Od autora współcześnie

Nadszedł wrzesień. Z tej okazji, w ramach rozpamiętywania czasów szkolnych, grzebałem we własnym literackim archiwum. I pozwalam sobie niniejszym na odrobinę pisarskiego ekshibicjonizmu. Przedstawiam Ci tekst, który powstał szesnaście (sic!) lat temu – jedną z pierwszych prób pisania przeze mnie fantastyki.

Jak zobaczysz za chwilę, to opowiadanko jest klasycznym przykładem na to, co się stanie, jeśli dwunastolatek dorwie się do Tolkiena i zechce przekuć swoją fascynację etymologią w jakkolwiek użyteczne narzędzie. Tak, wszystkie nazwy elfickie w tekście zostały zapisane w Quenyi (z wariantem Sindarin), w pisowni przyjętej przez Marię Skibniewską. Pamiętaj, proszę, przy tym, że ten świat nie jest Tolkienowską Ardą – stąd centaury. Wydaje mi się, że byłem wówczas za słaby w światotwórstwo – tak naprawdę solidnego kopa w tym zakresie dostałem dopiero podczas studiów antropologicznych – stąd taki, a nie inny wybór językowy.

Z tego, co pamiętam, poniższy tekst został nawet nagrodzony w konkursie organizowanym przez naszą szkolną bibliotekarkę. Pragnę jej z tego miejsca podziękować, bo pchnęła mnie w stronę, w którą teraz zmierzam, w stronę profesjonalnego pisarstwa.

Być może dziwisz się, że w tym tekście tak dużo jest Tolkiena i płynących z niego motywów. Pisałem wszak, że nie zamierzam kroczyć wytyczoną przez niego drogą, ale sięgać raczej do kultur basenu Morza Śródziemnego. Odpowiem tak – primo, to tekst z 2005 roku, a trochę się od tego czasu zmieniło; secundo, nigdy nie powiedziałem, że nie podoba mi się to, co zrobił Tolkien lub że odrzucam mitologie germańskie, słowiańskie czy celtyckie. Co to, to nie – fascynują mnie one od dawna (jak widać na załączonym obrazku), drażni mnie jednak wtórność literatury, filmów i gier, czerpiących z ich bogactwa. I tertio – pojawiają się tu jednak centaury. Ten ślad kultur śródziemnomorskich, choć ledwo zarysowany, już wówczas był w mojej twórczości obecny.

Ostatnia kwestia to kwestia genderowa. Być może dziwisz się, dlaczego piszę o bohaterkach. Wiele moich współczesnych tekstów ma protagonistki, moja powieść (która jest napisana, ale do jej wydania potrzebuję jeszcze trochę czasu) ma protagonistkę. Czy to moda na silne heroiny? Czy to może silenie się na poprawność polityczną i wymuszoną inkluzywność? Poniższy tekst pokazuje, że nie. Już w podstawówce w wielu moich tekstach pojawiały się kobiety – silne, decyzyjne, walczące wręcz. Nie czas tu i nie miejsce na prowadzenie psychoanalitycznych rozważań, które miałyby określić przyczyny takiego stanu rzeczy, przyjmij zatem, że ja tak po prostu mam. Piszę o kobietach od 2005 roku (lub dłużej, nie pamiętam dokładnie) i nie dam się wepchnąć ani w szufladkę mansplainingu, ani w szufladkę autora rom-komów, potwierdzających utarte stereotypy.

Wydaje mi się, że to niezwykle ważne dla mnie, ale też dla innych osób tworzących sztukę w dowolnym obszarze, aby odchodzić od swojego punktu widzenia. Aby korzystać z perspektywy bohaterek i bohaterów innej płci, w innym wieku, z innej klasy, o innych poglądach niż twórca. Inaczej nigdy nie odeszlibyśmy od mielenia własnych autobiografii, a to zwyczajnie nudne, prawda?

Dobra, dość o teraźniejszości. Zapraszam Cię teraz do Kalendoru, na patetyczną, ale też etymologicznie interesującą wycieczkę w przeszłość sprzed szesnastu lat.

Klejnot Kalendoru

Na początku świata była tylko jedna wyspa- Ariendor. Nad tą wyspą pieczę sprawował Jedyny – Stwórca wszystkiego. Ariendor zamieszkiwały elfy i centaury w lasach, krasnoludy i orły w górach i ludzie w dolinach.

