Tej nocy Kraków wprost nurzał się w brudzie. Ciężkie smogowe powietrze zasnuwało więznące w duchocie ulice, którymi płynął nieprzerwany ciąg ludzi, w większości pijanych lub bliskich temu stanu.

Szła, czy wręcz snuła się powoli, bez celu, przyglądając się wytapetowanym piętnastolatkom szukającym sponsorów w klubach. Mijała rozwrzeszczanych włoskich turystów i jak najbardziej miejscowe dziwki oczekujące na kolejnego klienta. Dawna stolica przypominała bardziej Nowy Jork Martina Scorsese niż wspaniałe królewskie miasto, na jakie próbowały je kreować władze.

Na wawelskim zegarze wybiła północ. Słyszała dobiegający z Mariackiego hejnał, zagłuszany przez muzykę płynącą z niezliczonych pubów, nawoływanie knajpianych naganiaczy i dobiegające z pobliskiej bramy spazmy poalkolowych wymiotów, wstrząsające nieznającym umiaru nieszczęśnikiem. Jednym słowem – miasto tętniło życiem, jak co noc.

Ciężkie lipcowe powietrze napierało ze wszystkich stron. Lniana sukienka kleiła się do jej spoconej skóry. Czuła się jak Eurydyka owinięta pogrzebowym całunem, w trakcie wędrówki przez piekło. Usiadła na ławce, wprawnym ruchem skręciła długiego papierosa, zapaliła. Tytoń żarzył się, a ona nie mogła oderwać wzroku od czerwonych iskierek zamkniętych w kawałku papieru. Ogień był jedynym prawdziwie czystym żywiołem. Nie poddawał się napierającemu brudowi, który już dawno zawładnął powietrzem nad jej głową, wiślaną wodą i rozgrzaną ziemią uginającą się lekko pod jej stopami. Odchyliła głowę i spojrzała w górę, ale gwiazd nie było widać spod ciężkiej warstwy miejskich chmur.

Tak naprawdę nienawidziła tego miasta. Tylko w nocy nadawało się do życia, podobnie jak ona żyła tylko w nocy. Oboje należeli do świata podziemi, w świetle dnia byli bezużyteczni, choć piękni. Za kilka godzin nastąpi najcudowniejszy moment doby, kiedy większość uśnie upojona nadmierną ilością wychlanej wódy, dziwki pożegnają klientów i znikną z ulic, a ona zostanie całkiem sama, w trwającej zaledwie kilka taktów absolutnej ciszy przedświtu. Ale póki co, życie kipiało i całe miasto mieniło się karnawałowym korowodem pijanych postaci.

Ruszyła dalej w bezcelową tułaczkę po piekielnych kręgach. Nadzieję na cokolwiek porzuciła już dawno, na samym początku. Szła boso i prawie nago, mając na sobie tylko całun sukienki. To dawało jej namiastkę poczucia wolności, bo prawdziwej wolności mogłaby zaznać tylko umierając na prawdę. Póki co, nie była jeszcze w pełni Eurydyką.

Nogi przyniosły ją nad Wisłę, która chwilowo stała się Styksem. Przewoźnika nigdzie nie było widać, z resztą i tak w jej usta nikt nie włożył złamanego obola. Usiadła na schodach prowadzących do wody, zamoczyła nogi. Chłód rzeki przynosił ulgę od duchoty i uspokajał wirujący w głowie tytoniowy dym. Zapaliła ponownie. W świetle latarni dostrzegła siedzącą na bulwarze samotną postać, chyba mężczyznę, ale nie była pewna z tej odległości. Może za chwilę do niego podejdzie? A może okaże się on tylko widziadłem, pozbawionym jestestwa elizejskim cieniem, który rozwieje się przy silniejszym podmuchu wiatru?

Cień wstał i ruszył w jej stronę. Nie odwróciła się, ale słyszała zbliżające się kroki, równe, miarowe uderzenia obcasów o asfalt i jeszcze jeden dźwięk, towarzyszący stąpnięciom z dokładnością metronomu. Laska. Kto w dzisiejszych czasach chodzi na spacer z laską?

Ciekawość powoli brała górę. Kobieta odwróciła głowę, starając się dostrzec cień, a jednocześnie nie okazywać zbytniej ciekawości, wciąż zasłaniając się chłodną obojętnością i ignorancją. Kroki ustały, mężczyzna przystanął i oparł się o barierkę biegnącą wzdłuż brzegu. Wyglądał jak wyjęty żywcem ze starej fotografii – kapelusz, garnitur, zegarek z dewizką i przede wszystkim laska. Z czarnego drewna, intarsjowana srebrnym splotem. Gdy kobieta przyjrzała się baczniej, dostrzegła, że wzór układa się w dwa połyskujące węże, których połączone głowy misternie wpisano w główkę laski.

Jej właściciel nie był bynajmniej stary, wyglądał na maksymalnie trzydzieści lat. Żywym gestem wyjął z kieszeni zapałki i odpalił nonszalancko fajkę.

