nieobliczalny, ale niestety go potrzebujemy. Jeśli odwali coś głupiego albo będzie próbował pryskać, strzelaj bez wahania. Najlepiej śmiertelnie. Z trupa będzie nam się łatwiej wytłumaczyć niż z procesu o odszkodowanie. Zwłaszcza, że stary obiecał zamaskować całą naszą dzisiejszą akcję.

Marcin Żbiczyński zbladł, zaciskając mocno usta, ale skinął głową. Wziął od Tomaszewskiego broń i zważył ją w dłoni.

– Umiesz się tym posługiwać, prawda? Widziałem cię kiedyś na strzelnicy – upewnił się podkomisarz.

– Ta… tak – wyjąkał. – Strzelałem trochę spo… spo… sportowo, ale nigdy…

– Nieważne – przerwał mu Tomaszewski. – Mam nadzieję, że ten głąb nie jest aż taki głupi i nie będziesz musiał tego używać. Jakby co, wytrzyj potem broń, żeby nie było śladów. Zwalisz na mnie.

Słysząc to, Lena raptownie wciągnęła powietrze, jakby chciała zaprotestować, ale mąż uciszył ją wzrokiem. Następnie spojrzał z wyraźnym obrzydzeniem na Guślarza i zbliżył się do niego, żeby w końcu oswobodzić mu ręce.

Uwolniony roztarł nadgarstki i strzelił stawami, aż się echo poniosło. Uśmiechnął się szczerze i niemal życzliwie, po czym z niezwykłym entuzjazmem zatarł ręce i krzyknął półgłosem:

– To jak, zaczynamy?

W odpowiedzi Tomaszewski skinął tylko i gestem zachęcił aresztanta do działania. Guślarz obszedł go wokół, jakby oglądał towar w sklepie i zaczął dyktować.

– Po pierwsze, musisz się rozebrać. Nie zamierzasz chyba wabić rusałki nago! – Obleśnie przejechał językiem po górnych zębach, na co Lena mruknęła coś, co brzmiało jak „stary zboczuch”, ale żaden z nich nie słyszał tego dokładnie. Tomaszewski posłusznie zdjął szelki z pustą kaburą, bluzę z kapturem i służbowy podkoszulek z napisem POLICJA. Gdy sięgał do butów, jego obnażony tors już zdążyła pokryć gęsia skórka. Drżącymi rękami rozpiął pasek i zsunął dżinsy. Przy bokserkach zawahał się na chwilę, ale popędzający gest guślarza nie pozostawiał wątpliwości.

Żbiczyński starał się nie patrzeć w tamtą stronę, przenosząc wzrok to na trzymanego w ręce Glocka, to na głowę Guślarza, w którą miał w razie wypadku strzelać. Lena spoglądała na marznące ciało męża ze współczuciem, powstrzymując łzy. W jego nagości nie było niczego podniecającego. Była tylko bezbronność i delikatność, jakiej nigdy wcześniej u Tomaszewskiego nie widziała.

Guślarz zaś gapił się na niego bezczelnie. Otaksował umięśnione ciało policjanta i wymruczał pod nosem „nada się”, po czym zarządał od Leny torby z bagażnika, którą przed wyjazdem kazał sobie przygotować. Otworzył worek i wydobył z niego kilka puszek z roślinnym barwnikiem. Otworzył jedną. Zanurzył brudny paluch w rdzawym roztworze i stanął przed Tomaszewskim.

– Wiem, co myślisz. Ale to cała ochrona, jaką ci mogę dać. – I nie czekając na pozwolenie zaczął kreślić na skórze policjanta magiczne wzory i formuły. Swargą zaznaczył splot słoneczny, esowatymi liniami opisał żebra i kręgosłup. Wzdłuż obojczyków i na płatach łopatek umieścił jakieś hebrajskie napisy, a podbrzusze i krocze opisał runami. Po kilkunastu minutach Tomaszewski wyglądał, jakby wpadł w ręce szalonego tatuażysty owładniętego maniakalnym synkretyzmem religijnym. Cały, od czubka głowy po palce u stóp, pokryty tajemniczymi znakami stał teraz, trzęsąc się z zimna i czekał, aż barwnik przeschnie.

– Mam nadzieję, że to się zmyje – syknęła Lena.

– Jak go dobrze wyszorujesz, będzie jak nowy – wyszczerzył się Guślarz. – Oczywiście, o ile rusałka mu czegoś nie odgryzie.

