Dobra powieść angażuje akcją, gęstością opisów i realnością świata. W przeciwieństwie do autobiografii czy reportażu, spokojnie może obyć się bez prywatnych spostrzeżeń autora. Pisarz przebijający spod warstw narracji jest jak operator widoczny w odbiciu stanowiącego filmową dekorację lustra – zbędny, wytrącający z równowagi. Zaburza spójność świata przedstawionego, wciskając doń fragment własnej rzeczywistości.

Na początku podkreślam – piszę o klasycznie rozumianej powieści gatunkowej, nie o formach eksperymentalnych czy formach non-fiction, gdzie bohater czy narrator stoi tak blisko autora, że właściwie się z nim zlewa. Mając to na uwadze, dziś trochę poznęcam się nad pewnymi postaciami z polskiej literatury. Znów, bez nazwisk, ale na dość jaskrawych przykładach.

Wykład zamiast narracji

Czytałem jakiś czas temu pewną fantasy, dziejącą się w alternatywnej Europie przełomu XIX i XX wieku. Spodobał mi się pomysł na świat (mimo drobnych niekonsekwencji), doskonałe operowanie detalem, rekwizytem, zakorzenienie narracji w doznaniach zmysłowych bohaterów. W tekście widać było, że autor wie, o czym pisze. To z reguły dobrze – pisarz wykorzystuje swoje doświadczenie i wykształcenie, dzięki czemu buduje świat bardziej prawdopodobny, unikając przy tym podstawowych błędów.
Tylko z reguły. Niektórzy mają w tym zakresie tendencję do popisywania się swoją wiedzą. Wkładają w usta bohaterów zdania pasujące do przewodników turystycznych, w narracji umieszczają ciekawostki kierowane do czytelnika, a zupełnie zbędne dla przebiegu fabuły. Wykorzystują tekst powieści do przedstawienia miejsca zamiast historii. Nie tędy droga!
Owa wielotomowa powieść fantasy nie była zresztą pierwszą, która kierowała się taką zasadą. Ani, jak sądzę, nie ostatnią. Drogie koleżanki i drodzy koledzy po piórze (i klawiaturze), uwierzcie: wciskanie do powieści wykładu – o ile bohaterem nie jest wykładowca, a ta lekcja ma być kluczowa dla fabuły – to nie najszczęśliwszy pomysł.
Żeby nie było, że tylko narzekam, oto garść pozytywnych przykładów powieści wykorzystujących sztafaż historyczny, bez tendencji do pouczania i wykładania suchych, pozbawionych znaczenia dla fabuły faktów. Na pierwszy ogień: trylogia husycka A. Sapkowskiego, następnie oba cykle (wrocławski i lwowski) M. Krajewskiego, dylogia Mag charkowskiego duetu H. L. Oldi, powieści V. M. Manfrediego. O Umbercie Eco nawet nie wspominam, bo wiadomo.

Autobiografia zamiast powieści?

Są tacy, którzy mówią i piszą głównie o sobie. I nie ma w tym nic złego, o ile piszą autobiografie lub reportaże mocno osadzone w ich własnych doświadczeniach, na przykład historie samotnego zdobywania biegunów. Tymczasem powieść, zawierająca w swych kartach zwykle więcej niż dwie osoby, umożliwia rozbicie punktów widzenia, pokazanie różnych racji i różnych perspektyw, odmiennych motywacji i sposobów działania. Nie wszystkie postaci będą mówiły jak autor, poruszały się jak autor i myślały, jak autor. Oczywiście napisanie ich w taki sposób wymaga dystansu do siebie, zmysłu obserwacji i odrobiny intelektualnej gimnastyki, ale jednak nie jest niewykonalne.
Nawet jeśli w powieści pojawia się postać łudząco podobna do autora, to jednak wciąż pozostaje postacią literacką, a nie autorem. Podobnie jak poeta to nie to samo, co podmiot literacki wiersza. Pierwszy z brzegu przykład – Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną, w której pod koniec tekstu pojawia się Masłowska zatrudniona na komisariacie, na który trafia Silny. Masłowska na komisariacie, choć może być identyczna z realną Dorotą Masłowską (nie mnie to oceniać, tylko tę literacką znam osobiście), wciąż nie jest realną Dorotą Masłowską. Nie składa się z białek, tylko z liter i kropek. Ja jako czytelnik nie powinienem jej utożsamiać z pisarką, a i sama autorka wiele ryzykuje, przelewając w postać 100% swojej jaźni, nadając jej własny wygląd i cechy. Z tego, co wiem, nie zrobiła tego.
Oczywiście, istnieją powieści-manifesty, powieści-autobiografie etc., ale kiedy efekt poglądów czy prywatnych aspektów osoby autora wypływa między wierszami w tekście wyglądającym jak „typowa” powieść, to staje się to problemem.

Odpowiedź na wszystkie pytania

Zalanie czytelników prywatnym światopoglądem autora, podanym wprost, bez metafory czy narracyjnego kostiumu, nie pozostawia odbiorcom żadnej przestrzeni na własne przemyślenia. A to odziera historię ze sporej jej części. Jestem bowiem zdania, że powieść nie powstaje po postawieniu ostatniej kropki (i wykonaniu kilku rund redakcji, korekt i zmian), ale rodzi się dopiero w momencie styku z umysłami publiczności. Powieść to akt komunikacji i potrzebuje dwóch stron. Jako pisarz przedstawiam Ci historię pewnych postaci, snuję wątki, wzbudzam różne emocje, a Ty czytając szukasz w sobie odpowiedzi na pytania, które nasuwają Ci się w trakcie lektury. To w mojej ocenie podstawowa różnica między książką (fizycznie napisanym tekstem, zamkniętym w pliku wydrukowanych lub cyfrowych kartek) a powieścią (aktem komunikacji).
Udzielenie wszystkich odpowiedzi w tekście i podanie ich czytelnikowi na tacy, a czasem wręcz wepchnięcie siłą do gardła, nie jest pisarstwem. Jest propagandą.
To zadaniem propagandy jest stawianie pytań, a następnie odpowiadanie na nie tak, żeby nie pozostawić odbiorcy przestrzeni na refleksję, na wątpliwości, sprzeciw czy próby niuansowania komunikatu. Zadaniem literatury, ale też dobrego dziennikarstwa, jest prowokowanie do myślenia, do poszukiwania, do świadomego przetwarzania tekstu i wyrabiania sobie na jego podstawie własnych opinii o świecie, ludziach i zjawiskach. Jestem przekonany, że taki sposób tworzenia tekstów jest cenniejszy dla obu stron – twórcy i odbiorcy, choć dla obu bardziej wymagający.

Czasami trzeba czytać gorzej napisaną literaturę. Ostatecznie najlepiej uczyć się na cudzych błędach – to one uczulają nas na to, byśmy nie popełnili ich sami. Sęk w tym, żeby robić to krytycznie i świadomie.

Przypominam o wsparciu walczącej Ukrainy. Wejdź na stronę Narodowego Banku Ukrainy, by wesprzeć ukraińską armię oraz korpus pomocy humanitarnej. Odpowiednie przyciski znajdziesz na banerze na górze strony.
https://bank.gov.ua/en/