Ostatnim razem obiecałem Ci opowiadanie. Powstało ono jako wprawka, oderwanie się od pisanej powieści, ćwiczenie na rozruszanie umysłu. Główna idea brzmiała: „Kulawy bóg jest osamotniony w jedynej ocalałej świątyni. Pozbawiony mocy po tym, gdy porzucili go wszyscy wyznawcy, utrzymywany jest przez lata tylko dzięki oddaniu pewnego psa”. Zobacz, jak sobie z nią poradziłem i daj znać w komentarzu, co myślisz.

Umierający bóg

Zimno mi. Czy to złośliwy Boreasz znów przeciska się przez wszystkie szczeliny w dachu, czy może ze mnie aż tak niewiele zostało, że byle Zefir wpędza mnie w drgawki? Dach faktycznie jest dziurawy – przezierają przezeń gwiazdy, przytłumione światłami Ziemi.

Jeszcze nie tak dawno noce były naprawdę czarne, a przy bezchmurnej pogodzie podziwialiśmy wszystkie krople Mlecznej Drogi. Dziś niebo ma barwę przekwitłych wrzosów, przecinane co jakiś czas powidokami przelatujących po firmamencie śmieci, które śmiertelnicy wystrzelili ku górze, żeby ostatecznie przekonać się o naszym nieistnieniu.

Opowiem ci, jak to było, chociaż przypuszczam, że i tak nie zrozumiesz. Usiądź, proszę, i wysłuchaj mnie jednak. Co, podrapać po brzuchu? Tak dobrze? Oj, straszny pieszczoch z ciebie! Rozpustna bestia! Masz tu sucharek, połóż się wygodnie i pozwól mi mówić. No dobrze, jak chcesz, mogę się położyć obok ciebie. Tak przynajmniej będę widział gwiazdy.

Wszystko zaczęło się, kiedy z pierwotnego Chaosu wyłoniła się Matka i Ofion. Nie było mnie jeszcze wtedy na świecie. Ba! Świata jeszcze nie było, tylko tych dwoje, wirujących w tańcu na kłębach pierwotnej materii. Czy faktycznie tańczyli? Być może, choć musiało być tam coś jeszcze, skoro niebawem Matka wydała z siebie Jajo Porządku, pod skorupką którego mieścił się cały Wszechświat, który wkrótce po wykluciu wypchnął Chaos poza granice bytu.

Później ludzie zapomnieli o Matce. Gdzieś w Attyce była jeszcze ponoć świątynia strzeżona przez posąg Eurynome o rybim ogonie, ale nawet jej kapłani nie wiedzieli do końca, że to właśnie jej zawdzięczali wszystko. Dosłownie wszystko.

Co się stało z Ofionem? Nie, nie z ogonem, ogon zostaw w spokoju, on nie jest do gryzienia! Został ci jeszcze kawałek sucharka, masz, to sobie gryź. Nikt go już później nie odnalazł. Niektórzy filozofowie twierdzili, że rozpadł się na wszystkie węże świata, więc zarówno Python, jak i wąż Eskulapa tak naprawdę są jednym i tym samym Ofionem. Ale ja w to nie wierzę. Może porwały go fale Chaosu, odepchnięte przez rozlewający się Wszechświat? Jak sądzisz?

Nie, nie mam więcej chleba, przykro mi. Wszystko, co mi zostało, to ta opowieść. Już nawet cienia nie rzucam, a przecież jeśli ktoś nie rzuca cienia, to znaczy, że nie istnieje. Ale ty mnie widzisz, podobnie jak ja widzę ciebie i mogę cię pogłaskać. To znaczy, że jeszcze nie wszystko stracone. Mam nadzieję.

Ludzie myśleli, że świat został spłodzony przez przedwieczne Niebo i równie odwieczną Ziemię. Nie wiem, jak wpadli na ten idiotyczny pomysł, ale powtarzali go tak często, że rzucona ad hoc propozycja poszła w obieg i wkrótce obrosła metaforami jak toczona przez skarabeusza kulka gnoju. Stała się mitem i powołała do życia nas wszystkich.

Widzisz, nie wzięliśmy się znikąd. Ostatecznie ludzie to tylko bezwłose małpy, nie umieją stworzyć czegoś od zera. Oni tylko splatają wątki rzeczywistości, myśląc, że oto creatores mundi sunt, że wszystko im się należy, a my mamy spełniać ich żądania. Płacili, to prawda, krwią i złotem. A my syciliśmy się bogactwami, puchliśmy i nabieraliśmy mocy, z bladych rojeń ludzkich umysłów przeobrażając się w prawdziwe Potęgi. Wydaje się jednak, że nic nie jest wieczne.