Kobieta zgrzytnęła zębami, ale nic nie mogła zrobić. Żeby zająć czymś ręce, zebrała rozrzucone na masce samochodu rzeczy męża i zaczęła je układać w możliwie równą kostkę.

– Dobra – Guślarz dźgnął Tomaszewskiego palcem i popatrzył na opuszkę zadowolony. – Chyba wyschło. To teraz do wody!

– Do wody? – Zdziwił się Żbiczyński.

– No kurwa, jasne, że do wody. Jak chcesz zwabić rusałkę, nie wchodząc do wody?

– I co mam niby w tej wodzie robić? – Sarknął podkomisarz.

– Postaraj się być sexy – wyszczerzył się Guślarz jeszcze paskudniej, niż przed momentem. – Popływaj sobie, porzucaj czupryną, jak w reklamie szamponu… Musisz skusić kusicielkę. Wiesz przecież. A ty – wskazał paluchem na młodego prokuratora – czekaj tu przy samochodzie. Jeszcze mnie zdążysz zastrzelić, ale jeśli zrobimy tłum na brzegu, to ta wodna suka nigdy się nie pojawi. Lena, złotko, ty chodź z nami na dół. I weź sieć.

Zeszli na trawiasty brzeg, przeorany zwieszającymi się tuż nad nurtem korzeniami wierzb i topoli. Guślarz ustawił nagiego Tomaszewskiego w miejscu, a wokół niego usypał półkole z soli.

– Jeśli przyjdzie – powtarzał – wciągnij ją dokładnie w to miejsce i zatrzymaj na chwilę. Wtedy wchodzimy my.

Podkomisarz skinął. Przyzwyczaił się już do zimna, a woda w Wiśle okazała się niewiele chłodniejsza od powietrza. Wszedł ostrożnie w nurt, badając stopą nierówności dna i jednocześnie starając się wyglądać jak najbardziej ponętnie, jak tylko mógł. Ale nie umiał. Był psem. Od lat przybierał codziennie zimny, niedostępny wyraz twarzy i ostre, kanciaste ruchy. Pomagało mu to zapanować nad emocjami i wywierać presję na przesłuchiwanych. Tymczasem ten świr wyciągnięty na chwilę z Montelupich wymagał od niego kompletnego przeciwieństwa.

Tomaszewski zanurzył dłonie w wodzie, następnie przykucnął, chowając się w nurcie po szyję. Zrobiło mu się cieplej, bo nie czuł lekkiego wiosennego wiatru ciągnącego korytem rzeki. I wtedy, do jego uszu dotarł niosący się po powierzchni wody śpiew.

Z tamtej strony jeziora

Stoi lipka zielona

A na tej lipce, na tej zielonieńkiej

Trzej ptaszkowie śpiewają

Policjant zamarł w bezruchu i spróbował określić kierunek, z którego dochodził głos. Bo że był to głos rusałki, nie miał żadnych wątpliwości. W szarówce zmierzchu usiłował wypatrzeć białą koszulę, o której wspominała Lena albo jakikolwiek ruch. Jest! Faktycznie w krzakach na drugim brzegu coś błysnęło przybrudzoną bielą, rozległ się świdrujący śmiech i plusk, a po chwili zielonkawa głowa wychyliła się na chwilę spod wody gdzieś w środku nurtu i ponownie zniknęła. Tomaszewski nie lubił tracić zagrożenia z oczu. I miał rację.

Nagłe szarpnięcie za kostkę pozbawiło go równowagi, ale coś, co go ułapiło, puściło nagle. Może to magia Guślarza go chroniła? Rusałka bała się go dotknąć? Drugie szarpnięcie. Odrzucił pomysł. Szapiącymi ruchami próbował płynąć do brzegu i ochronnego kręgu z soli, ale wodniczka ciągnęła go do dna. Plusk – w głowę uderzyła go rzutka liny. Ułapił się jej i czyjeś potężne ręce pociągnęły go powoli, ale miarowo w stronę brzegu. Rusałka wciąż trzymała go za kostki. Chciał wierzgnąć, ale przestraszył się, że wtedy im ucieknie.

