Kiedy rozwiązała mu ręce i kazała się dokładnie wyszorować pod ustawionym na podwórku prysznicu, rozpłakał się. Stał tak, nagi, pod strumieniem lejącej się z góry letniej wody i chlipał głośno. Diana tymczasem klęła, przewidując, jak wiele wody na niego zmarnuje, ale musiał być czysty. Nie mogła dopuścić do wpuszczenia do domu żadnych obcych toksyn czy patogenów. Ani tego niemożebnego smrodu, który właśnie znikał pod kłębami mydlin.

Drugi raz Aki rozkleił się, kiedy dostał do ubrania czysty podkoszulek i bawełniany dres, wydobyty przez Dianę z ruin jakiegoś sklepu ubraniowego. Wtulił się w miękki, pachnący magazynową stęchlizną kaptur bluzy i trwał tak przez jakiś czas. Dopiero poparte ruchem broni polecenie Diany, żeby usiadł, wyrwało go z otępienia.

Czysty Aki wyglądał na jeszcze trochę starszego, niż zdawało jej się wśród ciemności nocy. Białe ledowe światło podkreślało teraz jego zmarszczki i szpakowate włosy, kilka blizn pokrywających twarz i szyję błyszczało blado. Siedział zgarbiony, jakby niósł na swoich barkach zbyt wielki ciężar. Podkulone pod krzesło nogi drżały lekko, a palce dłoni wyłamywały z cichym trzaskiem.

– Wiesz, jak długo byłeś w Zonie? – Diana usiadła w fotelu naprzeciw i położyła pistolet na udzie, wciąż skierowany lufą w stronę obcego.

– Nie wiem, nie pamiętam – wyszeptał.

– Nic? Zupełnie nic?

– Wiem, że wszystko zaczęło się tydzień po moich dwudziestych urodzinach. Nie wiem, czy pamiętasz, musiałaś być jeszcze bardzo młoda…

– Doskonale pamiętam – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

– Ale czy pamiętasz, jak się to wszystko zaczęło? Pamiętasz, co było przed katastrofą? – Aki mówił coraz głośniej, a na jego policzki wstąpił rumieniec. – Te długie lata rządów złodziei, którzy doprowadzili do tego wszystkiego?

Diana nie odpowiadała. Widząc znaki zapytania w jej oczach, kontynuował.

– Od początku dwudziestego wieku naukowcy wiedzieli, że niedługo będziemy w dupie. Od końca wieku byli pewni, że już w niej jesteśmy. Tymczasem ta banda złodziei, zamiast reagować, kiedy jeszcze był na to czas, kradła kolejne stołki, wpychała się do firm. Napychała sobie kieszenie kasą z węgla, z ropy i z ludzkiej głupoty, wyprzedawała powietrze, którym oddychaliśmy i hasła, którymi mieliśmy myśleć. A potem nastąpiła Katastrofa – mężczyzna wysuwał się coraz bardziej na krawędź krzesła, ale dłoń Diany spoczywająca na zimnej stali Waltera nie pozwalała mu wstać.

– Nie powiesz mi chyba, że to było wszystko polityczne – nie wierzyła. Owszem, pamiętała, że tuż przed Katastrofą było bardzo ciężko, ale chyba nie można za wszystko obwiniać polityków?

– Tak myślałem – westchnął. – Nie pamiętasz. Tak, wyobraź sobie. Wtedy wszystko było polityczne. Dzisiaj… Dzisiaj z całego społeczeństwa zostaliśmy my dwoje, więc o żadnej polityce nie ma mowy, ale wtedy… Ci idioci przygotowali doskonały grunt pod Katastrofę. Rozwalili służby, które nie były w stanie interweniować. Rozwalili media, więc nikt nic nie wiedział. Rozjebali klimat, a toksyna doskonale poradziła sobie w ciepłym, lekko wilgotnym środowisku. Uwierz mi, dziewczyno, to mogło być cokolwiek. Toksyna taka lub inna, ebola, sars, dżuma nawet. Doprowadzili kraj do takiego momentu, w którym wszystko mogłoby nas wybić do nogi.

– Ale ty przeżyłeś – Diana spojrzała mężczyźnie głęboko w oczy.

– Tak, przeżyłem. Pod blokiem, w którym mieszkałem, był stary schron. Bardzo stary. Ale udało mi się go zająć i zgromadzić zapasy na kilka tygodni. Kiedy się skończyły i musiałem wyjść na zewnątrz, nikogo już nie było. A przynajmniej nikogo żywego. Ruszyłem wtedy w górę rzeki. Trochę polowałem, łowiłem ryby. Nienawidzę ryb, ale żywiłem się nimi całe lata. Udało mi się ustalić, że największe straty odniosło miasto i większe osiedla dookoła, ale w odleglejszych regionach kraju wcale nie było lepiej. Katastrofa wywołała falę rozruchów, zamieszek. Właściwie wybuchła wojna domowa. Stolica spłonęła doszczętnie – po zaledwie stu pięćdziesięciu latach od odbudowy.

Przerwał na chwilę, jakby nie mogąc zebrać myśli i tylko wpatrywał się w Dianę rozgorączkowanymi oczami. W końcu dodał:

– Ten kraj przestał istnieć. Rozpieprzył się na tysiące kawałków, takich jak ty i ja. A teraz… Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek przeżył. Być może naprawdę zostaliśmy tylko we dwoje.

Diana milczała. Nie odzywając się, podeszła do szafki i wyjęła z niej blaszaną puszkę po ciastkach, w której trzymała zestaw do pobierania krwi.

– Ja wiem, dlaczego przeżyłam. Pytanie, czy ty przeżyłeś. Zbyt długo byłeś na dole, żeby nie oberwać. Ale sprawdzę. – Wbiła igłę w żyłę na wychudłym łokciu obcego. – A jeśli okaże się, że jesteś zakażony…

– Dobijesz mnie – dokończył za nią. – Jeśli okaże się, że jestem zakażony, zastrzel mnie na miejscu i spal ciało. Oszczędzisz sobie kłopotu.

Spojrzała na niego przez szkarłatną zawiesinę krwi w probówce i skinęła głową.

– Tak zrobię, nie bój się.