Biały dym wypełnił wnętrze niewielkiej przydomowej kapliczki o filarach z fenickiego cedru. Kirke odłożyła tlący się pęczek szałwii do mosiężnej misy stojącej na ołtarzu – prostym bloku białego marmuru, pokrytego licznymi szaroniebieskimi żyłkami. Nad ołtarzem, za zasłoną dymu, nie było niczego, jedynie niewielki otwór, przez który teraz widać było tarczę Księżyca i rzucany przezeń na morze blady poblask.

Ludzie są głupcami, czcząc bogów. Kirke znała ich – tą chylącą się ku upadkowi dynastię udzielnych władców odległego świata, uzurpujących sobie rolę zbawców i opiekunów ludzkości. Znała ich doskonale. W końcu jej matka nieustannie lawirowała pomiędzy oboma światami, a sama Kirke była jednym z owoców tego lawirowania.

Mimo pewności, że Kronos, Rea i ich krewniacy bogami nie są i żadną miarą być nie powinni, Kirke modliła się. Nie do osoby, ale do pustki – reliktu dawnego świata, z którego jej matka musiała uciekać, a o którym tak rzadko wspominała. Medytacja przynosiła ukojenie, woń palonej szałwii uspokajała umysł i pomagała rozluźnić mięśnie. Tęsknota za nigdy niepoznanym matecznikiem nadawała życiu sens.

Kobieta usiadła na piętach przed ołtarzem, wpatrzona w przeświecający przez wycięcie w ścianie Księżyc. Przestała myśleć. Zapadła się w ciszę własnego umysłu jak w głęboką wodę, która momentalnie przykryła ją i odcięła od bodźców ze świata. Nie słyszała szumu morza, pomrukiwań leżącego za jej plecami wielkiego tygrysa. Pozostawała głucha na szmer szarpanych wieczorną bryzą liści, skrzypienie delikatnie pracujących kolumienek kapliczki. Księżyc przed jej oczami rozmazał się w białą smugę, zacierając szczegóły szarych plam na miesięcznym obliczu. Spuściła powieki.

Obrazy zaczęły napływać nagle, jakby ktoś w absolutnej ciemności odsłonił wylot camery obscury. Morze, statek o czerwonobrunatnym żaglu. Smagli wioślarze. I dumni wojownicy, stojący na dziobie – w pierzastych hełmach i pierzastych płaszczach. Góra. Na grani jak wrony siedzą ludzie, a może harpie, o szeroko rozłożonych skrzydłach. Czuć strach. Czuć wojnę. Ciemność. I cichy głos, nierozróżnialny, chociaż wyraźnie kobiecy. Z ciemności wyłania się postać, o złotych włosach i złotej skórze, ze złotym mieczem w dłoni. Oczy lśnią jak malachity, płaszcz za nią ciągnie się jak płomień za ogonem foinixa. Nad nią czarny nieboskłon i gwiazdy obce, nieznane, zimne. Jej głos, w nieznanym języku, odbija się echem od firmamentu. Rośnie, przetacza się kolejną falą, niemal rozsadzając uszy Kirke.

Zerwała się z ziemi, zatoczyła do tyłu i łapiąc się grzbietu rozbudzonego jej gwałtownym ruchem tygrysa wycofała się spod daszku kaplicy. Nigdy nie doświadczyła wizji tak wyraźnej, tak silnej i tak przejmującej, choć jednocześnie kompletnie niejasnej. Wiedziała, co musi zrobić, ale nie spodobało jej się to. Pytanie matki o radę nigdy nie przychodziło Kirke łatwo.

Wciąż przytulona do wielkiego kota, niegdysiejszego oszpeconego znamieniem niewolnika, kupionego na targu w Syrakuzach za śmieszną kwotę, schroniła się w domu. Przeszła do łaźni, zrzucając z siebie po drodze peplos i przykrywający rude włosy szal. Włożyła stopę do balii z cudownie chłodną wodą i jej ciałem wstrząsnął przyjemny dreszcz. Spojrzała na tygrysa, siedzącego w drzwiach.

– Nie dołączysz? – rzuciła szeptem w jego kierunku. Kot w odpowiedzi machnął olbrzymim pręgowanym ogonem, przeciągnął się i ułożył na boku, wypełniając futrzastym cielskiem pół pomieszczenia.

– Twoja strata – Kirke z kryształowej fiolki wypuściła do balii kilka kropel olejku różanego i z lubością zanurzyła się w kąpieli. Woda spłukała z niej lęk, ale nie była w stanie zabrać sprzed jej oczu dziwnego obrazu złotej dziewczyny z mieczem. Czy to przyszłość czy przeszłość? Ktoś z tego, czy może z równoległego świata? Pojawi się na pewno, czy jest jedynie znakiem innej sprawy?

Sięgnęła po stojący przy balii krater pełen wina, który postawiła tam była przezornie zawczasu. Upiła łyk. Ciemny płyn odsłonił dno z wymalowanymi postaciami Eurynome i węża Ofiona, splecionymi w miłosnym uścisku. Kirke patrzyła chwilę na moment spłodzenia świata, po czym zamknęła oczy. Ale powidoków dziwnej wizji już pod powiekami nie było.