– Nie tylko ja jestem wielbicielem ciemności, jak widzę – odezwał się czystym tenorem.

– Ciemność to wolność. Śmierć to wyzwolenie – rzuciła Eurydyka w odpowiedzi.

– Nie przesadzasz aby? Taka młoda dziewczyna, a ciągnie ją w zaświaty?

– Nie ciągnie. Już od dawna w nich mieszkam – kobieta wstała i stanęła koło mężczyzny, opierając się o barierkę plecami. Usiłowała spojrzeć rozmówcy w oczy, ale były zbyt głęboko schowane w cieniu kapelusza.

– A może jednak dasz się przywrócić do życia? – uśmiechnął się czarująco – Mój przyjaciel jest pianistą, dziś w nocy będzie u niego w domu koncert jazzowy. Miałem iść sam, ale skoro już mam towarzystwo…

Jazz jednak ma coś w sobie, co sprawiło, iż Eurydyka się zawahała. Zawsze wyobrażała sobie jazz jako budulec, z którego składał się Kot z Cheshire; miękki upajający dym, absynt wypełniający kieliszek na grafice Muchy. Propozycja koncertu brzmiała kusząco, chociaż perspektywa spotkania z innymi ludźmi nie napawała jej optymizmem.

– Czy tym razem aby ty nie przesadzasz? – zapytała – Nie znam cię. Skąd więc przekonanie, że pójdę z obcym mężczyzną gdziekolwiek?

– Wystarczy, że ja cię znam, Eurydyko. Nie dziw się tak. – dodał – Często widuję cię tu, zwłaszcza w nocy, jak przechadzasz się samotnie. Czasem rozmawiasz sama ze sobą. Wiesz, że tutaj wszystko słychać…

– Czemu nigdy wcześniej cię nie widziałam? – spytała i zaczęła zwijać kolejnego papierosa, ale tym razem ręce jej się trzęsły. Czyżby się bała?

– Jeśli chcę, potrafię pozostawać niewidoczny dla oczu. Pozwolisz… – uprzejmie podał jej ogień. – To jak? Pójdziesz ze mną?

– Może na chwilę…

Mijali ciemne witryny sklepów i puste okna biur. Oprócz nich, na ulicach nie było już nikogo. Tylko co jakiś czas spod zaparkowanych samochodów świeciły oczy bezdomnych kotów lub po rynnach ślizgały się cienie pojedynczych kun. Jeszcze godzina, myślała Eurydyka, może półtorej i miasto będzie zupełnie martwe. Nastąpi ten moment, w którym ludzie już śpią, a ptaki jeszcze nie śpiewają. Ta chwila ciszy warta była czekania całą noc. Jednak myśli kobiety, niczym ćmy, uciekały do światła i muzyki. Bała się tej odmiany. Już tak dawno pożegnała się z towarzystwem innych ludzi, iż nie wiedziała, czy będzie w stanie się wśród nich odnaleźć. Ale z drugiej strony…

– To tu. – głos mężczyzny wyrwał ją z zadumy. Skrzypnęły drzwi i weszli do ciemnego wnętrza. Zapach przywodził na myśl bibliotekę, ale na wielkich regałach nie było książek, za to w kącie stał lekko przykurzony gramofon. Sklep z płytami, mruknęła sama do siebie. Minęli wyliniałą sofę i półkę z Mozartem. Mężczyzna odsłonił schowane za kotarą niewielkie drzwi, za którymi dostrzegła wijące się ku górze schody. Z pierwszego piętra dochodziły odgłosy trwającej już zabawy – dzikie pasaże dźwięków, charakterystyczny brzdęk kieliszków, śmiech, stukanie obcasów.

Kobieta spojrzała na siebie – na niewielkie piersi odciskające się wyraźnie na przepoconym lnie, na brudne od chodzenia boso stopy, na potargane włosy, przesiąknięte papierosowym dymem.

– Zapraszam. – mruknął jej towarzysz, otwierając drzwi.

– Idź pierwszy. Muszę jeszcze… – wykonała nieokreślony gest rękami, nie mogąc znaleźć adekwatnego słowa.

– Rozumiem. Chyba. Ale przyjdź za chwilę, będę na ciebie czekał.

Została sama u podstawy schodów, przysłuchując się chwilę miarowym krokom swojego towarzysza i równemu stukotowi laski. Podjęła decyzję. Puściła się biegiem do drzwi i dalej ulicą. Nie myślała, dokąd biegnie. Chciała być po prostu jak najdalej od tego miejsca, od ludzi, zabawy, muzyki. Dobrze jej było martwej i nie było potrzeby tego zmieniać.

Kiedy mężczyzna był w połowie drogi na górę, postanowił, że jednak zejdzie i sprawdzi, co też dzieje się z jego towarzyszką. Cofnął się więc na parter, ale tam nie było już nikogo.