Pewnego razu elfy i centaury pokłóciły się ze sobą w trakcie nadawania nazw gwiazdom i planetom (oba te plemiona zajmowały się astronomią). Owa kłótnia wywołała wojnę, w której ludzie, elfy i krasnoludy sprzymierzyły się w walce z potężnymi centaurami. Orły nie brały czynnego udziału w tym konflikcie. Ariendor został podzielony na wiele krain, którymi rządzili władcy z poszczególnych plemion.

Nasza historia rozpoczyna się w mieście Errestea, stolicy Kalendoru, którym władali ludzie.

Na dworze królewskim rodzi się pierworodne dziecko króla Thangala, wszystkie dzwony w mieście ogłaszają radosną nowinę, wszystkie zdają się mówić: „Właśnie narodziła się następczyni tronu, przyszła królowa”.

Dziewczynce nadano imię Mirewen, co w mowie elfów oznacza „dziewczyna – klejnot”. Wraz z nią narodziła się nadzieja na zwycięstwo w trwającej od wieków wojnie.

Czternaście lat później umiera Thangal i na tron wstępuje młoda królewna. Koronacja odbyła się na Górze Królów wznoszącej się ponad miastem. Zwyczaj każe aby każdy nowo koronowany władca był prowadzony na szczyt góry, na którym wznosi się Cytadela Światów. W niej odbywa się cały obrzęd koronacyjny i zaprzysiężenie króla wobec Stwórcy i ludu.

Gdy Mirewen sprowadzono z powrotem do pałacu, jako nową królową Kalendoru, została bardzo entuzjastycznie przywitana przez poddanych.

– Wiwat Klejnot wśród dziewic! – skandował tłum – Niech żyje królowa, która jak diament rozjaśnia ciemności wojen!

Głos zabrał arcykapłan z zakonu Ursul:

– Ja, Man-Atar z klanu Hith Draug, na oczach całego Ariendoru przekazuję miecz, koronę i berło naszej nowej władczyni.

– Niech żyje – zakrzyknęli wszyscy. Głos zabrała królowa:

– Dziekuję ci, Święty Ojcze z klanu Mglistych Wilków – to rzekłwszy zwróciła się do poddanych. – Drodzy rodacy! Postaram się sprostać wymaganiom, które zostały mi postawione, ale wiem, że niejednokrotnie będę potrzebować waszej pomocy. Dziękuję wam za wszystko, co dla mnie zrobiliście, robicie i będziecie robić!

– Wiwat, Klejnot rodu ludzkiego! – odpowiedział tłum. W górę poszybowały tysiące czapek i kapeluszy.

Gdy królowa miała szesnaście lat, ogłoszono poszukiwania kandydata na męża, który pozwoliłby zachować ciągłość dynastii i pomagać małżonce w jej obowiązkach. Do pałacu zgłaszało się wielu kandydatów – ludzi, czasem elfów, którym uroda młodziutkiej Mirewen zawróciła w głowie. Swoją drogą trudno im się dziwić.

Na spotkania z kandydatami chodziła w białej, plisowanej sukni, długiej do ziemi. Jej czarne, rozpuszczone włosy opadały kaskadą aż do pasa, pięknie przy tym kontrastując z jej jasną cerą. A oczy – piwne i tajemnicze, skrzyły się wesoło w słońcu.

Do pałacu przybył niejaki Gaerndil – Oddany Morzu, który przez małżeństwo z Mirewen chciał zacieśnić stosunki między elfami i ludźmi – był bowiem Półelfem, Peredhel. Mirewen zgodziła się na ten związek, ale państwa nie zostały połączone, albowiem Gaerndil nie był władcą Dor Edhel, tylko jego kuzynem. Było to małżeństwo bardzo udane – oboje się pokochali, nie mieli przed sobą tajemnic.

Od ślubu minęło już kilka lat, nadeszła kolejna wiosna, wszystko się zieleniło. Nagle do spacerującej po ogrodzie królowej podbiegł strażnik i zaczął mówić:

– Mir Kalendor, Klejnocie Zielonych Ziem, centaury nauczyły się przeprawiać przez góry. To katastrofa! Będzie otwarta wojna…

– Spokojnie człowieku – przerwała mu Mirewen. – Nie bój się, nie półkonie będą decydować o losie mojego ludu, tylko ja sama. A teraz wracaj na posterunek i wypatruj ich dobrze. – To mówiąc pocałowała przerażonego wartownika w czoło i odprowadziła wzrokiem do bramy ogrodu. Królowa zdawała się być spokojna, ale jej myśli pomknęły już w kieunku centaurów. „Czy to jest prawda? Cóż, nawet jeśli to tylko plotka, to warto się przygotować na najgorsze”. Tak myśląc poszła w kierunku pałacu.

