Ubrała się i kląc pod nosem, że nie dane jej jest nacieszyć się czystością w przytulnym wnętrzu, wyszła przed dom. Zapadł już zmierzch, ale Diana miała w zanadrzu jedną niespodziankę – noktowizor. Stare urządzenie było na tyle sprawne, że pozwalało orientować się jej w przestrzeni, a nawet polować w nocy, jeśli zachodziła taka potrzeba. Teraz właśnie nadeszła.

Zważyła w dłoni Waltera. Pistolet leżał pewnie w antypoślizgowej wyściółce rękawiczki. Dragunova zostawiła w domu. Ciężki karabin nie nadawał się do nocnej walki, tylko krępowałby jej ruchy. Maczetę również zostawiła, biorąc w zamian dwa krótsze noże. W kieszeni na lewym kolanie schowała także srebrną taśmę i pęk dużych przemysłowych trytytek, gdyby udało jej się dopaść przeciwnika żywcem.

Na razie nie zakładała maski. Echo jej oddechu w filtrze robiłoby zbyt dużo hałasu, a Diana musiała być jak najciszej. W nocy na granicy Zony przeżywali głównie ci, którzy wiedzieli, jak nie zwracać na siebie uwagi.

Niewiele jaśniejsza od cieni dookoła, oderwała się od ściany domu i powoli ruszyła ścieżką w stronę skażonej strefy. Wciąż czujna, rozglądała się i nasłuchiwała. Jednak najpierw dostrzegła nie kształt, ale jego zapach. A właściwie smród.

Uśmiechnęła się pod nosem. Unosząca się z powierzchni jej skóry delikatna woń szarego mydła, oleju i świeżego potu nie mogła zamaskować odoru niemytego cielska. Gdyby nie umyła się tego wieczoru, nie wiadomo, czy nie pomyliłaby go ze smrodem własnych ubrań. Ale teraz o pomyłce nie mogło być mowy. Ruszyła śladem, z trudem powstrzymując odruchowy kaszel i czające się w żołądku torsje. Ostry zapach zaczynał gryźć ją w oczy i nos, ale nie założyła jeszcze maski, żeby nie pomylić drogi. W smrodzie wyczuwała teraz wyraźnie różne składowe – marihuanę, alkohol, siarkowodór, amoniak, ale przede wszystkim stary pot. Ludzki. Jakby ktoś wypreparował zapach ze źle wentylowanej siłowni i jeszcze spotęgował. A gdzieś ponad tym wszystkim snuł się delikatny ślad drzewnego dymu.

W dole, wśród gęstych krzewów porastających dno jaru, który przed laty był linią kolejową, dostrzegła miedziany błysk. Zwolniła kroku i założyła maskę oraz gogle noktowizyjne. Zaczerpnęła łapczywie pierwszy łyk filtrowanego powietrza o lekko metaliczym posmaku i spojrzała w dół. Ogień jarzył się w wizjerze wyraźnym blaskiem, przesłaniając prawie połowę pola widzenia, ale kątem oka dostrzegała stertę polan na opał i szarozielonkawą sylwetkę człowieka. Gdy podeszła bliżej, zauważyła, że równe kawałki drewna to wyrwane z dna wąwozu stare podkłady kolejowe. To znaczyło, że palący ognisko człowiek pamięta czasy sprzed Katastrofy. Jeśli schwyta go żywcem, będzie miała szansę z nim porozmawiać.

Wycofała się w gęstwinę i po łuku zeszła na stare tory. Ruszyła na palcach, stopą macając wypełniające dno rozpadliny drobne kamienie, fragmenty metalowych części i patyki. W ostatniej chwili uniknęła wdepnięcia w pustą plastikową butelkę, która w nocnej ciszy z pewnością zwróciłaby uwagę człowieka przy ognisku. Diana zaklęła w filtr maski, dodając, co myśli o dawnych ludziach, śmiecących gdzie popadnie i ruszyła.

Światło ogniska oślepiało ją teraz. Podniosła gogle noktowizora i zmrużyła oczy, przyzwyczajając wzrok do rudego blasku. Jej dłoń powędrowała do kabury z pistoletem, ciało automatycznie złożyło się do strzału, ale Diana czekała. Jej ciemna postać na tle czarnego nieba pozostawała praktycznie niewidoczna, w przeciwieństwie do siedzącego przy ogniu człowieka. Zwrócony twarzą do ogniska, nie był w stanie zauważyć łowczyni. Jego własny smród skutecznie maskował jej nikłą woń. Ale z tej odległości mógł ją już usłyszeć.

Powolnym ruchem przeładowała broń, a postać przy ognisku poderwała się na równe nogi i odwróciła w jej stronę. Wyglądała na mężczyznę w średnim wieku, który teraz mrugał gwałtownie, spędzając powidoki ognia z oczu.

– Halo? Pokaż się! – Wychrypiał po angielsku, wyciągając puste ręce przed siebie, jakby chciał dosięgnąć Diany. W odpowiedzi zrobiła kilka kroków do przodu i stanęła na granicy światła, wciąż trzymając broń gotową do strzału. Jeszcze nie była pewna, co zrobi.

– Nie strzelaj! – Wykrztusił. – Nie zabijesz mnie, prawda?

Milczenie.

– A zresztą… Czy jest jeszcze w tym kraju działająca broń? Wszystko pewnie pordzewiało, kiedy uciekli.

Milczenie. I rozdzierający noc strzał w stertę podkładów kolejowych. Mężczyzna podskoczył i upadł na kolana. Z krzaków poderwały się rozsierdzone ptaki. Gdzieś zawył pies albo wilk.

