Przez lata fantastyka żyła w dużej mierze powidokami tytanicznej pracy, jaką wykonał J. R. R. Tolkien. Budując świat Ardy chciał, jak sam twierdził, dać Anglii jej własną mitologię, wspartą na opowieściach anglosaskich, celtyckich i skandynawskich. Ale to nie powinna być jedyna droga, jaką winna zmierzać współczesna fantastyka.

W rezultacie działań Tolkiena wszyscy przyzwyczailiśmy się do tego, że historie fantasy pełne są smoków, elfów i krasnoludów, dzielnych herosów wyruszających na misje i tajemniczych przedmiotów, rządzących się własnymi prawami. Różne wariacje tych motywów widujemy w książkach, grach i filmach, które wciąż utrzymują się na szczycie popularności. Jednak wiele z tych tekstów nie wychodzi poza utarte już stereotypy i schematy, opowiadając historie wciąż w tym samym kostiumie. A przecież można inaczej.

Czerpiąc z folkloru

Tolkien świadomie czerpał garściami z mitów i eposów, które jako specjalista od literatury staroangielskiej znał na wyrywki. Wcześniej oczywiście wykorzystywano tradycje germańskie i skandynawskie – wspomnę chociażby Pierścień Nibelunga Wagnera, w poszukiwaniu „rodzimych” toposów i tropów, pozbawionych grecko-rzymskich wpływów klasycznej literatury basenu Morza Śródziemnego. W polskiej literaturze również sięgano po „miejscowe” historie – Stara Baśń, Balladyna czy Świtezianka to tylko najbardziej oczywiste przykłady. Podobnie działo się w całej Europie – na kanwie rodzenia się współczesnej koncepcji narodu twórcy wykorzystywali motywy znane z własnego podwórka.

Czy to duża popularność Tolkiena, czy może raczej wpływ brytyjskiego kolonializmu i dominującej roli angielszczyzny w kulturze od lat 40. XX wieku – trudno orzec. Dość więc powiedzieć, że to akurat wypracowany przez Profesora repertuar motywów i toposów zdominował literaturę fantasy, gdy ta wyodrębniła się jako gatunek, zaś tematy nienależące do kręgu anglo-skandynawskiego nie zyskały szerokiego uznania.

Tymczasem lokalne opowieści nie znikały. Wciąż rezonowały, co jakiś czas wypływając na wierzch, ale przez większość czasu pozostawały w cieniu, przykryte gradami elfich strzał, hukiem krasnoludzkich młotów i cieniem smoczych skrzydeł. Doszło do tego, że nawet gdy ktoś chciał sięgnąć do innej tradycji, ostatecznie i tak kończył w porządku anglosaskim: w tym miejscu pozwolę sobie przywołać przykład Hadesa w Starciu Tytanów, który wypuszcza Krakena… Skąd on, u licha, wziął tam Krakena? Czy nie mógł wypuścić Ketosa? Ewentualnie Tyfona? Wsadzili tego Krakena w grecki świat, jakby Hellenowie nie mieli wystarczająco dużo potworów. Wiem, oczywiście, że słowo „kraken” budzi określone skojarzenia u odbiorcy, a „ketos” nie, ale na przestrzeni całego filmu można było zbudować dla niego właściwe napięcie, a nie silić się na groteskowy skrót.

Różne drogi

Żeby nie zagłębiać się w analizę Starcia Tytanów, powiem tylko, że można inaczej. I służę przykładami. Żeby też nie sięgać zbyt daleko, exempla będą z naszego rodzimego podwórka.

Na pierwszy ogień weźmy Andrzeja Sapkowskiego. Oczywiście znasz zapewne przetaczającą się przez fandom dyskusję o „słowiańskości” wiedźmina. Jestem jednak zdania, iż twierdzenie, że cykl wiedźmiński jest „słowiański” ma tyle podstaw, co uzasadnianie istnienia imperium Lechitów. Już mówię, dlaczego.

Sapkowski w udany sposób łączy polszczyznę jako tworzywo, polski folklor w roli ozdobników, uniwersalne europejskie fabuły – warto wspomnieć, że przecież dwa tomy wiedźmińskich opowiadań są przetworzeniami baśni Grimmów, Andersena czy Perraulta – oraz mitologię celtycką, wspartą kultem Wielkiej Potrójnej Bogini, kalendarzem świąt czy rytuałami. Co ciekawe, celtyckie wpływy pojawiają się także w trylogii husyckiej czy innych opowiadaniach, jak chociażby Złote Popołudnie.

I chociaż u Sapkowskiego występują elfy, krasnoludy, niziołki czy smoki, w twórczy sposób przetwarza on te tematy, wyłamuje się z obowiązujących stereotypów i idzie w swoją stronę.

