Na południowym zboczu Idy, nieopodal jaskini skrywającej wylot Korytarza, którym się tutaj dostali, stał dom i warsztat. Zeus i Posejdon obserwowali zabudowania, skryci między karłowatymi drzewami. Dolatywał do nich zapach dymiących pieców, stukot młotków, syk miechów i ciche sapanie pracujących kowali.

Bracia spojrzeli na siebie porozumiewawczo i niemal równocześnie wzbili się do lotu. Zeus okazał się nieco szybszy – jego olbrzymie orle skrzydła dawały przewagę nad Posejdonem, który był lepszym długodystansowcem niż sprinterem. Wyrównali lot nisko, tuż nad koronami drzew i runęli w stronę gospodarstwa. Wyhamowali na granicy zabudowań, wylądowali na dachu, pokrytym rozgrzaną wiosennym słońcem kamienną dachówką i wyjrzeli ostrożnie sponad okapu.

Zasnute dymem podwórze tonęło w brzęku narzędzi. Po półotwartej kuźni krzątali się trzej mężczyźni. Stygnące iskry osiadały w ich długich brodach i na siwych, kręconych włosach, pot przesiąkał przez brudne eksomisy, ściekał na piaszczyste podłoże.

Zeus spróbował przesunąć się jeszcze bliżej krawędzi dachu. Brat złapał go za nadgarstek, ale było już za późno – jedna z dachówek pękła i okruchy kamienia posypały się na ziemię. Posejdon syknął cicho, łowiąc kątem oka ruch. Jeden z rzemieślników odwrócił się od paleniska, wciąż z rozżarzonym prętem w ręce, i teraz patrzył prosto na nich. Zeus ze świstem wypuścił powietrze i zacisnął pięści. Posejdon wiedział, co teraz nastąpi. Wybicie, szybki jak u prawdziwego orła atak z góry, uderzenie na głowę, wytrącenie rozpalonego płaskownika. Przejęcie i natarcie na pozostałych kowali. Ten bliżej paleniska wyląduje pewnie głową w piecu. Drugi oberwie gorącym żeleźcem. Przewracając się, zahaczy o stojącą pod filarem lampę. Wyciekająca oliwa spowoduje pożar, a dym, widoczny aż z wybrzeża, ściągnie im na głowę większe kłopoty.

Jednak tego, co nastąpiło, Posejdon w ogóle się nie spodziewał.

– Nie bój się, Orle! – Wykrzyknął przypatrujący im się kowal. – Jesteśmy przyjaciółmi twojego krewniaka, Prometeusza. Zejdź z bratem z dachu, napijcie się z nami. Za chwilę południe, czas chwilę odpocząć.

Mięśnie Zeusa rozluźniły się, a na jego twarzy pojawił się wyraz szczerego zdumienia, zmieszanego z wyraźną ulgą. Bracia zeskoczyli z dachu, a trzej kowale odłożyli tymczasem narzędzia i stanęli razem pod okapem kuźni.

– A więc znacie Prometeusza? – Zeus strzepnął skrzydłami, wzbijając tuman ciężkiego kurzu.

– Ano, znamy – powiedział drugi, wyższy nieco od tego, który ich spostrzegł. – Uczył naszego ojca rzemiosła, zanim wyprawił się za morze, gdzie, jak powiadają, doradza królom, jak prowadzić wojny.

– Chciał nawet – dorzucił trzeci, chyba najstarszy, – żebyśmy jechali z nim i pokazali innym, jak kuć najlepszy brąz na świecie. Ale odmówiliśmy. Jak jechać, skoro to nasz dom, nasza ziemia i nasza wyspa?

– Jak to: wasza wyspa? – Posejdon spojrzał w orzechowe oczy kowala.

– Widzicie, kyrie, nasz dziad mówił, że jego dziad mówił, że kiedyś żyło tu więcej ludzi podobnych do nas. Nie tych z wybrzeża, tylko naszych, miejscowych. Ale kilka pokoleń temu za morzem, na północy, wybuchła góra. Wyrastała z morza, jak inne wyspy, aż pewnego dnia jej stożek zajął się ogniem i jął plwać dymem. Całe niebo wówczas poczerniało, deszcz popiołu padał całymi miesiącami, aż szary dywan pyłu przykrył wszystko wokół. Ci, co przeżyli (w tym i nasz pradziad), myśleli, że świat się kończy. Ale świat nie zginął i nie spłonął. Przynajmniej nie cały.