– Kim jesteś, czego ode mnie chcesz? – Jęczał drżącym głosem. – Polujesz na ocalałych?

Milczenie. Z cienia wyleciała długa trytytka.

– Zwiąż sobie ręce, mocno zaciśnij zębami. Potem porozmawiamy – głos Diany świstał przez wentyle maski.

Mężczyzna posłusznie wykonał polecenie i zademonstrował, że nijak nie może rozdzielić nadgarstków. Łowczyni podeszła do niego, a kiedy się zbliżała, dostrzegła na ziemi walające się resztki próżniowego pakietu, kilka puszek po izotonikach i papierków po batonach. Doskonale wiedziała, co to jest.

Odkąd po Katastrofie przezwyciężyła swój lęk i nauczyła się żyć w tym świecie, w różnych miejscach wokół zony zostawiała takie paczki w nadziei, że ktoś jeszcze się uratował i będzie próbował ją odnaleźć. Do każdej dołożyła list pisany po angielsku, z krótkim wyjaśnieniem i koordynatami wzgórza, gdzie znalazca mógł uzyskać pomoc. Kiedy sprawdzała schronienia kilka dni wcześniej, wszystkie paczki były na swoim miejscu. Teraz pod nogami miała pozostałości po dwóch pakietach.

Ten człowiek musiał przejść przez Zonę lub przynajmniej bardzo długo przebywał w jej otulinie. Z pewnością był już zatruty i należy go doliczyć do długiej listy ofiar Katastrofy. Nawet jeśli nie umarł od razu, wkrótce i tak go to czeka. A szkoda. W końcu był pierwszym jeszcze żywym człowiekiem, którego widziała od dwudziestu lat. W świetle ogniska wydał się Dianie nawet przystojny, oczywiście wyłączając zapach i poszarpane szmaty, z których zaimprowizował ubranie. Nie mogła także dostrzec żadnych symptomów trucizny, ale ich pojawienie się to zapewne tylko kwestia czasu. Nie przywiązuj się do ludzi, skarciła się w duchu, tu nikt nie może przeżyć.

– Znalazłeś dwa pakiety. Gdzie? – usiadła naprzeciwko, z lufą Waltera wciąż skierowaną w twarz mężczyzny.

– Nie wiem, jak teraz nazywa się to miejsce. Jak jest to wzgórze ze starą twierdzą, chyba bardziej na zachód stąd. Drugi znalazłem wczoraj, za rzeką, na tych białych skałkach – przełknął ślinę. – Ty je zostawiłaś?

Przytaknęła.

– Uratowałaś mi życie! – Chciał się podnieść i zbliżyć do łowczyni, ale usadziła go gestem pistoletu.

– Drugie pytanie – syczała przez maskę. – Czy to ty byłeś dzisiaj w miejscu wyznaczonym w liście i obserwowałeś z daleka nagą kobietę?

Skinął głową, nieco zbyt energicznie, ale zreflektował się i wyjaśnił:

– Tak! Jak tylko przeczytałem twój list i udało mi się zorientować w okolicy, ruszyłem na miejsce. Chciałem być wcześniej, ale miałem krótkie spotkanie z panterą i musiałem nadłożyć drogi. To byłaś ty? – Uśmiechnął się na chwilę, po czym znów spoważniał. – Zrozum, nie podglądałem cię, nie mam złych zamiarów. Tylko chciałem się dowiedzieć, kto pisał te listy. Po co miałabyś mnie ratować, żeby mnie teraz zabić? To bez sensu… – ostatnie słowa przeszły w ciche skamlenie.

– Nie jęcz. Nie zamierzam marnować na ciebie więcej naboi. Jeśli masz siłę i możesz iść, to ruszymy zaraz do domu. Im dłużej zostaniemy tu w nocy, tym gorzej dla nas. Nie – pokręciła głową, widząc jego znaczące spojrzenia. – Pójdziesz ze związanymi rękami, bez przesady. Masz jakiekolwiek rzeczy?

Wskazał niewielki wojskowy plecak. Diana podniosła tobół z obrzydzeniem i zarzuciła mu paski plecaka na ramię, na skos, jak marynarski worek. Nogą w wojskowym bucie rozgarnęła żar ogniska, nie trudząc się jednak o jego dogaszenie. Ten świat był już w takim stanie, że pożar nikomu nie mógł już zaszkodzić. Dojdzie najdalej do rzeki, a prawdopodobnie tylko do starej drogi, która była raptem kilkaset metrów dalej.

Pchnęła jeńca lufą Waltera, a kiedy ruszył we wskazanym kierunku, włożyła noktowizor i świat wokół rozjarzył się skalą zieleni i szarości.

– Tak swoją drogą, jak masz na imię?

– Aki. Wiem, dziwnie, ale moi dziadkowie byli Grekami i tak jakoś wyszło, kiedy…

– Czyli jesteś stąd? – odeszła od angielskiego. – Podejrzewałam po akcencie.

– Ty też jesteś stąd? Och, jak cudownie móc się odezwać we własnym języku! A już myślałem, że nigdy nie…

– Nie teraz, potem porozmawiamy. Nie ściągaj na siebie uwagi – skarciła go szeptem.

– Dobra – wymruczał. – Tylko podaj imię.

– Diana – rzuciła po chwili wahania.

– Diana – powtórzył Aki pod nosem, gdy ruszyli pod górę, w stronę ciemnej bryły domu na wzgórzu.