Wstawał świt. Blade promienie Słońca przebijały się przez gęsty toksyczny opar podnoszący się znad Zony. W martwej ciszy nie śpiewał żaden ptak. Jedyne dźwięki pochodziły z wnętrza domu. Cicho skrzypiały klepki podłogi, w lekkim powiewie brzęczały wiszące pod sufitem dzwonki. Szemrała ściekająca przez lichy ogródek warzywny woda.

Diana zsunęła koc i usiadła na prostej stalowej ramie łóżka. Wyleniały dywan pod jej stopami łaskotał lekko, gdy podniosła się w końcu, przeciągnęła i rozpoczęła codzienną gimnastykę. Powolnymi ruchami rozbudzała kolejne partie mięśni, mobilizując je do całodziennego wysiłku. Naciągając stężałe po nocy ciało, układała plan działania i powtarzała kolejne punkty ze swojej listy do zrobienia. Sprawdzić sprzęt. Zejść do Zony. Zdobyć białko. Pozyskać próbki. Poszukać ocalałych. Zdążyć przed zmierzchem.

Podniosła się ze skłonu i spojrzała w wiszący nad łóżkiem kalendarz. To dziś! Dziś wreszcie będzie mogła się wykąpać! Ze względu na niedobory wody, pierwszeństwo miały rośliny w ogrodzie. Ostatecznie brudna mogła żyć, ale szkorbutu wolała uniknąć. Jednak raz na dwa tygodnie pozwalała sobie na luksus wzięcia szybkiego prysznica. Doszła w nim do takiej wprawy, że na umycie całego ciała i krótko ściętych włosów zużywała nie więcej niż dwa i pół litra wody.

Przed Katastrofą uznałaby taką ilość za śmieszną, niewystarczającą. Ale miała wówczas piętnaście lat i zupełnie inną perspektywę. Oczywiście wiedziała, że coś może się wydarzyć. Protesty klimatyczne trwały od początku stulecia i właściwie na stałe wpisały się w krajobraz polityczny tamtej epoki. Nikt jednak nie oczekiwał, że sprawy obiorą aż tak zły obrót.

Skończyła gimnastykę i podeszła do stojącego w kącie krzesła, na którym piętrzyła się sterta ubrań. Zrzuciła z siebie przepocony po całej nocy top i mające już dość bokserki. Z kupy ciuchów wygrzebała podkoszulek z długim rękawem, niegdyś termiczny, obecnie mocno sprany, takież kalesony i długie zmechacone skarpety z wełny merino. Wciągnęła bojówki i odruchowo sprawdziła kieszenie – multitool, zapasowe naboje, krzesiwo, nóż do oprawiania zwierzyny i długa linka były na swoich miejscach. Na ramiona narzuciła polar, poprzepalany w różnych miejscach iskrami z licznych ognisk. Na wierzch musiała jeszcze włożyć kamizelkę taktyczną, ale wieczorem zostawiła ją w kuchni. Zatem najpierw kawa.

To, co usiłowała zwać kawą, było lichą mieszanką ostatniej na świecie robusty, mielonych żołędzi, znalezionego w jakichś ruinach pieprzu i resztek zawierających kofeinę tabletek odchudzających. Ale stawiało na nogi. Łyknęła gorący płyn z czerwonego kubka Nescafé z ubitym uszkiem i włączyła radio. Na wszystkich częstotliwościach, jak co dzień, było słychać tylko biały szum. Przełączyła więc sprzęt na odtwarzacz i z kolekcji archaicznych płyt kompaktowych wybrała starą audycję śniadaniową, której słuchała, gdy była w szczególnie dobrym humorze. Zapomniana technologia niosła z przeszłości dźwięki słów obecnie pozbawionych jakiegokolwiek znaczenia. Ale dawała Dianie złudzenie, że nie jest na tym świecie kompletnie sama. Audycja pozwalała jej nie myśleć o tym, że poprzednie dwadzieścia lat spędziła w zupełnej izolacji i tak spędzi następne dwadzieścia. I następne, o ile nie trafi w lesie na zmutowanego niedźwiedzia, którego nie zatrzyma pocisk z jej wysłużonego Dragunova.