Nazajutrz, w czasie kąpieli, do łaźni wpadła przerażona dwórka:

– Pani, od północy nadciągają hordy centaurów! Dor Edhel tonie w płaczu i krwi! Nie ma czasu, trzeba ruszać w bój – dziewczyna zdawała się bliska zemdlenia.

– Dobrze, Malken – odrzekła spokojnie władczyni. – Zostań tu, ochłoń, umyj się. Ja się tym zajmę. – To mówiąc Mirewen ubrała się i wyszła z pomieszczenia, zostawiając osłupiałą służącą przy basenie.

– Ochmistrz! Do mnie!- krzyk królowej odbił się echem po dziedzińcu.

– Jestem, pani, na twoje rozkazy! – ochmistrz dysząc stanął przed królową.

– Dobrze. Każ osiodłać mojego kochanego Rochsilona i poproś płatnerza, by skończył naprawę Miecza Królów.

Zawiadom także załogę Minas Dagor, by wypatrywali wroga z północy i wschodu.

– Pani, do Wieży Bitew jest ponad czterysta mil. Nie zdążę rozesłać gońców…

– To rozpal ognie na Amon Nar – przerwała mu królowa. – I pośpiesz się, nie mamy czasu – dodała po chwili.

– Tak, Pani- przestraszony ochmistrz udał się wypełnić rozkazy Mirewen. Tymczasem ona pobiegła do Herudina, nadwornego mędrca i wizjonera. Herudin – Pan Milczenia odzywał się wyłącznie w obecności młodziutkiej królowej, a i wtedy nie mówił normalnie, tylko wierszem i zagadkami. Zapytany o niebezpieczeństwo grożące państwu, odpowiedział w te słowa:

Centaury, co z dzikich wybiegły kniei

Nie zgaszą twojej, o Pani, nadziei.

Ty ich pokonasz Żelazną Mocą

Mroki rozświetlisz, jak gwiazda nocą.

Treść przepowiedni była dla Mirewen jasna: „Pokonam ich i zakończę lub przerwę wojnę. Ale ta Żelazna Moc…” – królowa nie mogła dociec o co chodziło Herudinowi – „Żelazna Moc, Moc Żelaza… Nie, spróbujmy w innych językach. Po elficku będzie Angren Val; zaraz, zaraz – Val Angren, nie, Valanga. Tak, to musi być Valanga, Miecz Królów!”.

Uradowana Mirewen udała się do swojej komnaty, w której samotnie czekał na nią Gaerndil. Gdy tylko ją zobaczył, wykrzyknął:

– Mirweno, moja ukochana Mirweno! Martwię się o ciebie. Ale z czego ty się tak cieszysz? – mina jego żony wydała mu się w tej sytuacji dość dziwna.

– Będzie wojna! – Mirewen wyrzekła te słowa z pewną satysfakcją.

Dwa tygodnie później armia Kalendoru, złożona ze wszystkich sprzymierzonych plemion, zbliżała się do Minas Dagor. Wieża ta została zbudowana na granicy trzech państw: Dor Edhel, Kalendoru i krainy zwanej przez centaury Hippogea, którą zamieszkiwali.

Na początku pochodu jechała królowa Mirewen na Rochsilonie, o sierści lśniącej prawie tak mocno, jak księżyc nad ich głowami. U jej boku, w siodle kiwał się mąż, którego wyraz twarzy nie wskazywał na zadowolenie z zaistniałej sytuacji. Za nimi raźno maszerowała krasnoludzka piechota, trochę konnicy i łuczników.

Panującą ciszę przerwał niespodziewanie głos Gaerndila:

– Mirweno, czy na pewno tego chcesz? Pomyśl, możemy jeszcze zawrócić – przerwał na chwilę – Dziewczyno, ty masz tylko dwadzieścia lat! Jesteś taka piękna i młoda, a chcesz ginąć na wojnie.

– Mój kochany, przecież mówiłam ci o przepowiedni. Nie ma większego ryzyka. Nie martw się, wszystko będzie dobrze.

Gaerndil nic się na to nie odezwał, tylko mina jeszcze bardziej mu zrzedła.

Rankiem dotarli do Minas Dagor, w której uzupełniono zapasy pożywienia, królowa chciała bowiem zdobyć serce Hippogei – Karantaur, co w mowie elfów znaczy Czerwona Puszcza. Rozpoczął się marsz ku przeznaczeniu, ku zwycięstwu.

