Lejący się z nieba żar żłobi głębokie pęknięcia w rozgrzanym gruncie, a liczne strumyczki, stawy i bajora, doszczętnie wyschnięte, ukazują światu muliste dno pokryte umierającymi rybami.

Halszka Pluto wiedzie konia w las. Znalazłszy się w cieniu, zwalnia do lekkiego kłusa, zdejmuje rękawiczki i wierzchem dłoni ociera pot z czoła. Unosi kołpaczek i poprawia niesforny pukiel rudych włosów, opadający na oko. Po chwili dociera do niej z tyłu urywany oddech Jurka. Rusin osadza kasztankę w miejscu, aż kobyłka przysiada na zadzie, uśmiecha się.

– Ależ jaśnie panienka gna! Jak wicher! Nie sposób jaśnie panienki dogonić! – Sięga do zawieszonej przy kulbace manierki z piwem, płucze usta z kurzu. Halszka krąży wokół niego, zmuszając konia do tańca.

– Widzę – śmieje się Jurko, – że sił do harców jaśnie panience nie zbywa.

– Co ma zbywać – głos ma jeszcze dziecinny w barwie, ale pewny i mocny. – Chodź, Woszczenko, pójdziem głębiej w las, nad ruczaj, to i chłodniej będzie.

Dobre, jaśnie panienko – kiwa głową sługa. – W las!

Ruszają stępa wydeptaną przez sarny i dziki ścieżką. Halszka zna knieję jak własną kieszeń, prowadzi pewnie, nie oglądając się za siebie. Jurij Woszczenko trzyma się o dwie długości konia za nią, popijając raz po raz z manierki i pogwizdując wesoło.

Słońce, właśnie przechodzące zenit, gra miriadami jasnych plamek i zielonkawych cieni, rzucając na ścieżkę migotliwe wzory, ale spiekota pod baldachimem liści przestaje tak dokuczać. Po lewej ręce las otwiera się szeroką polaną. Żółte, wypalone słońcem trawy chrzęszczą pod końskimi kopytami. Jurko zatrzymuje się, cmoka cicho. Halszka również staje, gładząc swojego bułanka po szyi i podąża za wzrokiem sługi. W gęstwie po przeciwległej stronie polanki, pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt kroków od nich, coś się rusza. Halszka wyrzuca nogi ze strzemion i obraca się w siodle, chcąc lepiej widzieć miejsce. Z sajdaka przytroczonego do kulbaki wyjmuje krótki tatarski łuk i dwie strzały. Osłaniając dłonią oczy, szuka celu, ale buszujące w krzakach zwierzę nie ukazuje się.

Woszczenko gwiżdże przeciągle. Hałas płoszy sporych rozmiarów bażanta, który podrywa się w górę i przelatuje ciężko w stronę powalonego drzewa kilka sążni dalej. Siada na pniu i rozgląda się czujnie, nie dostrzegając jednak konnych. Panna Halszka nakłada pierwszą strzałę na cięciwę. Unosi łuk i przyciąga brzechwę do policzka. Zwolniony szyp przecina powietrze, lecąc tuż ponad pierzastymi kłosami dzikich traw i sięga zwalonego drzewa, zmiatając ptaka z pnia.

Bravo, jaśnie panienko! Czudesnyj strzał, w samo miękkie! – Woszczenko uderza się po udzie.

Halszka słyszy własny, dziewczęcy, perlisty śmiech. Spuszcza nogi do końskich boków i nie puszczając łuku rzuca się galopem przez łąkę. Bułanek pod Halszką w cwale najeżdża wprost na zwalone drzewo, sadzi przez pień i ląduje tuż za nim. Panna wyhamowuje konika szeroką woltą między drzewami.

Bażant leży w wykrocie, przebity strzałą tak, że tylko brzechwa wystaje spod skrzydła ptaka. Woszczenko zsiada z konia, cmokając z podziwem i podnosi zdobycz za nogi.

– Piękna sztuka, jaśnie panienko. Taki strzał… Panience by do wojska pójść, Turczyna strzelać, a nie na ptaki po lesie grasować.

– Przestań, Woszczenko. To nic. Traf jeno – rumieni się panna Halszka.

