Wymyślone światy mogą być olbrzymie lub klaustrofobiczne. Rzeczywistości literackie obejmują nieraz całe kontynenty, a czasem ograniczają się do jednego pomieszczenia. Dziś parę słów o tym, jak pokazać świat w taki sposób, by nie przytłaczał czytelnika. Odsłaniam kulisy powstawania Krzywdy i sięgam po parę innych przykładów.

Jak słusznie zauważył jeden z komentujących pod poprzednim tekstem, jedną z kluczowych kwestii w prowadzeniu historii jest wyważony sposób ukazywania świata – czyli jego ekspozycja oraz tzw. info dump, czyli zarzucenie czytelnika wyjaśnieniami i danymi, do których spokojnie mógłby dojść sam. Wprawdzie należą one bardziej do porządku narracji niż światotwórstwa, ale pokażę na kilku prostych przykładach, o co w zarysie chodzi. A kiedy pod koniec przejdę do własnego warsztatu, z pewnością dostrzeżesz, za jakimi rozwiązaniami się opowiadam.

Co jest oczywiste?

Przykład pierwszy, tym razem z warsztatu filmowego. Narracja filmowa, podobnie jak tekstualna, musi określić miejsce i czas akcji, żeby widz wiedział, na co się nastawić. W efekcie wiele twórców i twórczyń wzięło sobie do serca tzw. establishing shot, czyli właśnie ujęcie ekspozycyjne, w bardzo konkretnej postaci. Pamiętasz zapewne dziesiątki lotniczych ujęć na miasto o zachodzie słońca (najczęściej jest to Nowy Jork lub Toronto), następnie przebitkę na samochód bohatera lub postać idącą ulicą. Twórca pokazuje: akcja dzieje się w wielkim mieście, a to jest człowiek, na którego masz zwracać uwagę. A teraz spójrzmy, jak można to zrobić inaczej.

W Jokerze Todda Phillipsa widać to doskonale.

Film otwiera głos spikera radiowego i powolny najazd na siedzącego przed lustrem bohatera. Duże zbliżenie na twarz i dłoń, detale – pędzel zanurzany w farbce do skóry, pojedyncza łza tocząca się po bielonym policzku, palce włożone w kąciki ust, rozciągające wargi w niepokojącym grymasie. To też jest establishing shot, ale miejscem akcji filmu nie jest Gotham, tylko umysł Arthura. Miasto, widoczne za oknem charakteryzatorni, jest tylko tłem. Maska Jokera jest prawdziwym polem zmagań bohatera.

Przykład drugi, już literacki. Hobbit J. R. R. Tolkiena, w tłumaczeniu M. Skibniewskiej.

W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit. Nie była to szkaradna, brudna, wilgotna nora, rojąca się od robaków i cuchnąca błotem, ani też sucha, naga, piaszczysta nora bez stołka, na którym by można usiąść, i bez dobrze zaopatrzonej spiżarni; była to nora hobbita, a to znaczy: nora z wygodami.

Dalej oczywiście następuje plastyczny opis Pagórka i charakterystyka Bagginsów. Jednak w tych dwóch pierwszych zdaniach widać, jak narrator prowadzi czytelnika, nie zdradzając dokładnie, kim są hobbici (przypominam, że to zdanie jest pierwszym w literaturze wystąpieniem tego określenia!). Operując przeciwieństwami, eksponuje cechy hobbickiego domostwa, traktując je jak coś zupełnie oczywistego. Wciąga czytelnika w świat przedstawiony, od razu każąc mu się domyślać, z kim lub czym ma do czynienia; aktywnie odkrywać rzeczywistość.

Przykład trzeci, Wiedźmin A. Sapkowskiego.

Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy od bramy Powroźniczej. Szedł pieszo, a objuczonego konia prowadził za uzdę. Było późne popołudnie i kramy powroźników i rymarzy były już zamknięte, a uliczka pusta. Było ciepło, a człowiek ten miał na sobie czarny płaszcz narzucony na ramiona. Zwracał uwagę.

Narrator, w przeciwieństwie do Hobbita, nie tłumaczy, tylko relacjonuje. Czytelnik wie, że postać w czarnym płaszczu idzie przez miasto, które ma przynajmniej jedną bramę. Wie, że świat przedstawiony jest średniowieczny lub quasi-średniowieczny, z kramami rzemieślników i konnymi podróżami. Poznaje cykl życia mieszkańców miasta. Wie, że opisywany człowiek jest obcy i zwraca uwagę. Czy tylko przez płaszcz, czy może jeszcze w jakiś sposób? Dziś, kiedy Geralt jest tak rozpoznawalną postacią, łatwo dopowiedzieć sobie, że przez białe włosy, kocie oczy i miecz na plecach. Ale czytelnik Wiedźmina będzie musiał to odkryć na kolejnych stronach.