Kiedy kaseta się skończyła a Diana dopiła kawę i zjadła garść orzechów, Słońce wyraźnie wzniosło się ponad horyzont, oświetlając całe wzgórze, na którym stał dom, ostrym, jakby przepalonym światłem. Kobieta przetarła kubek burą szmatką i odstawiła go do szafki. Ze skrzyni pod blatem wzięła Dragunova. Zapięła polar i wciągniętą na wierzch kamizelkę khaki. Włożyła rękawiczki i maskę z filtrem, dzięki której mogła w ogóle myśleć o zejściu do Zony. I wyszła w blady blask poranka.

Silnik elektrycznego quada brzęczał cicho, gdy zjeżdżała ze wzgórza w stronę porośniętych bujną roślinnością ruin. To, co kiedyś było tętniącym życiem miastem, teraz pochłaniał wypełniony toksyczną mgłą las. Ale duże zwierzęta uodporniły się na truciznę i w przeciwieństwie do Diany umiały ją metabolizować. A to pozwalało jej polować i zapewnić swojemu ciału stały dopływ białka i żelaza.

Wychowana w połowie XXI wieku, przez całe dzieciństwo żyła w przekonaniu, że jedzenie zwierząt to skrajne barbarzyństwo, praktykowane tylko przez najgorsze moralnie jednostki. Ale po Katastrofie okazało się, że kwestia tego, jakie zwierzę może być domowym pupilem, a jakie – stekiem na talerzu, zależna jest nie od moralności, ale od otaczającego ją społecznego rozkładu. Gdy była mała, marzyła, aby założyć własne gospodarstwo gdzieś na Pomorzu i przytulać się do krów. Teraz chętnie zjadłaby psa, o ile byłby wystarczająco odporny na toksynę. A wiedziała, że tuż po Katastrofie dochodziło do licznych aktów kanibalizmu, kiedy nagle okazało się, że człowiek może stanowić dobre źródło białka.

Oczywiście nikt wtedy nie wiedział, jak rozchodzi się toksyna. Ci, którzy pożerali swoich sąsiadów, umierali dużo szybciej i dużo bardziej spektakularnie, niż inni, zdani na konserwową fasolkę i schwytaną od czasu do czasu dziczejącą kurę lub kaczkę. Ale ostatecznie śmierć większości była nieunikniona. Reszta wyniosła się za góry, gdzie podobno było trochę bezpieczniej, a powietrze lepiej nadawało się do oddychania. Ale Diana została.

Po tylu latach trudno było powiedzieć, czy to przypadek czy jej świadoma decyzja. Jednak zbyt długo zwlekała na ostatni transport na południe i w rezultacie pozostała sama w zrujnowanym mieście. Po pierwszym okresie życia w ciągłym lęku, nauczyła się korzystać z zasobów ruin. Z porzuconego garnizonu wyniosła kilka sztuk broni i nauczyła się strzelać. W piwnicach, sklepowych magazynach i centrach logistycznych szukała konserw, sprzętu elektronicznego i baterii. Gromadziła wodę, pamiętając, że o nią toczyły się najzacieklejsze spory. I stopniowo przekształciła starą działkę rekreacyjną na wzgórzu ponad miastem w miejsce, które mogła nazwać domem.

Jechała teraz spękaną ulicą, osłoniętą z obu stron zmurszałymi fasadami kamienic, poprzerastanymi pnączami i samosiejkami drzew, aż w końcu dotarła do sporego trójkątnego placu. Pamiętała, że gdy była mała, jadała tu od czasu do czasu lody. Spojrzała tęsknie w stronę sterty gruzu, niegdyś mieszczącej w sobie lodziarnię, i westchnęła, aż gogle maski zaparowały kompletnie na kilka sekund. Ileż by teraz dała za lody!

