Wszystko zaczęło się od pewnej legendy, mówiącej o Thessalonike, siostrze Aleksandra Macedońskiego i żonie Kassandra, która próbowała popełnić samobójstwo. Jednak morze, do którego się rzuciła, nie przyjęło jej śmierci. Została zamieniona w pół-kobietę pół-rybę (unikam terminu syrena celowo), która do dziś tuła się między greckimi wyspami i poszukuje dawno zmarłego Aleksandra.

Jak od przeklętej macedońskiej księżniczki dotarłem do włosko-polskiej alchemiczki mieszkającej w Krakowie? Trudno powiedzieć. Ślady tej pierwotnej koncepcji na powieść możesz dostrzec w opowiadaniu Do dna, ale Oriana, odkąd tylko wkroczyła w moje życie, zaczęła iść własną drogą.

Jej historia przeszła liczne przekształcenia, od owego pomysłu na trzydziestoletnią kobietę, która musi zmierzyć się z problemami zagubionej we współczesnym świecie Thessalonike, do opowieści o młodej dziewczynie, tuż po maturze zmuszonej do wejścia w trudny, nieraz brutalny i dehumanizujący świat chymei i alchemii.

Poniższy fragment nigdy nie trafi do żadnej powieści o Orianie Geber. Jest jednak szczególny, ponieważ opisuje jej pierwsze zstąpienie z mojej klawiatury na (wirtualną) kartkę papieru. Stanowi matrix et orygo całej postaci Oriany Geber i punkt wyjściowy dla świata, który wspólnie z nią stworzyłem.

Piszę to wprowadzenie, żeby pokazać Ci, jak daleką drogę może przebyć postać literacka, zanim odnajdzie swoją historię. Przewagą, ale również przekleństwem literatury jest to, że cała opiera się na kłamstwie, na zmyśleniu i na pamięci. A pamięć bywa zawodna. O kłamstwie nie wspominając.

O tym, w jakim kierunku zmierza świat Oriany, możesz przekonać się z fragmentu, który czytam w ramach podsumowania Szkoły Pisania Powieści. W kolejnych wpisach odsłonię przed Tobą jeszcze kilka takich wycinków, starając się jednocześnie nie zepsuć Ci niespodzianki w trakcie lektury.

Dość już teoretycznych wstępów. Poznaj Orianę Geber.

Oriana Geber – narodziny alchemiczki

Gdyby spojrzeć z ulicy na niski pobielany domek przy końcu ulicy Twardowskiego, można by pomyśleć – ot, zwykła chałupa, jakich musiało tu być więcej, zanim okolice Zakrzówka stały się cennymi terenami inwestycyjnymi i w rezultacie wyglądają tak, jak wyglądają. Budynek był niski, dłuższą ścianą, w której wycięto drzwi wejściowe i dwa okna, zwrócony do ulicy. Ogród pełen różnych ziół i kwiatów otoczono niskim stalowym płotkiem, a ścieżkę prowadzącą od furtki pod drzwi i dalej za dom wysypano brunatnym żwirem. Na środku ścieżki wyłożył się gargantuicznych wprost rozmiarów rudy kot, w głębokim poważaniu mając kłujące właściwości drobnych kamyczków. Jeśli pomyśleć o księżniczce na ziarnku grochu, kot mógłby stanowić jej dokładne przeciwieństwo, przynajmniej pod względem doboru miejsc do dowolnie długiego wylegiwania się. Przy prawym, patrząc od ulicy, narożniku domu stało metalowe wiadro, wypełnione ewidentnie narzędziami ogrodniczymi, z zawiniętym wokół podstawy naczynia szlauchem. Zza domu wyzierała niewielka szklarnia, o którą stał oparty stary składak, opatrzony mocno sharataną etykietą „Wigry 3”.

