Długie, ogniście rude włosy Kirke lśniły w promieniach zachodzącego Słońca. Oparta o filar kolumnady zamykającej dziedziniec, patrzyła na rozciągające się aż po horyzont ołowianoszare morze. Wieczorna bryza niosła woń soli i wodorostów, przenikając przez lniane sploty białego peplosu i okrywając jej ciało gęsią skórką.

Kirke zakołysała kraterem z winem korzennym, uniosła naczynie do ust, upiła trochę. Pojedyncza czerwona kropla potoczyła się od krawędzi jej ust i ściekła na fałdy sukni, tworząc krwawy kleks. Nie zwróciła uwagi na plamę. Była zbyt zmęczona, żeby przejmować się błahostkami.

Na pokrywającym podwórze żwirze zaszeleściły kroki, ale kobieta nie oderwała wzroku od morza.

– Matko… – wyszeptała i upiła kolejny łyk.

– Eksperyment się powiódł? – Hekate wyjęła długą szpilę spinającą włosy, rozrzucając srebrne pukle na okrytych czarnym płaszczem ramionach.

– Częściowo. Transmutanty działają, ale muszę dopracować drugą warstwę. Obiekt zbyt szybko traci rozum.

– Pokaż.

Kirke oderwała się od kolumny i spojrzała głęboko w czarne oczy matki, płonące jak rozżarzone węgle. Uśmiechnęły się jednocześnie, w identyczny niemal sposób, uśmiechem, który zwykłemu człowiekowi zmroziłby krew w żyłach.

Przeszły razem przez dziedziniec – biel i czerń, Słońce i Księżyc, córka i matka, dwie piastunki Starej Potęgi, innej niż siły Olimpu, pierwotnej, niezbadanej. Nad ich głowami ciemniejące niebo obnażało światła pierwszych gwiazd, ale one nie patrzyły w górę. Kierowały się prosto do pracowni.

Dom Kirke, zajmujący znaczną część ściętego wzgórza w centrum wyspy Aiai, przypominał inne greckie domy, z tą jednak różnicą, że był kompletnie pozbawiony andronu – męskiego skrzydła, które byłoby tutaj zupełnie zbędne. Zamiast niego, niemal jedną trzecią oikonu zajmowało laboratorium.

Kiedy weszły do pomieszczenia, natychmiast oblepił je ciężki dym z kadzideł, mocny aromat ziół, smród siarki, amoniaku i innych substancji. Gorące nieruchome powietrze wdzierało się w płuca, odbierając oddechowi głębię i wyciskając łzy z oczu. Na środku pracowni leżał olbrzymi tygrys – wyciągnięte pazurzaste łapy kurczyły się i rozkurczały, jakby śnił o polowaniu. Chrapanie kota odbijało się od ścian, wprawiając w lekkie drżenie liczne szklane i gliniane naczynia, piętrzące się na półkach pod sam sufit.

– Drogie dziecko, jestem pod wrażeniem – wymruczała Hekate, podchodząc do bestii. Ostrożnie zajrzała w paszczę zwierzęcia, obejrzała zęby i wibrysy, pogładziła aksamitną sierść. – Skąd go wzięłaś?

– Kupiłam za grosze na targu w Syrakuzach. Obniżyli cenę, bo miał duże znamię na policzku i nikt go nie chciał. Zresztą, nawet teraz je widać. Jak się dobrze przyjrzysz, to pod lewym okiem jest taka nieregularna zmiana – Kirke przekroczyła tygrysa i uklękła przy jego łbie z drugiej strony.

– Tak, widzę. Ale to chyba w niczym nie przeszkadza?

– Mnie nie przeszkadza. Kwestia czysto estetyczna.

– Ale mózg…

– Właśnie mózg jest problemem – wzięła z blatu niewielkie lusterko i świeczkę. Skierowawszy odbicie płomienia na nos zwierzęcia, uniosła najpierw jedną, potem drugą powiekę i sprawdziła reakcję na światło. Była prawidłowa. – Miałam nadzieję, że uda się zachować pamięć obiektu, a także część zdolności poznawczych. Tymczasem na wierzch wyszły cechy czysto zwierzęce, które utrzymują się także po odwróceniu przemiany.

– Próbowałaś dodać Epikranion w podstawie kompozytu?

– Tak, nie działa. Będę musiała go zmodyfikować, jeszcze nie wiem jak.

– Może Anatypoma zadziała? Tak silny stymulant powinien zapobiec degradacji mózgu.

Kirke nie odpowiedziała. Wtuliła się w prążkowaną sierść, słuchając równego oddechu śpiącego kota. Mógł trafić dużo gorzej – na galery albo do kamieniołomu. Tymczasem przyczyniał się walnie do rozwoju nauki. Iluż niewolników zyskuje taką szansę?

Bestia fuknęła cicho i uchyliła powieki, łypiąc na obie kobiety. Hekate cofnęła się kilka kroków, wychodząc z zasięgu potężnych łap, ale Kirke nie oderwała głowy od żeber tygrysa.

– W sumie może go tak zostawię… Jest taki miękki i uroczy. I nie śmierdzi, w przeciwieństwie do spoconego niewolnika.

– I co niby z nim zrobisz – sarknęła Potrójna. – Otworzysz cyrk?

– Nie, w cyrku by się zmarnował. Zatrzymam ot tak, dla ozdoby i do towarzystwa.

– Do towarzystwa to są psy.

– Dobrze wiesz, matko, że w przeciwieństwie do ciebie zawsze wolałam koty – podrapała tygrysa za uchem. Zwierzę wypuściło ze świstem powietrze, przymknęło oczy w typowo leniwym, kocim odruchu.

– Gusta nie podlegają dyskusji.

– To prawda – podniosła się na klęczki i wstała. Olbrzymi kot również podźwignął się z kamiennej posadzki i przeciągnął, prężąc prążkowany ogon. – Może więc, miast spierać się o wyższość psów nad kotami, zjemy wieczerzę?

Hekate przytaknęła.

– Bardzo chętnie coś przekąszę. Czeka mnie długa noc, a wiesz, jak męczące bywa przechodzenie przez Korytarz wte i wewte.

– Dokąd dzisiaj? – Kirke szła amfiladą pomieszczeń, wsparta łokciem o grzbiet towarzyszącego jej tygrysa. Zwierzę sięgało jej powyżej talii.

– Na pewno Olimp. I być może Dilmun. Zebrało się dużo spraw do załatwienia.

Zamilkły. Obie doskonale wiedziały, jakiego rodzaju sprawy załatwia Hekate, Potrójna, Pani Czarów i Strażniczka Rozstajów. Sprawy, o których się nie mówi.