Słońce chowało się za horyzontem bezkresnego Zachodniego Morza. Na tle czerwonego dysku wyraźnie odcinały się czarne sylwetki statków wracających z Kassyterydów. Wszystko szło zgodnie z planem, pomyślał Enkelados i poprawił na ramionach ciężki płaszcz z tytanich piór.

– Nie rozumiem, dlaczego Japet nie mógł otworzyć tego Korytarza bliżej – Gration splunął do portowego basenu. – Z jakiej racji mamy drałować przez całe morze?

– Nie pomyślałeś, bracie – Enkelados spojrzał na niego z ukosa, – że zaalarmujemy Prometeusza? Nie słyszałeś, co szef mówił?

– Ale przecież Japet…

– Dość – położył Grationowi ciężką dłoń na ramieniu. – Nie wymawiaj tego imienia na Ziemi. I nie udawaj, żeś mądrzejszy niż w rzeczywistości. Nie jesteś od myślenia.

Gigant przełknął ślinę i zgrzytnął zębami, ale nie zadał już kolejnego pytania. Tymczasem Enkelados podszedł do pozostałych towarzyszy, wygrzewających się w ostatnich promieniach zachodzącego Słońca na stercie przygotowanych do załadunku towarów. Kopniakiem ciężkiego buta z wężowej skóry wyrwał z drzemki Astera. W milczeniu wskazał na płynące w ich stronę statki. Obudzili resztę i po chwili wszyscy stali na nabrzeżu, obserwując szybko zbliżające się do lądu maszty. Mimo wieczornej bryzy, niosącej od zabudowań Gadiru swąd ognisk i smród ludzkich siedzib, ciężkie pierzaste peleryny i czuby na hełmach nie poruszały się niemal wcale. Sześć milczących cieni wyglądało jak posągi odlane z brązu. Jedynie ich oczy płonęły, wpatrzone w otwarte morze, skrzące się jeszcze różem zmierzchu.

Nie poruszyli się, kiedy statki zawijały do portu ani wówczas, gdy żeglarze zeskoczyli na nabrzeże, żeby obłożyć cumy na solidnych kamiennych pachołkach. Dopiero ujrzawszy przywódcę grupy, zażywnego kupca o śniadej twarzy, Enkelados odwrócił się w jego stronę i ruszył mu na spotkanie.

– Ty jesteś Hanno? – Zdjął hełm i wyprostował się. Był prawie dwie głowy wyższy od człowieka, a szerokimi barami przesłaniał żeglarzowi widok na port.

– A kto pyta? – Odparował kupiec. Choć trząsł się jak osika, nie dawał po sobie poznać strachu.

– Przysyła nas twój pan, Melqart. Ma dla ciebie zadanie.

– Skoro pan prosi, jak mnie można odmówić? – Język kupca zdradzał chrapliwy kanaanejski akcent. – Czegóż wam trzeba?

– Statku – bez ogródek odparł gigant. – Zawieziesz nas natychmiast do Knossos.

– Ależ panie… Mnie mus zapasy uzupełnić, wody nabrać! Najwcześniej rano możemy wypłynąć.

– Wypływamy od razu – Enkelados zgrzytnął zębami i położył lewą dłoń na rękojeści paskudnie wyglądającej machajry.

– To może o północy chociaż? – Hanno całkiem odrzucił strach i przeszedł do targów.

Zza pleców Enkeladosa wychynął jeszcze wyższy od niego Porfirion.

– Mam tu, chłopie, sakiewkę, pełną pereł – mówił cicho i spokojnie, ale ten spokój rozlewał się na kupieckim karku chłodną strugą lęku. – Wypłyniemy godzinę przed północą. Za każdy kwadrans spóźnienia odejmę z sakiewki jedną perłę. A jeśli tak by się stało, że pereł zabraknie, to resztę należności ureguluję kosztem twoich uszu, nosa i chciwych paluchów. Rozumiemy się?

– Tak, panie. Oczywiście!

Kupiec skłonił się nisko, długą trefioną brodą zamiatając chodnik nabrzeża. Odwrócił się do załogi, zagwizdał i wydarł się na niewolników, upewniając się, że nie marnują jego czasu.

Statek odbił od brzegu o czwartej, godzinę przed wyznaczonym terminem. Wioślarze wprawnymi ruchami wyprowadzili go z zatoki, a kiedy minęli cieśninę dzielącą Morze Zachodnie od Morza Wewnętrznego, podnieśli żagiel.

– Długo będziemy tak płynąć? – Mimas wcisnął się między zalegające na rufie worki i przykrył ciało płaszczem.

– Przy dobrych wiatrach mniej niż miesiąc, bracie – cichy głos Porfiriona przebił się przez trzeszczenie lin i łopot żagla. – Prześpij się, będziesz potrzebował siły.

– Siły… – prychnął Mimas i ziewnął przeciągle. – Przecież to jeszcze dzieciaki. Znajdziemy je raz dwa i po sprawie.

– Nie zapominaj, czyje to dzieciaki – parsknął Enkelados, nadchodząc w ich stronę. Ciężkie wężowe buty dudniły na drewnianych klepkach poszycia, kiedy przekraczał kolejne żebra statku, omijając liczne paczki, tobołki i baryły.

Od dziobu przyszedł też Aster. We trzech rozłożyli się wygodnie na pachnących prosem workach z zapasami i przygotowali do snu. Gration i Pikolous przeszli na dziób, gdzie Hanno z drugim kupcem właśnie zaczynali grać w senet. Enkelados patrzył spod półprzymkniętych powiek, jak klękają przy niskim stoliku, dobierają pionki i ustawiają je na pozycjach początkowych. Słyszał, jak półgłosem kłócą się z Fenicjanami o stawkę zakładu. Ale nie dbał o to. Po przejściu przez Korytarz był zbyt zmęczony, żeby przejmować się takimi drobiazgami, jak przegrana Grationa w jakąś głupią ludzką grę. Podłożył sobie pod głowę wygrzebany spomiędzy worków bukłak i niemal natychmiast zapadł w ciężki, głęboki sen.