Żyjemy w czasach olbrzymiego natłoku informacji. Nie da się ukryć, że żadne z nas nie jest w stanie „być na bieżąco” ze wszystkim – stąd potrzeba wyboru, zawężania, wykreślania. Ta konieczność może rodzić frustrację. Nie będę udawał, że wiem, jak sobie z istniejącą sytuacją poradzić. To nie jest wpis coachingowy, nie obawiaj się. Chcę jednak powiedzieć o moim osobistym podejściu do problemu.

Lęk przed wykluczeniem

Opisywany przeze mnie stan zyskał już jakiś czas temu własną nazwę. To tzw. Fear of missing out (FOMO), czyli lęk przed wykluczeniem, przed pozostawaniem poza głównym obiegiem. Współcześnie dodatkowo wzmacniany przez media społecznościowe. Masz zapewne za sobą doświadczenie, kiedy wchodzisz na wybrany portal i odnosisz wrażenie, że „cały internet” mówi tylko o nowym serialu/kolejnej wpadce celebryty/„wspaniałym” rządowym projekcie, zupełnie jakby wszyscy umówili się na temat dyskusji, a Ty akurat nie wiesz, o co chodzi. Wydaje Ci się, że pozostajesz gdzieś z boku, nie uczestniczysz w życiu publicznym na tyle dobrze, aby móc włączyć się do debaty, pokazać własne zdanie, wyrazić opinię. Czujesz dyskomfort, a być może nawet niepokój czy – właśnie – lęk.

Ja mam wiele takich doświadczeń. I żeby pozbyć się płynących z nich nieprzyjemnych wrażeń, musiałem kompletnie przewartościować sposób, w jaki myślę o swojej roli w świecie. Wiem, brzmi to dość górnolotnie, ale zaraz pokażę Ci, o co mi chodzi.

Ogień zmiany

Potrzebowałem dobrych kilku lat, żeby nauczyć się przyznawać do niewiedzy. „Ale jak to, nie czytałeś tego? Nie oglądałeś tamtego? Gdzieś ty się chował?!” – to tylko szczyt listy pytań, z którymi musiałem się zmierzyć i z którymi być może Ty również się mierzysz. Pozwól, że odpowiem na nie metaforą.

Wyobraź sobie kompletne ciemności. Nagle wśród mroków rozbłyskają świetliki. Chowający się w mrokach ludzie rzucają się w pogoń za świetlikami – niektóre udaje się im ułowić, inne zaś pozostają poza ich zasięgiem. Ludzie chowani w ciemnościach nie wiedzą, że owe nieosiągalne światełka to gwiazdy na nieboskłonie. Tymczasem gdzieś z boku siedzi inna postać. Podziwia świetliki i niebiańskie konstelacje, ale zamiast rzucać się w pogoń, po omacku wyszukuje kawałek krzemienia, słomę, chrust. I kiedy inni zajęci są pogonią za niedosiężnym światłem, ona usiłuje rozpalić swój własny ogień.

Sztuka wyboru

Nauczyłem się, że nie mogę mieć wszystkiego. Nie zdążę przeczytać… Ba! Nie zdążę dowiedzieć się o wszystkich książkach, jakie zostały napisane. Nie zdążę obejrzeć wszystkich filmów i seriali. Nie zdążę zagrać we wszystkie gry. Ostatecznie muszę też kiedyś jeść, spać, budować relacje z żywymi ludźmi, pracować, spacerować z psem. Nie zdążę także zobaczyć wszystkich miejsc na świecie, o odwiedzeniu których marzę. Cały czas muszę dokonywać wyboru.

I to dobrze. Zamiast gonić za świetlikami, usiłując złapać je wszystkie, wolę czasem usiąść w kącie i powoli rozpalać własny ogień. Potrzeba krzesania ognia, inspirowana pięknem gwiazd i świetlików, nie niesie ze sobą wielkich ambicji. Nie chcę podpalić świata ani zastąpić Słońca. Nie zamierzam nieść „krużganka oświaty” wszystkim narodom. Mam jednak nadzieję, że tych kilka iskier, które właśnie krzeszę, da choć nikły płomyk, pozwoli mi się rozwijać, a Tobie przyniesie kolejny punkt odniesienia w panujących ciemnościach.

Odpocznij ze mną. Przestań na chwilę gonić za nieuchwytnymi, produkowanymi hurtowo narracjami. Porozmawiajmy przy tym nikłym ogniu i poczekajmy wspólnie, aż się rozpali.

Na wszystko jest właściwa pora

Nie wiem, jak Ty radzisz sobie z FOMO. W moim życiu i twórczości dużą zmianę przyniosło przesunięcie środka ciężkości. Skoro i tak nie poznam wszystkiego, zamiast rozpaczać, że kolejne nowości z mojej bańki przechodzą mi koło nosa, postanowiłem stworzyć sobie własną bańkę. Sam dobieram te teksty (filmy, spektakle, gry), które chcę poznać i do których mam dostęp. Nie próbuję rozciągać doby, aby ze wszystkim zdążyć. Nie poluję namiętnie na pozycje z listy bestsellerów w tym czy innym sklepie. Czytam. Powoli, to, na co akurat mam ochotę. To, co mi ktoś polecił. To, co mi wpadnie w ręce. Podobnie oglądam, gram. I wieloma takimi tekstami się inspiruję podczas pisania.

Być może zdziwił Cię mój poprzedni wpis i to, że pojawiło się w nim wiele tekstów już przebrzmiałych, powszechnie znanych lub „niedzisiejszych”. Jestem jednak przekonany, że równie ożywcze, korzystne i przyjemne może być dla mnie czytanie powieści z XVIII wieku, co tych wydanych w ubiegłym miesiącu. I tak nie dam rady do wszystkich dotrzeć. Jeśli miałbym żałować kolejnych setek pominiętych premier, to wolę nie żałować wcale. Ars longa, vita brevis.

Życie jest za krótkie, żeby każdy jego aspekt traktować poważnie i „zabijać się” o kolejne nowości. Dlatego chciałbym zakończyć ten tekst dwoma słowami podziękowania: dla Ciebie. Skoro tu jesteś i to czytasz, to znaczy że część tego krótkiego życia chcesz spędzić akurat z moimi tekstami, nie oglądając tymczasem kolejnego serialu, nie słuchając podkastu, nie grając w grę. Jestem Ci za to niezmiernie wdzięczny.

Dosiadaj się do mojego ogniska tak często, jak tylko będziesz mieć na to ochotę. Możesz dorzucić do niego kilka gałązek, jeśli chcesz. A możesz też zabrać trochę żaru i spróbować rozpalić własne kawałek dalej, ot, na przykład pod tamtą skałą. Wygląda jak dobre miejsce na ognisko. Tylko uważaj, nie potknij się o tych wszystkich, którzy gonią za świetlikami.