Zostawiła quada w cieniu rozłożystej lipy wyrastającej wprost z rozlecianego dachu jakiejś rudery i pieszo ruszyła dalej. Przed zachodem słońca musiała wrócić do domu, ale na szczęście zwierzyny było w okolicy na tyle dużo, że nie bała się o wynik polowania.

Odnalazła mniej zrujnowany budynek i wdrapała się po skruszałych schodach na drugie piętro. Tu rozstawiła się w otworze po wyłamanym oknie i zaczęła z góry przepatrywać okolicę. Daleko, poza zasięgiem strzału, dostrzegła stado słoni i kilka żyraf – po ucieczce z zoo zwierzęta całkiem dobrze radziły sobie w opuszczonym przez mieszkańców mieście. Bliżej, może ze czterysta metrów przed lufą, miała dużą grupę wielbłądów i wmieszane między nie sarny.

Przyłożyła oko do lunety i przepatrzyła pole strzału. Nie wiedziała, jak przyrządzić wielbłąda, ale wszystkiego trzeba się kiedyś nauczyć. Wybrała mniejszą sztukę. Złożyła się do strzału. Wstrzymała oddech. I nacisnęła spust.

Kilkaset metrów dalej potężne cielsko runęło na omszałą ziemię. Z przebitej na wylot szyi trysnęła jasna krew, w bladym świetle dnia wyraźnie kontrastująca z zielenią otoczenia. Gdy Diana nadjechała na swoim quadzie, inne zwierzęta zdążyły się już rozpierzchnąć, uciekając przed hukiem wystrzału.

Ofiara okazała się zaledwie cielakiem, niewiele większym od lamy, ale gdy łowczyni wpakowała truchło na quada, rama maszyny zatrzeszczała złowieszczo. Wytrzyma. Musi wytrzymać – pomyślała Diana. I faktycznie, chociaż przez całą drogę czuła ogromne obciążenie, jakim dla silnika był młody wielbłąd, to jednak udało jej się wydostać na wzgórze. Kolejny wielki sukces.

Po przyjeździe zrzuciła truchło przed drzwiami. Bardzo ostrożnie wycięła ze skóry martwego zwierzęcia niewielki fragment, który zamierzała później zbadać. Zamknęła go w plastikowym pudełeczku i umieściła na stosownej półce w przedpokoiku, opatrując etykietą z godziną i datą oraz miejscem zestrzelenia. Wyszła ponownie przed dom i z ulgą zdjęła maskę oraz rękawiczki. Przetarła twarz i ręce szmatką ze środkiem dezynfekującym i odetchnęła głęboko.

Ocalałych nie szukała. Gdyby ktoś napatoczył się na nią po drodze, oczywiście pomogłaby mu. Ale nie miała wystarczająco dużo czasu, żeby gonić po mieście w poszukiwaniu cieni. Nie po dwudziestu latach. Na początku wychodziła codziennie, szukając śladów innych żywych ludzi, ale po mniej więcej trzech latach poddała się. Wiedziała, że jest w mieście sama.

Używając systemu bloczków, powiesiła martwe zwierzę za pęciny, chcąc zebrać resztę krwi do ceberka. W tym domu nic nie mogło się zmarnować, a krew, która ratowała Dianę przed anemią, była szczególnie cenna. Uharowana przysiadła na chwilę na progu domu. Zdjęła ciężkie buty, zrzuciła z siebie kamizelkę oraz polar. Nagrzane po całym dniu powietrze otuliło ją przyjemnym ciepłem. Mimo że, jak wynikało z jej kalkulacji, był już początek listopada, temperatura wciąż nie zamierzała spadać poniżej osiemnastu stopni. Globalne ocieplenie, to przekleństwo ludzkości końca XX wieku, było teraz dla Diany błogosławieństwem – nie musiała się martwić o opał w zimie. Ani o kąpiele.

