Piątej nocy zerwał się silny południowy wiatr. Niósł egipską duchotę i zwiastował sztorm. Hanno krążył po pokładzie, wykrzykując rozkazy. Marynarze uwijali się przy żaglu, a sternik głośnymi okrzykami popędzał wiosłujących niewolników. Statek odpadł od wiatru, zwracając się dziobem dokładnie na wschód. I wtedy od dziobu podniósł się przerażający wrzask:

– Szerdanu! – Stojący na oku młody chłopak nieomal wypluł płuca. – Szerdanu na kursie!

– Ile?! – Sandały Hanno dudniły na wilgotnych klepkach pokładu, kiedy biegł przez niemal całą długość łodzi.

– Jeden okręt! Dwa, może dwa i pół usz, jakieś… piętnaście stopni od kursu!

– Blisko, na bogów! Za blisko – Hanno złapał się za brodę i szarpnął mocno. Piekący ból otrzeźwił go trochę. Kupiec wrócił na rufę, do śpiącego między pakunkami Enkeladosa. Zawahał się, ale w końcu położył dłoń na ramieniu giganta i potrząsnął nim mocno.

– Kyrie! Kyrie!

– Czego! – Burknął wojownik spod pierzastego płaszcza.

– Jesteśmy zgubieni! Ludzie Morza atakują! – Jakby na poparcie jego słów, donośny szept „Szerdanu!” przebiegł przez cały okręt. Wioślarze zwolnili, aż w końcu kompletnie przestali pracować. Sternik zaklął szpetnie i strzelił najbliższego niewolnika po głowie trzymaną w ręce trzcinką.

– Wiosłować, świńskie syny! Bo wpadniemy w dryf!

Statek wciąż sunął do przodu, niesiony siłą rozpędu, ale południowy wiatr skutecznie spychał go z obranego kursu. Wtedy wszyscy zobaczyli, że za pierwszym okrętem Ludzi Morza, teraz znajdującym się niemal w połowie prawej burty, pojawił się drugi.

Enkelados, rozbudzony hałasem, przeciągnął się i poprawił sprzączki od napierśnika, zrzucając przy tym z siebie pierzasty płaszcz. Krzyknął głośno, podrywając do pionu pozostałych towarzyszy, zalegających między wiezionymi towarami i zapasowymi elementami takielunku. Spojrzał porozumiewawczo na stojącego najbliżej Porfiriona. Obaj skinęli głową. Padł krótki rozkaz i sześciu gigantów wskoczyło do wody.

Hanno widział, jak zanurkowali. Biała piana zawirowała nad ich ciałami, gdy puścili się wpław w stronę wrogich statków. Odległość nie była duża – niecałe dwa usz, niezbyt dużo, jak dla wprawnego pływaka. Hanno oparł się o burtę i czekał, aż giganci wynurzą się dla nabrania oddechu. Ale nie wypływali. Niemożliwe! Kupiec wiedział, że żaden człowiek nie przepłynie tak daleko pod wodą.

– A więc to koniec… – opadł bezsilnie na stertę worków opartych o burtę i skrył twarz w dłoniach.

Chwilę później powietrze przeszył przerażający wrzask, którego nie mogły zagłuszyć ani fale, ani wzmagający się wiatr. Hanno ostrożnie uniósł się i wyjrzał przez krawędź burty. Jeden statek rozbójników już płonął – szarpane szkwałem płomienie oświetlały drugi. Szerdanu chyba usiłowali zmienić kurs, uciec, porzucając w morzu swoich towarzyszy. Ale nie zdążyli. Dała się słyszeć seria metalicznych szczęknięć, krzyków i trzasków, a potem zapadła przejmująca cisza. Nawet wiatr wydawał się uspokajać.

Kupiec liczył uderzenia serca. Minęła gesz, może dwie, kiedy z morza wyłoniło się sześć głów i dwanaście mocarnych ramion. Giganci wdrapali się z powrotem na fenicką galerę. W świetle zawieszonych na maszcie lamp wyglądali jak morskie demony. Kompletnie mokrzy, od stóp do głów uwalani czarną posoką.

Enkelados podszedł do najbliższego wioślarza, zerwał z jego piersi przepocony eksomis i wytarł nim zakrwawioną twarz. Stanęli wszyscy na środku pokładu, ociekając wodą.

– Byli rozbójnicy. Nie ma rozbójników. A ty – Porfirion wycelował palec w skryty pod trefioną brodą pokaźny brzuch Hanno – masz wobec nas dług. Wobec nas i Melqarta.

– Cokolwiek rozkażecie, panie! – Kupiec padł przed gigantami na twarz.

– Cokolwiek? – Złośliwie uśmiechnął się Enkelados. – Skoro tak mówisz…