Radość odkrywania

I tu pojawia się pytanie – po co właściwie czytamy, po co oglądamy filmy, skoro jesteśmy w stanie przewidzieć, co się stanie? Jako gatunek od tysięcy lat opowiadamy wciąż te same historie, tyle że ubrane w różne kostiumy. Nie umiemy wymyślić zupełnie nowej fabuły, podobnie jak nie umiemy wymyślić nowego koloru. Opowiadanie historii to interpretowanie już istniejącej rzeczywistości i przedstawianie jej tak, by wyglądała na inny świat.

Wciąż jednak możemy te imitacje nowych światów odkrywać i się w nich przeglądać. Jak pisał Lem w Solaris, „Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy”. Historie są takimi lustrami, przymglonymi zwierciadłami, w które musimy wpatrywać się odpowiednio długo, żeby dostrzec wszystkie szczegóły.

Odsłanianie detali opowieści jest jak gra w Gdzie jest Wolly. Z jednej strony słuchamy (czytamy/gramy) historii, bo jesteśmy ciekawi losów tych innych ludzi, nawet jeśli są wymyśleni i uparcie nie chcą być ludźmi. Jako zwierzęta stadne, które osiągnęły tak wiele dzięki opowiadaniu historii, jesteśmy do tego przystosowani. Nasze mózgi pracują w sposób narracyjny, przetwarzają świat przez opowieści i ich przeżywanie przynosi nam satysfakcję oraz przyjemność. Z drugiej zaś strony, mamy w sobie instynkt odkrywców. Chcemy zobaczyć, co jest na następnej stronie, co zdarzy się z bohaterką X czy złoczyńcą Y. Chcemy się dowiedzieć, kim są hobbici, dlaczego Geralt zwraca uwagę, co siedzi w głowie Arthura.

Umiejętnie poprowadzona narracja podrzuca nam szczegóły, o które możemy się zaczepić i nasz mózg zaczyna tropić historię. Nawet jeśli narrator jest wszechwiedzącym bajarzem, nie będzie wrzucać nam wszystkich szczegółów naraz, ale pozwoli nam stawiać kolejne pytania i stopniowo na nie odpowiadać.

Wyobraź sobie, że spotykasz na ulicy… No, nie kosmitę. Niech będzie Aztek z prekolumbijskiego Jukatanu. Jakoś udaje wam się porozumieć i chcesz mu wytłumaczyć, jak działa świat. Zaczniesz od analizy stosunków geopolitycznych, historii podbojów kosmicznych (ze szczególnym uwzględnieniem mechaniki teleskopu Jamesa Webba), czy może jednak od odpowiedzi na pytanie, czym jest tramwaj, który właśnie przejechał przez skrzyżowanie? Jako narrator możesz zarzucić Twojego Azteka mnóstwem informacji. Ale proponuję, wyjdź od spraw najbliższych jemu jako bohaterowi i czytelnikowi jednocześnie, a później pozwól mu stawiać pytania na podstawie tego, co już wie. Satysfakcja gwarantowana. Zwrot pieniędzy – niekoniecznie.

Krzywda” w szczegółach

W ten sposób staram się tworzyć świat Halszki Pluto herbu Krzywda. Prowadzę narrację blisko jej punktu widzenia, mimo że na świecie w 1646 roku dzieje się mnóstwo ciekawych rzeczy. Nie obchodzi mnie Krzysztof Arciszewski, który niedawno wrócił z Brazylii (swoją drogą, jeśli jest jakaś postać z polskiej historii, o której powinna powstać dobra powieść lub serial, to właśnie on; zaklepuję!), nie interesuje mnie wojna trzydziestoletnia ani konflikt pomiędzy królem Władysławem a jego szwedzkimi krewnymi.

Operuję detalem. Mnie ciekawi ból mięśni, który Halszka odczuwa po całym dniu spędzonym w siodle. Zapach prochu, kiedy strzela. Smak mięsa upolowanego w krzakach zająca, pieczonego nad ogniskiem rozpalonym z brzozowego chrustu. Oraz stopniowe odkrywanie przed Halszką i przed Tobą, dlaczego właściwie musi kłusować na zające, zamiast jeść bażanty we własnym dworze, przy własnym stole. W jaki sposób wylądowała na gościńcu i co się z nią działo przez te wszystkie lata. Czy istnieje szansa, żeby powróciła do starego życia?

Odpowiedzi nie są oczywiste. Skrywają się w bliznach, niedopowiedzeniach, drżeniu rąk czy snach. Siedzą pochowane między przepalonymi krokwiami zrujnowanego dworku, uciekają do zatęchłych piwnic, kijowskich burdeli i między soborowe dzwony.

Tobie zostawię przyjemność odkrywania tego świata, który jednocześnie jest i nie jest Rzeczpospolitą w 1646 roku. Stanowi moją interpretację rzeczywistości, której nie poznaliśmy bezpośrednio i wiemy o niej tyle, ile powiedzieli nam żyjący wówczas ludzie. Opowieść jeszcze się nie skończyła. I nie wiem, czy kiedykolwiek się skończy.

Dość teoretyzowania. Wracam do pisania, a w przyszły piątek na blogu pojawi się opowiadanie. Być może trochę walentynkowe, jak rok temu? A może wcale nie? Wróć tu za 9 dni, to zobaczysz.