Po wielu dniach doszli wreszcie na skraj Karantauru. Zmrok zapadł parę godzin temu, lecz kniei nie rozświetlały żadne ogniska lub pochodnie. Przed armią wznosiła się tylko czarna, pionowa ściana lasu. Wtem z pomiędzy drzew wyleciało ze świstem kilka czerwonopiórych strzał. Elficcy łucznicy natychmiast odpowiedzieli ogniem, po chwili zadźwięczały głucho cięciwy i grad pocisków poszybował między drzewa. Na skraj lasu wypadły cztery centaury, tratując przy tym pierwsze szeregi piechoty i płosząc konie. Jedynie Rochsilon stał niewzruszenie na swoim miejscu, jakby skamieniał.

– Pani, nazywają mnie Romentir- Strażnik ze Wschodu. Mój pan prosi Cię do siebie – jeden z centaurów wyrzekł te słowa do Mirweny stojącej niewzruszenie w strzemionach. Miał on rudą brodę, takie same włosy i zielone oczy. W ręku trzymał cisowy łuk przedniej roboty.

– Prowadź strażniku!- powiedziała królowa z dziwnym błyskiem w oku – A wy tutaj zostańcie. Jakbym nie wróciła… to zrobicie, co uważacie za stosowne. – To mówiąc, ścisnęła konia strzemionami i pomknęła za Romentirem w las.

Po chwili dotarli do miejsca, które elfy nazywają Aldarond – Kopuła Drzew. Tworzy ją dwadzieścia siedem drzew nieznanej nikomu odmiany, rosnących w kręgu o średnicy pięciu długości człowieka, a ich gałęzie splatają się ze sobą tworząc nieprzeniknioną kopułę. To miejsce wybrał sobie na siedzibę Feataur – Duch Puszczy, wódz wszystkich centaurów. Mirewen została przyprowadzona przed starcze oblicze wodza okryte zielonozłotym kapturem.

– Wezwałem Cię, Pani do Aldarond aby osobiście poznać tę, która postanowiła mi stawić czoła. I przyznam, że nigdy wcześniej nie widziałem piękniejszej niewiasty wśród elfów ani wśród śmiertelników. – Głos Feataura był niski, głęboki i melodyjny, zupełnie nie pasował do osoby, która miała za sobą prawie dziesięć wieków życia.

– Wiec jestem- odparła królowa – oto ja, Mirewen, „Klenot wśród dziewic”, zwą mnie także Findurwena, „Kobieta o ciemnych włosach” – w jej głosie dało się słyszeć lekkie drżenie spowodowane zapewne strachem przed dalszymi wydarzeniami – i proponuję ci układ, Feataurze. Spór rozstrzygniemy między sobą: jeśli ja zwyciężę w pojedynku, to odstąpicie od wojny, zaś jeśli ty wygrasz, to zrobicie ze mną i z moim ludem co będziecie chcieli.

– Zgoda królowo! Nie dość, że najpiękniejsza, to jeszcze taka odważna- to rzekłwszy Feataur zdjął zawieszony na gałęzi topór obosieczny zwany przez centaury Labros.

W chwilę potem, na ogromnej leśnej polanie ustawili się oboje naprzeciw siebie, gotowi do starcia. Walczących otaczał tłum centaurów, którzy chcieli jako pierwsi znać wynik walki. Wśród gapiów było także poselstwo armii Mirewen.

Zabrzmiał gong. Natarli na siebie: Mirwena z Valangą w ręce i Feataur z ogromnym toporem. Wódz zamachnął się potężnie, lecz Rochsilon uskoczył w ostatniej chwili i topór tylko świsnął dziewczynie koło ucha. Teraz ona natarła: pchnęła Ducha Puszczy prosto między przednie nogi, raniąc go w brzuch. Ten stanął dęba, zawył z bólu i padł na murawę zbrukaną posoką. Wszystkie centaury opuściły ogony, usiadły podkuliwszy pod siebie nogi i spuściły głowy na znak żałoby. Zaś Mirwena powróciła do Errestei, gdzie wydano na jej cześć wielką ucztę.

Tak oto kończy się nasza historia, o której krąży po świecie wiele ballad i pieśni. Dodam jeszcze, że Mirewen i Gaerndil mieli syna o imieniu Alaktar – Mknący Król. Ale to już zupełnie inna opowieść.