Po linie wydostał się na trawiasty brzeg i kiedy tylko uwolnił ręce, wykręcił się jak zapaśnik i chwycił mokrą głowę w żelazny uścisk. Szamotał się z wodniczką, aż udało mu się wyciągnąć przeciwniczkę na brzeg. Kątem oka zobaczył Guślarza zamykającego ochronny krąg z soli i rzucił się szczupakiem przez wysypaną granicę, zostawiając rusałkę w środku.

Wściekła, prychała i rzucała się, ale nie mogła przekroczyć bariery. Tomaszewski otulił się folią życia podaną mu przez żonę, która ze zdumieniem patrzyła na efekty działań Guślarza. Po prawdzie żadne z nich nie wierzyło, że stary handlarz magicznym badziewiem będzie naprawdę posiadać jakieś cudowne umięjętności. A on nie dość, że je posiadał, to jeszcze nie wahał się długo, żeby je właściwie wykorzystać.

Rusałka opadła z sił. Usiadła na środku kręgu z podwiniętymi nogami, zupełnie jak kopenhaska syrenka, i zaczęła wykręcać wodę z szarozielonkawego warkocza. Jej podarte giezło oblepiało nienaturalnie chude ciało, a skóra na jego odsłoniętych częściach była ciemnosina.

– Co z nią zrobimy? – Przerwała nieznośnie długie milczenie Lena.

– Trzeba ją zabić – wyszeptał Guślarz. – Jest jak wesz, dopóki jej nie zapierdolisz, będzie gryzła.

– Ale jak… – Lena nie dokończyła, bo od strony samochodu nadszedł Żbiczyński z pistoletem wycelowanym w schwytaną wodniczkę.

– Hola, hola! Panie młody prokuratorze! – Guślarz odwrócił się w stronę chłopaka. – Tą pukawką jej nie zabijesz, tylko hałasu narobisz!

– Zamknij się, gnoju – wysyczał Marcin przez zaciśnięte zęby.

– Przerwa, Żbiczyński – odezwał się Tomaszewski, szczękając zębami. – On ma rację. Zwykła pukawka nie podziała. Zostawmy ją Guślarzowi. Wiem, co zamierza zrobić i nie mam ochoty na to patrzeć. Jego jeszcze zdążysz zastrzelić, nie martw się.

Odwrócił się w miejscu i poszedł do samochodu się ubrać. Lena podreptała za nim. Żbiczyński stał tak jeszcze chwilę, ale w końcu też zrezygnował, czując jak szczeniacka jest jego wściekłość na tę dziwną szarosiną istotę, zamkniętą w magicznym kręgu z soli.

Stali we trójkę oparci o maskę auta, kiedy doszedł do nich potworny krzyk. Włosy stanęły im dęba, a mięśnie napięły jak do ucieczki, ale nie drgnęli. Wrzask powtórzył się, a potem przeszedł w wycie i szlochanie.

Tomaszewski miał plastyczną wyobraźnię i pamiętał doskonale, co Guślarz zamierzał zrobić rusałce, żeby ją unieszkodliwić. Chełpliwie rozwodził się nad swoim planem przez większość ich rozmowy przed kilkoma dniami na Montelupich. I podkomisarz Tomaszewski cieszył się, że przynajmniej tego nie widzi. Chociaż przypuszczał, że ten potępieńczy wrzask potworzycy będzie mu się śnił po nocach do końca życia.

Przytulił Lenę, usiłując uspokoić drżenie jej ciała. Wtuliła się mocno w jego ramię, wciąż śmierdzące wiślaną wodą. Oddychała szybko, ale najwyraźniej trochę się uspokoiła, bo przestała się trząść. Żbiczyński, który oddał już policjantowi broń, gryzł teraz palce i żałował, że nie ma przy sobie papierosów, chociaż nigdy w życiu nie palił.

Po nieznośnie długim czasie wrócił Guślarz. W świetle wschodzącego księżyca widać było, że cały pokryty był czarną juchą, a jego dziwne oczy błyszczały w szaleńczym podnieceniu. Wyciągnął ku Tomaszewskiemu ręce do skucia i powiedział cicho:

– Wracajmy, proszę.

Wyjechali na drogę. Dopiero teraz do Tomaszewskiego zaczęło docierać zmęczenie oraz dziwny piekący ból w nadgarstku. Odsunął rękaw bluzy i w żółtym świetle sodowych latarni zobaczył na ręce równy półksiężyc ugryzienia. „Mam tylko nadzieję, że to nie jest zaraźliwe” – pomyślał i pokierował samochód w stronę rozświetlonego centrum miasta.