Dianę obudził nietypowy hałas dobiegający z kuchni. Najwyraźniej musiała usnąć w fotelu, w którym usiadła, chcąc mieć na oku swojego gościa. Tak, gość to chyba najlepsze określenie – przyjdzie i odejdzie, a ona wróci do swojego uporządkowanego pustelniczego życia i spokojnie zestarzeje się w samotności. Choć przyzwyczaiła się do przebywania we własnym towarzystwie, w tamtej chwili myśl o kolejnych dekadach spędzonych w pojedynkę ścisnęła jej żołądek i naprężyła mięśnie twarzy. Czyżby ten jeden wieczór przegadany z drugim człowiekiem – obcym, niepokojącym mężczyzną, ale jednak istotą ludzką – wzbudził w niej jakąś dawno pogrzebaną część własnej jaźni?

Zerwała się teraz z fotela, podniosła z podłogi broń i przeszła do kuchni. Pomieszczenie wyglądało zwyczajnie, zalane mglistym blaskiem poranka. Na stole leżały dwa talerze wypełnione starannie przygotowanymi kanapkami z paczkowanych sucharów, pomidora i konserwowej mielonki, wraz z dwoma kubkami parującego naparu. Aki stał na środku. Odwrócił się, słysząc skrzypienie podłogi pod jej stopami i uśmiechnął się przepraszająco, łowiąc wzrokiem wylot lufy pistoletu.

– Zrobiłem ci śniadanie – powiedział cicho. – Nie mogłem znaleźć herbaty, więc zaparzyłem liście mięty, tej rosnącej pod pomidorami.

– Dziękuję, nie musiałeś – Diana również odpowiedziała uśmiechem, próbując ukryć zakłopotanie. Pierwszy raz, odkąd pamiętała, ktoś zrobił jej śniadanie.

– Odłożysz to? – Wskazał podbródkiem na Waltera w jej ręce.

– A to… Tak, jasne – zabezpieczyła broń i schowała ją do kabury.

Usiedli przy stole. Diana nieufnie powąchała napój w kubku, ale pachniał jedynie ziołową świeżością, bez żadnych niepokojących nut. Wzięła łyk i ciepła miętowa esencja spłynęła jej po podniebieniu, pobudzając delikatnie kubki. Aki uniósł do ust kanapkę i ugryzł ją z głośnym chrzęstem chrupkiego pieczywa. W oczach zatańczyły mu iskierki uśmiechu, kiedy żuł mielonkę z pomidorem, prawdopodobnie pierwszą rzecz od lat, która nie była liofilizowanym batonem albo na wpół zdechłą rybą.

Do kobiety coraz bardziej docierało, jak brakowało jej towarzystwa. Odwzajemniała uśmiech za uśmiechem, a kiedy skończyli kanapki, przeszli od cichych chrząknięć i nieśmiałych niedopowiedzeń do pełnoprawnej rozmowy. Zaczynali się poznawać. Łowczyni wciąż miała gdzieś w tyle głowy myśl o tym, że jeśli Aki okaże się nosicielem toksyny, będzie musiała go zabić. I ta myśl, uporczywa i nieznośna, kłuła ją jak cierń w bucie. Kobieta starała się więc nie myśleć, odwracała uwagę opowieścią gościa i sama odwdzięczała się historiami z Zony – o polowaniach, poszukiwaniu przydatnych rzeczy i wspomnieniach czających się w poprzerastanych samosiejkami ruinach.

Przez prowadzoną półgłosem rozmowę przebił się dźwięk plotera, głośny jak wystrzał armatni. Urządzenie z metalicznym szczękiem wypluwało kolejne arkusze, a siedzący przy stole zamilkli. Oboje doskonale wiedzieli, że ich dalszy los jest zależny wyłącznie od wyników badań, które w równych kolumnach czarnego tuszu pojawiały się na rolce papieru.

Diana wstała. Musiała podeprzeć się o blat stołu, gdy ugięły się pod nią kolana. Zaklęła cicho i przeszła do laboratorium. Wyrwała z drukarki długi pas papieru i nie patrząc na niego wróciła do kuchni.

– Czytaj! – Poprosił mężczyzna.

Ona milczała długo, patrząc na niego z mieszaniną tęsknoty i litości.

– Czytajże, kurwa mać! – Wyszeptał przez zaciśnięte gardło.

Przetarła przedramieniem zaczerwienione oczy i spojrzała na arkusz. W absolutnej ciszy przebiegała wzrokiem kolejne wersy, kolumny i tabele. Przejrzała wszystko raz, drugi, trzeci.

– I co? – Aki podniósł się z krzesła i przysunął do niej.

– Masz… Masz niedobór witaminy D i trochę podwyższone OB, ale poza tym jesteś zdrowy.

Zanim zdążyła skończyć zdanie, rzucił jej się na szyję. Uściskał Dianę serdecznie i pocałował, jakby niechcący, z rozpędu. Nie opierała się, miękka i ciepła, ale po chwili stanowczym ruchem cofnęła głowę.

– Powinieneś był zapytać o pozwolenie – powiedziała dobitnie, patrząc Akiemu głęboko w oczy. – Nawet się nie znamy!

– Przepraszam – w jego głosie nie było ani cienia skruchy. – Wiem, powinienem. Więc pytam teraz.

– Udzielam! – uśmiechnęła się i objęła go mocno w talii.

Kiedy dłoń Akiego wsunęła się pod bluzę i Diana poczuła jego palce na skórze pleców, wiedziała, że przekracza nieosiągalną do tej pory granicę. Jej natura odkrywczyni, do tej pory krępowana przez zasady bezpieczeństwa, przyrodę Zony i ciemności nocy, teraz zerwała się ze smyczy i śmiało przeszła linię demarkacyjną – granicę skóry drugiego człowieka. Odkrywali się wzajemnie, eksplorowali swoje ciała ze śmiałością pionierów, którzy po latach wędrówek po pustkowiach wreszcie dotarli do żyznych ziem. Śmiali się przy tym jak dzieciaki ucieszone prostotą zabawy, beztroską lekkością. Wspólnym wysiłkiem spiętrzali przyjemność, niczym zamek z piasku, aż dotarli do blanków najwyższej wieży.

Oddychając głęboko legli obok siebie na chłodnej kuchennej podłodze, trzymając się za ręce. Diana oderwała wzrok od sufitu, przewróciła się na bok i spojrzała w roześmiane oczy mężczyzny. Wahała się chwilę, nie chcąc zburzyć tej cudownej, pełnej rozkosznego napięcia ciszy, ale w końcu odezwała się szeptem.

– Akteon…

– Tak?

– Zostań ze mną. Na zawsze.