Oriana Geber pchnęła furtkę i ruszyła po żwirze w stronę drzwi. Kot jedynie zastrzygł uchem, nie zdradzając większego zainteresowania kobietą. Znał ją zbyt długo, żeby cokolwiek mogło go jeszcze w niej zainteresować. Przekroczyła wyłożone na środku ścieżki zwierzę i zatrzymała się przed progiem, szukając kluczy w torebce. To był jej stały rytułał – o ile jej matka i siostra zawsze miały w torebkach, plecakach i kieszeniach porządek, o tyle Oriana w pełni wpisywała się w stereotyp torebkowej bałaganiary, z czego nie była zresztą specjalnie dumna. Na niewielki stołek stojący obok wejścia do domu wyjęła laptopa, telefon, kosmetyczkę… Po czym odwróciła torebkę do góry dnem i solidnie wytrzepała. Klucze (oraz dziesiątki innych drobiazgów) zabrzęczały na żwirze.

Kobieta zgarnęła wszystkie rzeczy do torebki, wrzucając je na odlew i jęła mocować się z drzwiami. „Będę musiała naprawdę wymienić niedługo ten zamek – myślała – ten dzyndzel w środku to już chyba na amen przerdzewiał!”. Mechanizm w końcu poddał się i wpuścił Orianę do sieni jej własnego domu. Zagraconą torebkę rzuciła pod wieszak, nic sobie nie robiąc z przesądu, że z położonej na podłodze torebki uciekają pieniądze. Zdjęła skórzane półbuty i z ulgą postawiła bose stopy na terakocie. Wchodząc do kuchni pozbyła się żakietu, ciskając nim na stojący w kącie fotel. Po chwili w ślad za żakietem poleciał także stanik.

Oriana wiedziała, że tego dnia, a być może także nocy, czeka ją dość dużo pracy, ale popołudnie dopiero się zaczynało, a ona musiała chwilę odsapnąć. Ruszyła w stronę lodówki, z której wyjęła pudełko ze spaghetti – pozostałości po wczorajszej kolacji – i prawnym ruchem przerzuciła zawartość na stojącą na indukcyjnej płycie patelnię. Kuchenka zapikała cicho, sos zaczął lekko skwierczeć, a kobieta sięgnęła do ekspresu, stojącego po lewej stronie. Bez solidnej porcji kofeiny długo nie pociągnie.

(…)

Teraz także aromat mocnej, czarnej kawy wypełnił kuchnię, mieszając się z wonią grzejącego się na patelni spaghetti. Oriana z lubością pociągnęła nosem i wyjęła z szafki filigranową filiżankę do kawy, szklankę na wodę oraz talerz na makaron. W kuchni stał stary, dębowy stół, jednak ponieważ był chwilowo zawalony wszelkiej maści papierami, dokumentami, książkami i innymi betami przeszkadzającymi w prawidłowym spożywaniu posiłków, kobieta, nałożywszy obiad na talerz, wzięła wszystkie naczynia na tacę i wyszła do ogrodu za domem. Lubiła wiosną i latem jadać na trawie, wsłuchana w odległy szum krakowskich ulic i znacznie bliższy gwar spacerowiczów, przemierzających Skałki Twardowskiego we wszystkich możliwych kierunkach. W tej bliskości miasta i jednocześnie zakorzenieniu w naturze było coś kojącego, co pomagało Orianie klarownie myśleć, a myślenie było od lat jednym z jej głównych zajęć.

Co bowiem nie zostało jeszcze powiedziane, a będzie miało dla tej historii kluczowe chyba znaczenie, Oriana Geber, absolwentka filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalistka od jońskich filozofów przyrody i ich recepcji w świecie arabskim, była alchemiczką. W niczym nie przypominała telewizyjnych wróżbitów ani średniowiecznych pseudonaukowców. Daleko jej też było do postaci rodem z Harrego Pottera. Nie zmienia to faktu, że Oriana była alchemiczką, a tę profesję, w sekretnej części swojego testamentu przekazał jej ojciec.