Drugim przykładem niech będzie Jacek Dukaj i jego Inne Pieśni. Dukaj w ogóle plasuje się trochę poza konkurencją, bowiem większość jego książek nie jest przetworzeniem ludowych wierzeń z tej czy innej tradycji, ale stanowi grę z Jądrem Ciemności Conrada. Inne Pieśni nie są pod tym względem wyjątkiem (fabularnie), ale „kostiumowo” pokazują, jak w oryginalny sposób można wykorzystać hellenistyczny świat, fizykę Arystotelesa i grekę do budowania literackiej rzeczywistości. Inne Pieśni po prostu trzeba przeczytać – świetnie pokazują, w jaką stronę mogłaby iść fantastyka, gdyby nie uchwyciła się kurczowo skandynawskiej mitologii.

Dysputę o tym, czy twórczość Dukaja zaklasyfikować bardziej jako fantasy czy raczej jako science fiction pozostawiam nieco na boku, celowo unikając odpowiedzialności wobec zagłębiania się w meandry literaturoznawczych podziałów. Istotna jest dla mnie inspiracja grecką tradycją, omijająca szerokim łukiem basen Morza Północnego.

Trzecim twórcą, którego chcę wspomnieć, jest Jakub Ćwiek i jego cykl o Kłamcy, który plasuje się niejako na pograniczu. O ile główny bohater należy do panteonu nordyckiego, o tyle Ćwiek w lekki i jednocześnie przyjemny dla czytelnika sposób wciąga do opowiadań postaci z innych porządków – greckiego, egipskiego, z mitologii mezopotamskich czy wierzeń ludów Ameryki Północnej – stawiając całe to „pogańskie” towarzystwo w kontrze do judeochrześcijańskich aniołów.

Żeby nie było tak lokalnie, wspomnę o Ricku Riordanie i jego cyklu o Percym Jacksonie. Przywołam tytankę światowej fantastyki, Ursulę Kroeber Le Guin i jej Lawinię. Wspomnę o Madeline Miller, autorce The Song of Achilles i Circe. Napomknę o dylogii Heros musi być tylko jeden Gromowa i Ładyżeńskiego.

Ta lista, którą mógłbym ciągnąć prawdopodobnie ad infinitum, ma pokazać, że nasze pierwsze skojarzenie fantastyki z opowieścią o smokach, elfach i krasnoludach nie musi pokrywać się z prawdą. A jednak wciąż wiele autorek i autorów wykorzystuje to skojarzenie i idzie drogą na skróty, budując światy przedstawione w oparciu o spopularyzowane przez J. R. R. Tolkiena schematy.

Mithologia Nova

Jak zapewne widzisz już po moich tekstach, ja nie zamierzam kroczyć tą ścieżką. Niewykluczone, że kiedyś napiszę jakiś krótki tekst sięgający do skandynawskich czy anglosaskich motywów, ale nie chcę się do nich ograniczać.

Po Krzywdzie, zbudowanej w oparciu o historię I Rzeczpospolitej, zderzoną z ukraińskim folklorem, wyruszam w stronę cyklu miniatur pod zbiorczym hasłem Mithologia Nova. To moje autorskie odczytanie greckich opowieści, próba dostrzeżenia ludzkich aspektów w znanych z mitów postaciach oraz przetworzenia ich przez pryzmat współczesnego społeczeństwa.

Cykl nie będzie się ciągnąć w nieskończoność, bowiem ma jasno określony cel – jest nim moja debiutancka powieść, której bohaterka, Oriana Geber, będzie musiała zmierzyć się z trudnym dziedzictwem sięgającym korzeniami czasów bogów i bogiń, herosów i potworów.

Czeka nas wspólnie kawał drogi. W tym momencie nanoszę na tekst ostatnie, mam nadzieję, poprawki i przygotowuję go do wydania. Będę zaszczycony, jeśli tę drogę przebędziesz razem ze mną i razem ze mną będziesz cieszyć się udanym debiutem Oriany Geber (i moim).

Pozwól się wciągnąć w nową mitologię, zaproś znajomych i wspólnie zanurzmy się w ten świat.

P. S.

Być może podobała Ci się Krzywda i martwisz się, że nigdy nie doczekasz się ciągu dalszego. Spokojnie, doczekasz się. Koncepcja na jej historię długo chodziła mi po głowie i wciąż nie daje mi spokoju. But first goes first – to znaczy: napisane ma pierwszeństwo przed nienapisanym.

Daj mi czas, którego będę potrzebować, aby oddać całą głębię świata Halszki Pluto i właściwie pokazać jej historię. A po drodze czekają nas inne przygody.