Wigilijny poranek przywitał Kraków marznącym deszczem. Padało aż do zmierzchu. Na białe święta nie było szans. Amelia odłożyła blachę z pierniczkami i nerwowo odgarnęła granatowe włosy, wpadające jej do ust. Im bliżej było wigilii, tym mniej była przekonana do pomysłu zaproszenia na nią Mata. Ale już po ptokach.

Kątem oka złowiła ruch za oknem. Szedł ulicą. Poły jego nonszalancko rozpiętego płaszcza wzdymały się na wietrze, kiedy podchodził do furtki. Dziewczyna chwilę mocowała się ze zbyt ciasno zawiązanym fartuchem, w końcu rzuciła go na blat i pobiegła otworzyć drzwi.

Żbikowski wyglądał na stremowanego. Pocałował ją, ocierając się zimnym policzkiem o jej ucho. Lekko drżącą ręką podał jej torbę z prezentami i zdjął płaszcz, odsłaniając swój najlepszy garnitur. Chyba chciał zrobić dobre wrażenie. A przecież bywał u nich wcześniej, wielokrotnie spotykał się z Orianą. Mama go znała. Czy to znaczyło, że naprawdę mu zależało?

W przedpokoju pojawiła się Joanna. Długa luźna sukienka w kolorze burgunda maskowała wszelkie niedoskonałości figury. Podeszła do chłopaka, szeleszcząc rękawem wyciągnęła dłoń na powitanie.

– Dobrze cię widzieć, Mateusz! Cieszę się, że nie spędzisz tych świąt samotnie, skoro rodzice wyjechali do twojej siostry – uśmiechnęła się troskliwie.

– Dziękuję za zaproszenie, pani Asiu – bąknął i uścisnął dłoń gospodyni.

– Po pierwsze, już chyba najwyższy czas, żebyś mówił mi po imieniu – Mruknęła, a chłopak przytaknął. – A po drugie, to Amelka cię zapraszała. I to jej powinieneś dziękować.

– Nie omieszkam.

– Domyślam się! – Joanna puściła oko do nich obojga. Amelia zarumieniła się, ale Mat nie spuścił wzroku. – Dobra, rozbierz się, idź umyć ręce i niedługo siadamy do stołu. Pierwsza gwiazdka już dawno świeci, a my wciąż w proszku.

Matka zniknęła w salonie, a Amelia poprowadziła Mateusza do kuchni. Przytuliła go mocno, kiedy mył ręce nad zlewem. On w odpowiedzi ocierał się o nią ramieniem, gdy wspólnie kończyli dekorować pierniczki.

– Masz jakiekolwiek wieści od siostry? – spytał mimochodem.

– Nie. – Łyżka z lukrem zawisła nad blachą. Syrop skapywał ciężkimi kroplami na ciastko, tworząc grubą skorupę. Amelia potrząsnęła głową i rozsmarowała go wprawnym ruchem. – Nie mówmy o niej dzisiaj.

– Wolisz zapomnieć?

– Nie! Wolę się nie martwić. To moja siostra, znam ją całe życie. Ty też znasz ją blisko osiem lat. Przynajmniej w święta moglibyśmy omijać ten temat, nie sądzisz? – Odwróciła się do niego i spojrzała głęboko w orzechowe oczy. Wolną rękę położyła na porośniętym kilkudniowym zarostem policzku. Pocałował jej dłoń i skinął głową. Amelia nie odezwała się więcej, ale nie mogła przestać myśleć o Orianie. Wyobraziła sobie, że siostra stoi obok w kuchni i patrzy na Mata łaszącego się do jej ręki. Wyobraziła sobie, jak Orę ogarnia fala wściekłej, ślepej zazdrości wobec bliźniaczki. I chociaż Amy nie chciała tego przed sobą przyznać, czuła dziwną, chorą satysfakcję, że udało jej się przechwycić Mata, jakby chodziło o grę w „głupiego Jasia”.

W przejściu rozległy się kroki. Joanna chrząknęła znacząco i weszła, niosąc kilka butelek kolorowego płynu.

– Nie chcę wam przeszkadzać, młodzieży, ale ryba już się dopieka, a nalewka się grzeje – uniosła trzymaną w ręce flaszkę, prezentując zawartość. – Włożę to do lodówki i pomogę wam się zabrać z jedzeniem na stół. Rozumiem, Mateusz, że nie odmówisz nam kieliszka po wieczerzy?

