Kiedy Ołeh przyszedł do domu w przerwie między zajęciami, już czekali na schodach. Dwóch mężczyzn ubranych po cywilnemu stało pod drzwiami do mieszkania. Chłopak złapał się na tym, że w pierwszej chwili chciał uciekać, ale pomyślał, że właściwie nikomu nie zrobił nic złego.

– Małopolska Komenda Policji, podkomisarz Tomaszewski – przedstawił się bełkotliwie pierwszy, po czym wskazując na towarzysza, dodał: – i młodszy aspirant Palka. Pan Oleg Petrenko?

– Tak, to ja – potwierdził Ołeh z ledwo słyszalnym w głosie wahaniem. Czego chciała od niego policja? Przecież mieszkał w Krakowie legalnie. Ba! Miał nawet Kartę Polaka.

– Pozwoli pan, że zadamy parę pytań. Możemy wejść?

– A co stało się? Coś nie tak z moim paszportem?

– A co by miało być z pana paszportem? – uśmiech podkomisarza można by uznać za sympatyczny, gdyby nie jego stalowo zimne oczy. – Nie, chodzi o właściciela mieszkania… – zajrzał do notesu – Adriana Przybylskiego.

– Nu, zapraszam – mruknął Ołeh, któremu wyraźnie ulżyło. Otworzył drzwi i wskazał śledczym stojącą na środku kanapę. Sprawnym ruchem zgarnął z niskiego stolika kilka pustych szklanek i butelek, odłożył je do zlewu i nastawił wodę na herbatę.

– Cza… Znaczy się, herbaty panom zrobić?

– Nie trzeba – podkomisarz gestem uciszył młodszego kolegę, któremu chyba zaschło w gardle. – Nie zajmiemy dużo czasu. Zadam panu kilka pytań, tylko najpierw proszę o jakiś dokument, żeby potwierdzić, że pan to pan.

– Kartu Polaka można? – Ołeh, kiedy się denerwował, często mieszał polski i ukraiński, chociaż po polsku mówił już całkiem płynnie i bez wyraźnego akcentu.

– Tak, poproszę. Janek, spisz pana dane. A zatem, panie Petrenko… To mieszkanie jest własnością niejakiego Adriana Przybylskiego?

– Nu.. Tak, znaczy się.

– Dobrze… – mruknął policjant i zapisał coś w kajecie. – Pan ma tu umowę najmu?

– Użyczenia, czy jakoś tak. Już try roki jak razom mieszkamy. Nikoły problem nie buło.

– Rozumiem. Panie Petrenko, proszę się starać mówić po polsku. Do protokołu.

– Jasno. Przepraszam.

– A zatem – kontynuował podkomisarz – mieszka pan z Adrianem Przybylskim trzy lata. Kiedy widział go pan ostatnim razem?

– Nu, to będzie jakoś… pod koniec kwietnia. Ale dokładnie to nie wiem, bo byłem we Lwowi u dziewczyny, to jak wróciłem, jego wże nie było.

– Kiedy pan wrócił – śledczy stukał długopisem w notes, jakby dla podkreślenia swoich słów – nie zaniepokoiła pana nieobecność właściciela? Nie zgłosił pan zaginięcia?

– Nu, on tak czasami wychodził, na dwa-trzy dni, nie mówił, gdzie idzie, z kim. Imprezowy jest, zabawowy. Bywało tak, że go przez trzy dni nie widziałem, a potem w jakiejś knajpie siedział, jakby nigdy nic – Ołeh zalał sobie herbatę i stanął oparty o blat.

– Zapisałeś, Janek? – śledczy spojrzał podkomendnemu przez ramię – A więc już wcześniej tak się zdarzało.

– Tak jak powiedziałem – Ukrainiec był już wyraźnie skonfundowany. – Możecie mi powiedzieć, co stało się?

– Tak, możemy. Janek! – Tomaszewski nie podnosił głosu, ale komenda zabrzmiała w nim bardzo wyraźnie. Młodszy aspirant Palka przerzucił kilka kartek w notesie i niemal na jednym wydechu wyrecytował:

– Dnia ósmego maja bieżącego roku, godzina siódma trzydzieści dziewięć. Patrol WOPR podczas rutynowych czynności dostrzegł na obiekcie „Dąbie” szczątki ludzkie oraz torbę z materiału syntetycznego. Szczątki należą do dwóch mężczyzn. Pierwszy z nich, lat około trzydzieści, identyfikacja wizualna niemożliwa… Mogę pominąć szczegóły, komisarzu?

– Tak, do rzeczy.

– …wizualna niemożliwa. W torbie dokumenty na nazwisko Przybylski Adrian Patryk. Tożsamość w trakcie potwierdzenia przez IES. Drugi, lat około sześćdziesiąt pięć, NN.

– Widzi pan, panie Petrenko – przerwał aspirantowi Tomaszewski – musimy ustalić, co się z pana sąsiadem stało. Nie byliście pokłóceni? Wszystko się układało dobrze między wami?

– Nu da! Dobrze nam się tu mieszkało, jak mówię, try roki. A poza tym, ja był u Lwowi. – Ołeh w trzech krokach był przy biurku, z szuflady którego wydobył paszport – Popatrzcie na stempel. Medyka-Szehyni, dwudzieste ósme kwietnia, powrót piąte trawnia.

– Rzeczywiście, zgadza się – przyznał młodszy z policjantów.

– Zgadza się – potwierdził starszy. – Ale proszę nie wyjeżdżać nigdzie daleko. Prokurator chciałby porozmawiać z panem jako świadkiem w tej sprawie. Zostanie pan wezwany na oficjalne przesłuchanie, prawdopodobnie w przyszłym tygodniu. Otrzyma pan informację pocztą. Chyba że zechce pan zostawić nam swój numer kontaktowy, to znacznie ułatwi sprawę.

– Oczywiście – Ołeh z kieszeni spodni wyjął swoją służbową wizytówkę pracownika działu IT w jednej z krakowskich korporacji i podał śledczemu. – Na ten numer można dzwonić właściwie całą dobę.

– Dziękuję. Odezwiemy się do pana.