Podniosła się z chrupnięciem stawów i weszła do środka. W kuchni, na popękanej płycie indukcyjnej, odgrzała przygotowaną za wczasu kaszę z warzywami. Jadła na stojąco, wybierając łyżką prosto z rondla rozgotowane pomidory, rozpadający się bakłażan i grudki zbrylonej pszenicy. Gdy skończyła, odstawiła garnek do prowizorycznego zlewu i zalała odrobiną deszczówki. Pozmywa nazajutrz. Tego wieczora miała dla wody o wiele ważniejsze zastosowanie.

Domek, który zajmowała, nie miał łazienki. Nie szukała innego miejsca – to było nader korzystnie położone i nie uznawała braku umywalni czy toalety za wadę na tyle poważną, żeby się przeprowadzać. Przez niemal dwadzieścia lat mieszkania na wzgórzu poradziła sobie i z tym problemem. Kilkanaście metrów za domem wykopała głęboką latrynę, którą raz na kilka dni przesypywała wapnem, żeby nie dopuścić do rozwoju groźnych bakterii. A prosty prysznic urządziła bezpośrednio na ścianie domu. Na wysokim stelażu, skleconym ze znalezionych belek, fragmentów rusztowania i kratownic ze słupów wysokiego napięcia, osadziła stalową beczkę na deszczówkę. Pamiętając coś niecoś ze szkoły, wierzch zbiornika pokryła smołą, aby czerń lepiej pochłaniała światło słoneczne i ogrzewała wodę – powstał w ten sposób prymitywny kolektor, do którego Diana podłączyła prostą rurkę ze zdobyczną deszczownicą oraz wodomierz. Odpływem nie przejmowała się zbytnio. Upewniła się jedynie, że woda nie będzie podmywać ściany budynku. Wyschnięta ziemia bez problemów chłonęła te dwa i pół litra raz na dwa tygodnie.

Kobieta rozebrała się w sypialni, odklejając od spoconej skóry wysłużoną bieliznę i ciskając ją na to samo krzesło, z którego wzięła ją rano. Przechodząc przez kuchnię, wyjęła z szafki blok szarego mydła oraz olej. Przez lata nauczyła się, że skórę po myciu należy właściwie natłuścić, bo inaczej będzie pękać i nieprzyjemnie się łuszczyć. Nie miała niestety masła shea ani nawet oliwy, a jedynie zwykły olej słonecznikowy. Musiał wystarczyć.

Wyszła przed dom nago, jedynie z ręcznikiem przerzuconym przez ramię i ruszyła w stronę stelaża z beczką. Życie w samotności sprawiło, że wyzbyła się jakiegokolwiek wstydu. W promieniu wielu kilometrów nie było nikogo, kto mógłby ją podejrzeć. Rzuciła ręcznik na belkę rusztowania i odkręciła zawór.

Dużym plusem takiego ulokowania prysznica było to, że w trakcie kąpieli mogła podziwiać widoki, golden hour ogarniającą powoli całą okolicę. Gdy była mała, jeszcze przed Katastrofą, nie rozumiała ludzi, którzy spędzali pod prysznicem dużo czasu, oddając się przemyśleniom. W staniu wewnątrz ciasnej plastikowej kabiny nie było nic atrakcyjnego. Ale kąpiel w tak pięknych okolicznościach przyrody, to zupełnie inna sprawa.

Już namydlona, odwróciła się tyłem do zachwycającego krajobrazu i sięgnęła do kurka, aby spłukać pianę. Przez szmer wody przebił się wówczas pojedynczy dźwięk, jakby kamień zsuwający się po zboczu. Pewnie jakieś zwierzę, pomyślała Diana. Ale gdy zakręciła wodę, a dźwięk powtórzył się, nabrała nieprzyjemnego wrażenia, że jest obserwowana. Szybko zawinęła ciało ręcznikiem i rozejrzała się czujnie, ale niczego i nikogo nie dostrzegła. Intuicja jednak rzadko ją zawodziła. Na tyle rzadko, że nie była w stanie sama siebie przekonać, że przecież w promieniu dziesiątek kilometrów nie ma żywej duszy. A co, jeśli jakaś jednak jest?