– Bardzo przepraszam, ale przyjechałem samochodem. A chciałbym jeszcze wziąć Amelię na pasterkę, także…

– Wiesz – powiedziała łagodnie, grzebiąc w szufladzie zamrażarki. – Samochód może postać do rana, kościół jest sto metrów stąd, a sądzę, że Amelka z chęcią cię przenocuje…

– Nie chciałbym robić kłopotu…

– To duży dom. Dopóki w gości nie przyjdzie szwadron szwoleżerów, nie będzie problemu – zbliżyła się do nich, krytycznie spojrzała na dekorację pierniczków i uśmiechnęła się. Objęła oboje, patrząc w oczy na zmianę to Amelii, to Matowi. – Możesz zostać. Są święta, przecież nie wystawię cię na mróz. Tylko uważajcie. Wiesz, o czym mówię.

– Wiem. Będę uważać, słowo.

– Jesteś prawnikiem, więc mi tu nie przysięgaj – zmarszczyła nos i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Po prostu nie zrób jej krzywdy – dodała ciszej, niemal niesłyszalnie.

Pozbierali tace z pierogami, kutią i ciastami. Joanna wyjęła z piekarnika dwie duże brytfanki – z rybami oraz z pieczonymi warzywami. Amelia zostawiła Mata w salonie, razem z mamą wróciła do kuchni po wazę z barszczem.

– Sympatyczny chłopak. Pamiętam, jak był w liceum… Wyprzystojniał, trzeba przyznać.

– Taak, to prawda – Amy utkwiła wzrok w barszczu. – I zaufaj mi, możesz się nie przejmować. Poradzimy sobie.

– W to nie wątpię. Pytanie tylko, jak ty sobie z tym radzisz? – Matka wycelowała chochlą w pierś córki.

– Z czym?

– No wiesz… – Joanna zgarnęła z blatu paszteciki. – W końcu to Oriana…

– Mamo… – Amelia spojrzała przez unoszącą się nad barszczem parę tak, że Joannie odechciało się drążyć temat.

– No dobrze. Ale tym bardziej nie zrób żadnej głupoty. Mat to jedno, ale…

– Wiem. I dziękuję, że może u nas zostać na noc – Amelia stała już w drzwiach.

– Drobiazg, dziecino. Tylko nie bądźcie zbyt głośno, ostatnio nie mogę spać.

Dziewczyna przytaknęła. Poprawiła dłonie na uchach wazy z barszczem i przeszła do salonu. Te święta mogły być najlepsze od lat. A z pewnością najprzyjemniejsze. Uśmiechnęła się lekko do własnych myśli.

***

Mateusz Żbikowski odmówił wypicia kolejnego kieliszka nalewki. Amelia widziała znad swojej szklanki z kompotem, że babcina malinówka solidnie go rozgrzała. Dochodziła północ. Jeśli faktycznie mieli iść na pasterkę, trzeba było wychodzić. Przy obecnych limitach mogli nie zmieścić się w kościele.

Chłopak chyba też spostrzegł upływ czasu. Wstał od stołu, ukłonił się przesadnie głęboko i podał rękę Amy.

– Musimy iść. Ale z pewnością wrócimy, nie mogę jechać do domu w tym stanie.

– Jasne, nie krępujcie się – Joanna kręciła kieliszkiem wina. Czerwony płyn wirował lekko, skrząc się w świetle żyrandola.

Wyszli do przedpokoju, ubrali się pośpiesznie i już po chwili znaleźli się na oblodzonym chodniku. Ruszyli w stronę parku.

– Poważnie chcesz iść na pasterkę? Nie wiedziałam, że jesteś gorliwym katolikiem – roześmiała się Amelia.

– A nie wyglądam? – Objął ją w pół i przytulił mocno. – Bo szczerze mówiąc, nie jestem. Oczywiście, jeśli chcesz, to pójdziemy. Ale może przejdziemy się chwilę, zdążymy przetrzeźwieć. Strawimy kolację. Dawno nie byłem na wigilii, na której faktycznie byłoby aż dwanaście dań.

– Wiesz, mama jest mocno przywiązana do tradycji. A przyznasz, że ten makowiec od cioci Sary… Palce lizać.

– To prawda – zatrzymał się i pogładził włosy dziewczyny, wsuwając rękę pod kaptur jej kurtki. Chwycił jej dłoń i położył sobie jej palce na wardze. – Palce lizać.

– Przestań – roześmiała się. – Tylko jedno ci w głowie?

– A tobie nie?

– W sumie… Chodź. Nie tutaj.

W towarzystwie Mata nie bała się wchodzić w nocy do parku Bednarskiego. Zaraz za bramą skręciła w lewo i pociągnęła go na urządzone w niecce boisko. Szron skrzypiał pod butami, ale pogodzie daleko było do prawdziwych zimowych mrozów. Amelia pchnęła chłopaka na niski kamienny murek, a kiedy usiadł, stanęła między jego rozchylonymi nogami, zarzuciła ręce na szyję i pocałowała. Ciepło ich warg wzbiło w powietrzu obłoczki pary.