Dobre, jaśnie panienko, już milczę. Przyjm zaś to trofeum na znak triumfu – Rusin podaje dziedziczce długie nakrapiane pióro, kłaniając się dwornie. Halszka wtyka je za otok kołpaczka, podczas gdy Jurko wiąże ptaka za nogi do łęku siodła. Ruszają dalej.

Las schodzi ku niewielkiej rozpadlinie, gdzie wśród korzeni ciurka się lichy strumień. Zsiadają z koni i ruszają wzdłuż potoku, prowadząc zwierzęta za wodze. Drzewa, rosnące tu coraz rzadziej, odsłaniają w końcu niewielkie jeziorko o porośniętych tatarakiem brzegach. Halszka oddaje wodze swojego konika słudze i zakasując długą spódnicę myśliczka, schodzi po trawiastym brzegu. Wbija obcasy w przybrzeżne błoto i kuca, z rozkoszą zanurzając ręce w lodowatej wodzie. Mokrą dłonią wyciera czoło oraz schowany pod grubym warkoczem kark.

– Chcę się wykąpać.

– Jaśnie panienko – Jurko spogląda w niebo, marszczy brwi. – Nam mus do domu wracać. Już trzecia godzina dochodzi, nim dojedziemy, wieczór się zrobi – szepcze.

– Do wieczora jeszcze szmat czasu. Stary malkontent jesteś, Woszczenko, ot co! Odwróć się lepiej, bo mój ojciec sobie inszą modą z tobą porozmawia – Halszka pokazuje mu język i sięga do sznurówek kaftanika.

Wprawnymi ruchami zrzuca go, zzuwa długie buty z czerwonej skóry i patrzy za Jurkiem. Sługa siedzi pod rozłożystym bukiem, z głową zwróconą w przeciwną stronę. Halszka uśmiecha się. Zdejmuje spódnicę i hajdawery, i w samym gieźle wchodzi do wody.

Brodząc w stronę głębi czuje lodowate igiełki przeszywające jej stawy i kłujące w brzuchu, niosące ze sobą wspaniałe, rozkoszne ukojenie. Kurz spływa z jej ciała, a kiedy zanurza się w wodzie po szyję, ogarnia ją cudowne zimno. Nurkuje, otwiera oczy w mulistej wodzie i tuż przed nosem dostrzega twarz mawki Kateryny.

– Oni nie żyją, Krzywdo. Uciekaj – bulgoce rusałka, uwalniając spomiędzy oblepionych wodorostami warg bąble powietrza. Zimno otulające Halszkę zaczyna ciążyć, wciągać w głąb jeziorka. Dziewczyna szarpie się, usiłując zaczerpnąć tlenu i wtedy na dnie widzi trupy.

Ojciec, pan Włodzimierz, okrutnie porąbany, w spalonym żupanie, wyciąga ku niej ręce. Obok matka, z sinym oseskiem wciąż przyciśniętym do piersi wystającej z rozerwanej sukni. Dalej Tatarzy, których jeszcze nie zna, ale doskonale wie, kim są – Kryczyński i Babinicz leżą twarzą w mule, a ławice małych rybek krążą wokół nich, ogryzając gnijące mięso. Głębiej Halszka dostrzega odrąbaną głowę Towgina. Z pustego oczodołu wysuwa się węgorz, szczerząc zęby w morderczym uśmiechu.

Mawka wyciąga rękę w stronę Halszki i wypycha jej głowę ponad wodę. Krzywda patrzy w stronę brzegu, ale nie ma już na nim koni, nie ma Jurka Woszczenki. Stojąc po pas w gęstwie wodorostów, z mokrą koszulą oblepiającą ciało, Halszka patrzy w oczy Kruka, czarne jak węgle, żarzące się pod rondem rajtarskiego kapelusza. Mężczyzna wyciąga rękę w czarnej rękawicy, opatrzonej na wierzchu dłoni srebrnym pentagramem.

– Czekam na ciebie, Krzywdo. Chętnym cię poznać.

Halszka próbuje się cofnąć, ale leci do wody. Zielonkawa toń zamyka się nad jej głową półprzejrzystym sklepieniem, nad którym wciąż widać czarną, jakby opierzoną sylwetkę.