Ten wpis jest niejako podziękowaniem dla wszystkich, którzy mnie wspierają. Przy okazji odsłaniam mroczne kulisy pisarskiej samotności i wrzucam szybki update dotyczący mojej pierwszej powieści.

Krąży takie przekonanie, że pisarz* to takie samotne stworzenie, zamknięte w swoim gabinecie (o ile ma gabinet), ewentualnie siedzące przy osieroconym przez innych stoliku w kawiarni. W odosobnieniu tworzy nowe światy, ucieka w rzeczywistość kreowaną na kartach książki, a spotkać go można dopiero na organizowanych przez wydawcę wydarzeniach, a i to tylko na krótką chwilę. Nic bardziej mylnego.

Pozorna samotność

Jeśli porównamy pisanie książki z kręceniem filmu, różnice od razu będą kolosalne. Produkcja filmowa to sztab ludzi – od zwiadu szukającego lokacji, przez dizajnerów i rzemieślników tworzących kostiumy, dekoracje, operatorów, dźwiękowców, oświetleniowców, ekipę techniczną, po cały zespół odpowiedzialny za historię: scenarzystów, rysowników storyboardów, reżyserów, kompozytora i muzyków oraz w końcu – aktorki i aktorów. Do tego dołóżmy jeszcze ekipę producencką, dział promocji, dystrybucji, projektantów tworzących kreacje na premiery czy gale i zaraz robi nam się prawdziwa armia ludzi, zatrudniona tylko po to, żeby widzowie mieli te dwie godziny rozrywki. Oczywiście nie wymieniłem wszystkich, zakładając, że zdajesz sobie sprawę z rozmiarów produkcji filmowej. Chodzi mi jedynie o ukazanie skali.

Tymczasem pisarz siedzi sam. Faktycznie, przez większość samego procesu spisywania książki i układania jej w całość, spędza czas głównie z komputerem, starannie unikając kontaktu z innymi ludźmi. Jednak spisanie książki to tylko jedna strona medalu. Najpierw trzeba ją wymyślić.

Pisarz uczy się całe życie

Ekipę pisarza stanowią te wszystkie osoby, których w książce nie widać. Zaczynając od początku – żeby można było napisać przekonującą książkę, której świat będzie wystarczająco prawdopodobny, trzeba zacząć research. Ja zwykle robię go już po sformułowaniu pomysłu na fabułę, ale jeszcze przed rozpoczęciem pisania, a brakujące elementy wyszukuję w trakcie. Research to nie tylko siedzenie w innych książkach, przeglądanie internetu i zagrzebanie się w archiwum na dwa miesiące. To często rozmowa z ludźmi, którzy wiedzą pewne rzeczy lepiej ode mnie. Nawet w fantastyce, która wydaje się realizować czysto wymyślone scenariusze, trzeba czasami zweryfikować swoją wiedzę o broni, jeździe konnej, botanice czy historii rzeczywiście istniejących ludów i krajów.

Czasami to pójście w teren i sprawdzenie, jak faktycznie wygląda lokacja, o której piszę. Wówczas też przydaje się towarzystwo – ktoś, z kim będę mógł skonfrontować swoje pomysły lub odegrać zarys sceny dziejącej się w tamtej konkretnej przestrzeni. Przydaje się osoba, która stanie się wzorcem dla postaci, podobnie jak przy technice motion capture.

Czasami to sprawdzenie na sobie, jak działają pewne rzeczy. Dla przykładu, śmiem twierdzić, że umiem pisać sceny walki dlatego, że trenuję Dawne Europejskie Sztuki Walki. Chociaż nie robię tego wyłącznie dla researchu, umiejętność posługiwania się bronią bardzo przydaje się do stworzenia wrażenia odpowiedniej realności i wiarygodności sceny – nie uzyskałbym go bez praktykowania DESW.

Sztab za kulisami

Do zespołu ekspertów i researcherów, z wiedzy których pisarz korzysta, należy dołączyć wszystkich tych odpowiedzialnych za samą jakość tekstu. W tym miejscu zrobi się osobiście, bo muszę przyznać, że nie wiem, czy udałoby mi się ukończyć powieść w tym czasie, gdyby nie wsparcie Marty Mareckiej-Butkiewicz, redaktorki i trenerki pisania z ekipy Marii Kuli. Poprzednie pół roku spędziłem bowiem intensywnie pracując nad moim pomysłem, razem z innymi uczestniczkami i uczestnikami Szkoły Pisania Powieści.