Poniuchaj tym swoim mokrym nosem wokoło. Nie znajdziesz tu nawet złamanej drachmy, ołtarz wysechł dawno, nie ma na nim nawet posoki pospolitego chrabąszcza. Kiedyś spływał ludzką i zwierzęcą krwią, którą niemal się zachłystywałem.

Wszystko zaczęło się od filozofów. Zamiast wierzyć i składać ofiary, woleli zaufać własnym zmysłom i rozumowi. Tfu! Umysł człowieczy to naprawdę przeklęta rzecz, skoro może splatać rzeczywistość w żywy mit, a potem pruć tę tkaninę jak Penelopa całun.

Później niewolnicy przynieśli ze wschodu inną wiarę, nową i obcą. Tamtego Boga nazywali Elohim, chociaż wątpię, żeby to było jego prawdziwe imię. Twierdzili, że znali jego Syna, że rozmawiali z nim jak z drugim człowiekiem, a jednak On czynił cuda i pokonał Śmierć. Czy nie rozumieli, że śmierć jest potrzebna? Tanatos miał swoją rolę do odegrania w tym świecie, nie można go było tak po prostu pokonać! Ale kiedy spotkałem go jakiś czas później, wyglądał strasznie: skóra napięta jak na bębnie, sterczące kości, ze skrzydeł wypadła mu ponad połowa piór. Nie miał siły walczyć. Wtedy go potępiałem, a teraz doskonale rozumiem.

Widzisz, piesku, wygląda na to, że zostałem sam, skazany na zapomnienie przez tych, którzy powołali mnie z mroków Kosmosu do istnienia. Z tego, co słyszałem, Elohim również. Dziś chyba mało kto traktuje Go poważnie. Wszyscy podzielimy ten sam los, pchani przez kolejne pokolenia filozofów w niebyt. Może zastąpią nas inni?

Słyszałem, że ludzie teraz chętniej wierzą w samospełnienie, szczęście, przyjemność i cel, niż w którekolwiek z nas. Przypuszczam, że tylko Eros się jakoś trzyma. On zawsze miał fory, a jeśli to prawda, co mówią, to pożądanie, któremu patronuje, powinno być dziś w cenie.

O, tak, przytul się. Jesteś chyba jedynym, który o mnie pamięta. Na Ofiona! Przychodzisz tu już tak długo, a jeszcze nie nadałem ci imienia! A może już masz jakieś imię? Poczekaj, nie mów… Mogę nazywać cię Cerberem? Miałem kiedyś psa Cerbera. Był trochę… Większy i silniejszy od ciebie, ale z pewnością nie tak uroczy.

Co? Podoba ci się? Jasne, to dobre imię. Jedyne, co mi zostało ze Starego Świata. Widzisz, to ludzie nadali imiona wszystkiemu, co odkryli i co wymyślili, Ale jego bali się nazwać. Więc to imię wymyśliłem sam. Kerberos. Widzę po twoich uszach, że będzie ci pasować. A teraz śpij.

Wiem, że jeszcze byś mnie posłuchał, ale nie mam siły dłużej mówić. Zamykają mi się powieki. Czasy, kiedy mogłem czuwać całe stulecia, minęły bezpowrotnie. Oj, no tak, możesz mnie polizać. Dobry piesek! Śpij spokojnie.

Nazwany Cerberem brudny kundel wychodzi w szarówkę przedświtu, zostawiając za ogonem stertę kamieni, zbyt symetrycznych, żeby mogły być jedynie wytworem przyrody. Nie zastanawia się jednak nad ich pochodzeniem. Wie tylko, że wśród nich mieszka miły pan, który co wieczór daje mu sucharki, resztki porzuconych przez turystów souvlaki albo dzikie jabłka.

Kundel węszy czujnie. W koszu przy drodze leży coś ciekawego, jest tego pewien. Nie wie tylko jeszcze, czy to niedojedzony szaszłyk, czy może nadgryziona kanapka. Pan ze sterty kamieni nie lubi ludzi, ma do nich pretensje, ale Cerber ludzi uwielbia. Gdyby nie ich niefrasobliwość, już dawno umarłby z głodu.

Jasne słońce podnosi się powoli ponad porośniętą niskimi oliwkami górę. Kundel przewraca się i tarza chwilę w pokrywającym ścieżkę żwirze, zmieniając zapachy i drapiąc się w to miejsce, do którego nie sięga zębami. Otrzepuje się, wzbijając wokół siebie tuman złocistego pyłu i rusza na łowy.

Wieczorem znów wróci do sterty kamieni. Może dostanie sucharek? Cerbera nie obchodzą sprawy bogów i ludzi, tak długo, jak długo jedni i drudzy zostawiają za sobą coś nadającego się do zjedzenia. A tu przynajmniej ma przyjaciela, który nie przegania go precz, jak mieszkańcy wioski.

Dobrze mieć przyjaciela. Nawet jeśli to tylko umierający bóg.