Jej dłonie szybko uporały się z guzikami płaszcza i wsunęły w głąb, pod marynarkę. Wyszarpnęła ze spodni krawędź koszuli i zmarzniętymi palcami dotknęła jego pleców. Wzdrygnął się, ale podjął grę. Przyciskając Amelię jedną ręką do siebie, drugą dłoń włożył pod sukienkę. Szedł powoli, od kolana, ku górze. Nie sięgnął jednak wyżej, zawahał się, ale dziewczyna uwolniła własną dłoń spod jego koszuli i powiodła palce Żbikowskiego ku bijącemu ciepłem i wilgocią źródłu. Całując go, poddawała się pieszczotom jego dłoni, a sama sięgnęła pod koszulę, do jego piersi. Westchnął cicho, z zadowoleniem.

– Gdyby coś było nie tak… – zaczął, ale zamknęła mu usta pocałunkiem.

– Wszystko jest tak. Tylko zaraz zrobi mi się zimno. Ale wiesz, mamy przed sobą jeszcze drugie pół nocy. – Ugryzła go delikatnie w ucho i wyszeptała: – Wesołych świąt, kocie!

– Wesołych świąt – uszczypnął ją lekko we wnętrze uda i uwolnił rękę spomiędzy jej nóg, poprawiając krawędź sukienki.

– Może się jeszcze przejdziemy? – zaproponowała, patrząc na ekran smartfona. – Jeszcze nie ma pierwszej, pasterka wciąż się nie skończyła.

Zgodził się chętnie. Ruszyli parkową alejką, objęci w talii i mocno przytuleni. Amelia oddychała płytko. Było jej gorąco i przyjemnie. Czuła narastające podniecenie, spływające falami wilgotnego ciepła pomiędzy jej uda. W głowie znów pojawiło się zadowolenie, że Oriany nie ma w Krakowie, że nie zajęła sobie Mata. Dziewczyna po raz kolejny tej nocy skarciła się w duchu. Brakowało jej siostry, brakowało jak cholera, ale z drugiej strony… Zawsze jest jakaś druga strona.

Wrócili do domu chwilę po pierwszej. Po cichu zdjęli buty i płaszcze w przedpokoju, minęli pogrążony w półmroku salon. Na palcach weszli na górę. Kiedy znaleźli się w pokoju Amelii, dziewczyna zaczęła szarpać się z jego krawatem. On tymczasem sięgnął do jej karku, wymacał zapięcie sukienki i pociągnął zamek. Oderwała ręce od guzików jego koszuli i wyjęła je z rękawów. Odsunął ją na długość dłoni i palcami przejechał po licznych tatuażach.

– Czasem nie wierzę, jaka ty jesteś śliczna! – wyszeptał.

– Tu nie ma nic do wierzenia – spojrzała mu w oczy zuchwale, bez cienia wstydu. – Sam sobie poradzisz ze stanikiem, czy ci pomóc? – Czuła podniecenie sięgające zenitu i nie była pewna, czy bardziej kręci ją sam Mateusz, czy fakt, że Oriana była w tym miejscu przed nią, ale się wycofała.

Kochali się ostro, łapczywie, niemal zwierzęco. Na początku Amelia czuła ból, ale wkrótce ustąpił rozkoszy. Mat wplótł palce w jej włosy, pociągnął, a gdy syknęła, ugryzł ją w odsłoniętą szyję. Wtedy ona przetoczyła go na plecy i znalazła się na górze z takim impetem, jakby brała udział w rodeo. Żbikowski wysunął się z trudem, usiadł, wciąż uwięziony między jej wytatuowanymi udami. Sapnął ciężko. Skończył i opadł na wznak. Amy zsunęła się z jego bioder, ułożyła się obok. Przyglądała się z ciekawością jego lekko owłosionemu ciału. Pocałowała mostek i przytuliła się do tatuażu na piersi. Jego serce tłukło o żebra jak dzięcioł. Po chwili podniosła się. Podeszła do biurka i wyjęła szkicownik.

– Kocie…

– Tak? – Zaciekawiony obserwował jej ruchy.

– Mogę cię narysować? Nago, tak jak jesteś?

– Możesz – ułożył się na boku. – Rysuj mnie jak jedną ze swoich francuskich dziewcząt.

Przygryzła ołówek. Uklękła przy łóżku i zaczęła szkicować lekkimi ruchami, ptasio przekrzywiając głowę. Przed chwilą palcami i językiem, a teraz ołówkiem tworzyła dokładny obraz jego ciała. Obraz, którego nigdy nie zapomni.