Znalazłem się dzięki temu w komfortowej sytuacji, w której przez cały czas miałem wsparcie emocjonalne oraz merytoryczne i mogłem konfrontować moje pomysły z grupą wspaniałych ludzi, jednocześnie poznając ich sposoby na pracę z tekstem. Taka twórcza współpraca to bardzo budujące doświadczenie.

Nie da się jednak całego życia spędzić na kursach pisania, chociaż to wydaje się całkiem kusząca perspektywa. Dlatego dalsze wsparcie uzyskuję od moich nieocenionych przyjaciół, krewnych i znajomych, w tym niektórych także zawodowo związanych z pisaniem. Wśród nich znajdują się moi β-readerzy – osoby, które dostały do przeczytania pierwszą wersję książki i zasypały mnie szeregiem sugestii, propozycji zmian oraz perspektyw, o których ja nigdy bym nie pomyślał.

Jeśli więc zastanawiasz się, gdzie po tych wszystkich przejściach jest moja książka, odpowiem tak – ostatnim etapem pracy nad nią było skorzystanie z jeszcze jednej linii profesjonalnej pomocy. Poprosiłem o wsparcie ekipę Twardej Oprawy i wsparcie to otrzymałem, ze wszystkimi jego konsekwencjami. Właśnie kończę wdrażać uwagi po otrzymanej recenzji przedwydawniczej. I uwierz mi, ta recenzja naprawdę okazała się pomocna.

Kiedy pracujesz bardzo długo nad tekstem, w pewnym momencie już nie możesz na niego patrzeć. Wówczas spojrzenie innego człowieka, profesjonalisty, staje się nieodzownym wybawieniem. Są bowiem rzeczy, które nawet najbardziej uważny czytelnik potrafi przeoczyć lub przemilczy, nie uznając ich za istotne, zaś zawodowiec nie będzie się cackał i wytknie wszystkie błędy, a dla równowagi poprawi dobrą radą. Kiedy więc zastosuję się do tych dobrych rad, a pomyłki usunę lub zatuszuję, uznam, że tekst jest gotowy. Na zrobienie tego szybciej nie pozwala mi mój wewnętrzny krytyk. Perfekcjonizm to naprawdę straszna rzecz.

Ile jeszcze?

Zastanawiasz się pewnie, po co to wszystko piszę. Powody są co najmniej dwa. Primo: z wdzięczności. Naprawdę cieszę się, że mam w swoim otoczeniu aż tyle osób, dzięki którym moje pisanie nie jest tylko ćwiczeniem retorycznym wpisanym do zeszytu i zamkniętym w najniższej szufladzie, pod stertą dokumentów, papeterii i starych pocztówek, tylko faktycznie nabiera konkretnej, przyswajalnej formy. Secundo: żeby pokazać Ci, jak możesz podchodzić do swojego własnego pisania (o ile piszesz) i z pomocy jakich osób skorzystać. Być może przyda Ci się taki opis. Mnie by się przydał jeszcze jakiś czas temu. Nie doceniałem kursów, bagatelizowałem rolę grup wsparcia i żałowałem środków na profesjonalną pomoc, a moim znajomym (przynajmniej większości) nie chciałem zawracać głowy własną twórczością. Teraz widzę, że popełniłem kardynalny błąd, który właśnie udało mi się chociaż częściowo naprawić.

No dobrze, to ile to jeszcze potrwa? Już niedługo, obiecuję. Oczywiście wszystko ostatecznie zależeć będzie od konkretnego wydawcy, kształtu rynku po pandemii, koniunkcji planet, polityki kulturalnej partii rządzącej etc., ale z mojej strony praca nad pierwszą częścią przygód Oriany Geber jest niemal ukończona.

Przedsmak książki otrzymasz niebawem, w ramach podsumowania Szkoły Pisania Powieści, przygotowywanego przez zespół Marii Kuli. Na razie nie zdradzam więcej, ale mam nadzieję, że będzie to dla nas wszystkich czysta przyjemność.

*Przekonanie to dotyczy wszystkich osób zajmujących się pisaniem. Jako mężczyzna trzymać się jednak będę rodzaju męskiego, bo w końcu piszę o sobie.