– Wrócili nasi, razem z innymi rodzinami, które się uratowały z katastrofy – podjął pierwszy. – Ale było nas za mało, żeby odbudować miasta, pałace i świątynie. Kolejne rody wymierały bezpotomnie, aż został tylko nasz ojciec i pewna kobieta z Knossos. Przyszli tutaj, szukając ochrony bogini – wskazał brodą na szczyt góry. – I zostali. Zbudowali ten dom. I wtedy spotkali Prometeusza.

Posejdon milczał, usiłując uporządkować zdarzenia. Odezwał się Zeus.

– Jak was nazywają? Macie chyba jakieś imiona, prawda?

– Tak – odezwał się ten najwyższy. – Ja jestem Akmon, to jest Damnameneus, a najstarszy to Kelmis.

– Kowadło, Młot i Odlew? Osobliwe imiona, jak na kowali… – burknął Posejdon.

– Nasz ojciec miał specyficzne poczucie humoru – wyszczerzył się Damnameneus.

– Ludzie z wybrzeża, którzy czasem przechodzą tędy, idąc z ofiarami na szczyt, przezywają nas także Daktyloi, kiedy myślą, że nie słyszymy – dodał Kelmis.

– Daktyloi? Czy nie powinno być was w takim razie pięciu? – sarknął Zeus.

Kowale w odpowiedzi wyciągnęli dłonie – żaden z nich nie miał kompletu dziesięciu palców. Tu brakowało jednego paliczka, tam całego palca serdecznego czy wskazującego. W odpowiedzi Zeus i Posejdon ryknęli śmiechem.

Słońce stanęło w zenicie, więc schowali się w podcieniu stojącego naprzeciw kuźni domu. Akmon przyniósł z ziemianki chłodne wino i oliwę oraz kosz pieczywa i garnuszek marynowanych oliwek. Wyłożyli się wygodnie na wyściełanym koźlimi skórami ganku i jedli w milczeniu, rozkoszując się rozleniwiającym upałem. Ciszę przerwał Kelmis. Połknąłwszy ostatnią oliwkę, otarł usta wierzchem dłoni i spytał, jakby od niechcenia:

– Nie ma was więcej? Prometeusz wspominał…

– Prometeusz najwyraźniej ma dość długi ozór – syknął Zeus, ale Posejdon uciszył brata celnie rzuconym bukłakiem i odpowiedział zamiast niego.

– Tak, jest jeszcze jeden i nasze trzy siostry. Kiedy wychodziliśmy rano, wybierały się na szczyt. Hades oczywiście stwierdził, że zostanie w jaskini. Nie rozumiem, skąd u niego ta ciągota do podziemi. Po co w ogóle ma skrzydła, skoro niemal w ogóle z nich nie korzysta…

– Musicie więc kiedyś przyjść wszyscy! – Damnameneus zatarł tłuste od oliwy ręce. – Pracujemy teraz nad jedną rzeczą, ale chętnie zrobimy dla was broń czy jakieś narzędzia, wedle potrzeby.

– Tak za darmo? – Spytał Zeus chłodno.

– Przez wzgląd na Prometeusza – odparł jeszcze zimniej Kelmis. – Dla was wszystko.

Posejdon skinął z uznaniem i wstał.

– No cóż – spojrzał wymownie na Zeusa i wstał. – Czas mija. Pójdziemy już, nie będziemy odrywać was od pracy. Ale przylecimy za kilka dni, może uda nam się dłużej zabawić…

– Zapraszamy – Akmon wstał również, otrzepał dłonie z okruchów podpłomyka i uścisnął prawicę obu skrzydlatym gościom. – Przychodźcie, będziemy na was czekać.

Odprowadzał ich przez podwórko, kiedy wzrok Posejdona zatrzymał się na dziwnym narzędziu. Przystanął i sięgnął po wsparty o ścianę trójząb.

– Mogę?

Gospodarze przytaknęli zgodnie. Gość chwycił oprawne w brąz drzewce i wycelował zębami jak włócznią. Zrobił kilka próbnych pchnięć, przymierzył się do rzutu.

– Zatrzymaj go, jeśli chcesz. Tobie przyda się bardziej, niż nam – uśmiechnął się szeroko Damnameneus.

Posejdon nie odpowiedział. Skinął lekko i ponaglany przez brata wzbił się w powietrze w ślad za Zeusem.