– Gdzie oni są?! – Łapa Kronosa coraz mocniej zaciskała się na jej szyi.

– Nie… wiem… o czym… – Rea z trudem łapała oddech. Twarz Żniwiarza zatrzymała się zaledwie kilka cali przed jej oczami. Olbrzymie szare skrzydła zasłaniały światło. Dyszał ciężko, a jego skóra śmierdziała krwią i ziemią.

– Nie kłam! Wiem, że knujesz coś z tymi bachorami, jak zawsze. Znudziło ci się królowanie? Chcesz posłać mnie do Tartaru, a sama usunąć się w cień?

– Ja… nie… – urwała, kiedy rzucił nią o kamienną posadzkę.

W tym momencie otwarły się drzwi. Chłód wieczora wdarł się do sali, owijając się wokół fałd czarnego peplosu stojącej w przejściu postaci.

– Widzę, że przeszkadzam. Wrócę później – Hekate wyszczerzyła się paskudnie i odrzuciła srebrne włosy z ramion.

– Zostań, wiedźmo – warknął Kronos. Spojrzał na rozciągniętą na posadzce Reę, wwiercił się wzrokiem w jej załzawione oczy i dodał cicho: – A my jeszcze wrócimy do tej rozmowy.

Wyszedł, zostawiając dwie kobiety same.

Hekate odczekała, aż kroki Żniwarza ucichną w perystylu, po czym sprężystym krokiem zbliżyła się do królowej i pomogła jej wstać.

– Wszystko w porządku?

– Tak – wychrypiała i otrzepała skrzydła. – Dziękuję. Zawsze zjawiasz się w porę.

Potrójna nie odpowiedziała. Wyprowadziła Reę na dziedziniec. Zimne powietrze działało kojąco, uspokajało ciało i umysł.

– Są bezpieczni? – Zapytała cicho Rea, przerywając długie milczenie. Hekate spojrzała w usiane rubinowymi gwiazdami niebo i przytaknęła.

– Przeszli przez Korytarz, są na Ziemi. Mam tylko nadzieję, że nie nabroją zbytnio.

– To znaczy? – Królowa spojrzała w oczy Strażniczki, płonące jak rozżarzone węgle, ale nie wytrzymała. Spuściła wzrok.

– Widzisz, basilea, mieszkańcy Ziemi są dużo słabsi ode mnie czy od was. Żyją bardzo krótko, niczym mgnienie oka. Lubują się w wojnach i zabójstwach, okradają się, napadają i gwałcą…

– Ale przecież Prometeusz… Prometeusz mówił, że im pomógł. Że wskazał im drogę, którą powinni podążać… – Rea przeczesała palcami długie jasne włosy i machinalnie zaczęła zaplatać je w gruby warkocz. Obie ruszyły w stronę ogrodów, rozciągających się pomiędzy pałacem a Elizjum.

– Nie, kyria. Prometeusz dał im narzędzia, dzięki którym mogą się jeszcze lepiej zabijać. Wzmógł tylko cierpienie, zamiast je pomniejszyć. Nie chcę być złą proroczką, ale ktoś kiedyś wypruje mu za to flaki.

– Przestań! – Związała włosy i gwałtownym ruchem odrzuciła warkocz na plecy. – Czy to znaczy, że moim… moim dzieciom coś grozi?

– Powiedziałam ci przecież, że są bezpieczni. Obawiam się tylko, że jak spostrzegą słabość ludzi wokół, zaczną ją wykorzystywać. Gotowi jeszcze obwołać się ziemskimi bogami!

– Cóż w tym złego?

– Jeśli zajmą boskie trony, wystawią się na strzał. Kronos z łatwością ich dostrzeże.

Zatrzymały się przy kamiennej ławeczce. Rea usiadła i wskazała Hekate miejsce obok, ale Strażniczka stała niewzruszona. Czerwonawe światło gwiazd wzbudzało na jejsrebrnych włosach krwawe refleksy.

Otaczające je krzewy rozbrzmiały nagle głośnym brzęczeniem cykad. Dźwięk wwiercał się w uszy, odbijał echem na brukowanych ścieżkach, rezonował między kolumnami pałacowego portyku. Zapowiadała się naprawdę zimna olimpijska noc.

Hekate postawiła na ławce obutą w podróżny trzewik stopę i zadarła peplos, odsłaniając przytroczony do uda skórzany pakiet. Wsunęła palce do torby i wyłuskała z niej niewielką fiolkę z górskiego kryształu. Podała ją Rei.

– Daj mu to, kiedy przyjdzie czas. Uprzedzę cię.

– Trucizna? – Słabym głosem spytała Rea.

– Na litość niebios, basilea, czy ośmieliałbym się otruć króla? – Obruszyła się Potrójna. – Nie, nie trucizna. Ale osłabi go na tyle, że być może uda ci się od niego uwolnić.

– I co… co się z nim stanie?

– Dopilnuję, żeby nie umarł. I żeby znalazł się jak najdalej stąd. Mam wobec Kronosa pewne plany.

– Jakie?

Hekate w milczeniu spojrzała głęboko w załzawione oczy Rei, aż królową przeszły ciarki. Jej palce zacisnęły się na fiolce z eliksirem. Wstała powoli, jakby niewidzialna siła przyciągała ją do ławki i skłoniła się przed Strażniczką.

– Dziękuję ci raz jeszcze, Polypharmakos.

Potrójna oparła dłoń na podbródku Rei, uniosła jej głowę i złożyła na jej wargach krótki, suchy pocałunek.

– Podziękujesz, jak będzie po wszystkim. Tylko wytrzymaj.

Odwróciła się i odeszła w mrok, zostawiając Reę przy ogrodowej ławce. Królowej zdawało się, że przez szmer cykad przebiło się przytłumione gwizdnięcie i tupot zwierzęcych łap, ale nie była pewna. Słyszała oczywiście plotki o wściekłej sforze, towarzyszącej Strażniczce na każdym kroku, jednak w tym momencie wolała, żeby pozostały tylko plotkami.

Gwiazdy na niebie zadrżały lekko, jakby przygasły, ale po chwili wróciły do swojej intensywnie czerwonej barwy. Rea spojrzała jeszcze raz na dłoń, pobielałą od ściskania ciętego kryształu wypełnionego płynną nadzieją. Już niedługo.