W Krakowie ludzie od czasu do czasu ginęli. Tak już był ten świat skonstruowany. Jedni znajdowali się sami na drugim końcu kraju, innych wyławiano z Zakrzówka, a jeszcze innych wiślany prąd znosił na Dąbie. Jednak myśląc o nieobecności swojego współlokatora, która trwała jak do tej pory niecałe trzy dni, Ołeh nie przejmował się zbytnio. Wiedział, że Kudłaty potrafił całymi dniami szwendać się po mieście, rzadko kiedy pojawiał się na zajęciach, a grono jego znajomych zahaczało o tak nietypowe kręgi, że Ukrainiec przez pierwsze dwa miesiące wspólnego mieszkania w kazimierskiej kawalerce był przekonany, że jego kolega pracuje dla wywiadu. Kiedy jednak poprzebywał z nim dłużej, dowiedział się, że Kraków tak jest po prostu stworzony. Wszyscy się znają przynajmniej z widzenia.

Kudłaty – ksywkę zawdzięczał oczywiście łudzącemu podobieństwu do wiecznie nieogarniętego bohatera znanej amerykańskiej kreskówki – papierosy kupował u syna znanego w kraju poety, w knajpie naprzeciwko pił z filozofami, zielsko kołował od pewnego doktoranta z Agiehu, zaś plotkami podczas sobotnich zakupów na placu częstowała go pierwsza żona pewnego wybitnego, a przynajmniej głośnego kompozytora. Tak naprawdę znał ich wszystkich Kudłaty bardziej z przypadku, niż z intencjonalnej chęci poszerzania horyzontów, ale fakt pozostawał faktem – mieszkając w Krakowie od początku liceum, kiedy to zajął starą kawalerkę swoich rodziców, wówczas już zajętych budowaniem domu w okolicach Wieliczki, Kudłaty wyrobił sobie naprawdę niezłe znajomości. Dlatego też Ołeha wcale nie dziwiło, że jego współlokator (i landlord w jednej osobie) jeszcze nie wrócił do domu. Prawdopodobnie schronił się przed tamtą burzą w jakiejś knajpie, spotkał znajomych, wyszli nad ranem i poszli do któregoś na chatę, a potem impreza się przeciągnęła. Normalna sprawa. Ołehowi w Kijowie też się zdarzało tak zabalować podczas pierwszych studiów, zanim przyjechał do Polski na podyplomówkę.

Spojrzał za okno. Ulice jarzyły się pomarańczowo-fioletowym blaskiem latarni. Echo niosło pojedyncze okrzyki imprezowiczów, co jakiś czas przebijało się przez nie terkotanie roweru albo warkot silnika. Gdzieś w oddali słychać było muzykę, a właściwie – czuć niski, basowy bit. Mężczyzna oderwał wzrok od szyby i sięgnął po stojący na kuchennym blacie kubek z herbatą. Chwilę patrzył na parującą powierzchnię płynu, po czym odwrócił się na pięcie i poszedł do pokoju. Wiedział, że mimo późnej pory, czeka go jeszcze kilka godzin siedzenia nad projektem, a chciał się jeszcze tej nocy położyć. Przestał więc zaprzątać sobie głowę problemami współlokatora i wziął się do pracy.

Poranek następnego dnia był zimny i mglisty. Lato nie dało jeszcze o sobie znać. Ciężkie, mokre powietrze wypełniał kwaśny, portowy zapach rzecznej roślinności i mułu. „Pięknie, kurwa, pięknie” – pomyślał samotny wędkarz, rozstawiając swój stołeczek w nadwiślańskich zaroślach. Po chwili spoglądał już na ledwo widoczny we mgle, leniwie unoszący się na wodzie spławik i popijał kawę z trzymanego oburącz termosu. Miał wrażenie, że całe jego otoczenie wprost lepi się od wodnej zawiesiny, ale wilgoć i przenikliwy chłód były nieodłączną częścią jego ulubionej rozrywki.

Patrzył na nowe bloki, gęsto przesłaniające lewy brzeg Wisły. Przed szarymi fasadami przemykały sylwetki pojedynczych biegaczy w odblaskowych strojach. Przejechał samotny rowerzysta. Kraków leniwie budził się do życia.

W pewnym momencie coś dużego szarpnęło za żyłkę wędki. Mężczyzna zareagował odruchowo. Odrzucił trzymany termos, rozlewając napój na trawę, złapał za wędzisko i zaparł się nogami o ziemię. Nie miał pojęcia, co ciągnęło z drugiej strony, ale było cholernie silne. Ciągnął mocno, jednak mokra trawa nie dawała dobrego oparcia dla adidasów. Coś na drugim końcu żyłki szarpnęło jeszcze raz i wędkarz momentalnie znalazł się pod wodą. Otworzył oczy i spojrzał prosto w twarz topielicy. Chciał krzyknąć przerażony, ale zachłysnął się mułem. Silne dłonie zacisnęły się wokół jego krtani i wciągnęły trzepoczącego się jak piskorz mężczyznę głęboko pod wodę.

Bezpański pies wałęsający się po brzegu długo szczekał na kłębiący się w wodzie kształt. Potem rozejrzał się czujnie, obwąchał wędkarski stołeczek i po chwili wahania nasikał na niego. Następnie wytarzał się w rozlanej kawie i wybebeszył leżący obok plecak, ale ponieważ nie znalazł nic ciekawego, ruszył dalej w swoją nieustającą wędrówkę.