Ludzki mózg w toku ewolucji zaczął przetwarzać rzeczywistość za pośrednictwem opowieści. Teza to ani nowa, ani kontrowersyjna. Pytanie na dzisiaj brzmi: czy forma w ogóle ma znaczenie dla historii?

Wiesz zapewne o toczącym się od lat sporze, co jest lepsze: czytnik czy papier. Oba mają swoje zalety oraz wady, ale konflikt między zwolennikami jednego i drugiego to tylko wierzchołek góry lodowej ludzkich sposobów opowiadania historii.

Przy ognisku i w jaskini

Najwcześniej pojawiły się oczywiście opowieści ustne. Nie wymagają one stosowania mediów innych niż głos, choć można przypuszczać, że pradawni opowiadacze szybko dołączyli do niego także działania bardziej performatywne – gestykulację, może próby naśladowania zachowań postaci, grę świateł ogniska.

Niemal równocześnie (w skali rozwoju naszego gatunku) do grona stosowanych środków dołączyła grafika. Malowidła z paleolitu do dziś urzekają nas swoją nasyconą kolorystyką i realizmem przedstawianych zwierząt, a jednocześnie pokazują wyraźnie konkretne sceny polowań, tropienia i walki, zupełnie jak kartka wyrwana ze współczesnego komiksu. Werner Herzog w Jaskini zapomnianych snów z 2010 roku w plastyczny sposób sugeruje nawet, że naskalne rysunki, ożywające w świetle łuczyw i kaganków, mogły stanowić wręcz formę protoanimacji.

Tymczasem wieki mijały, a historie wciąż przeobrażały się. Nie tracąc trzonu, jakim była opowieść mówiona, przybierały kolejne formy: reliefów, zwojów i w końcu dobrze nam znanych kodeksów.

Informacyjna rewolucja

Rzymski wynalazek, którym jest książka zszywana na grzbiecie, z kartami zapisanymi po obu stronach, przyjął się niezwykle dobrze. Stał się kolejnym kamieniem milowym rozciągniętej w czasie (r)ewolucji informacyjnej, trwającej od wynalezienia pisma klinowego, aż do współczesnych prób opracowania komputera kwantowego. Książka w formie kodeksu była (i nadal jest) poręczna i wygodna, pozwalając szybko odnaleźć pożądany fragment czy zmieścić znacznie więcej informacji w niewielkiej „cegle” niż w ciężkim, wielometrowym zwoju. Jej dominacja trwała nieprzerwanie aż do teraz, kiedy do gry dołączyły nowe media.

Nadejście ebooków przewidział trafnie Stanisław Lem, w Powrocie z gwiazd z 1961 roku pisząc:

Całe popołudnie spędziłem w księgarni. Nie było w niej książek. Nie drukowano ich już od pół wieku bez mała. A tak się na nie cieszyłem, po mikrofilmach, z których składała się biblioteka „Prometeusza”. Nic z tego. Nie można już było szperać po półkach, ważyć w ręce tomów, czuć ich ciężaru, zapowiadającego rozmiar lektury. Księgarnia przypominała raczej elektronowe laboratorium. Książki to były kryształki z utrwaloną treścią. Czytać można je było przy pomocy optonu. Był nawet podobny do książki, ale o jednej, jedynej stronicy między okładkami. Za dotknięciem pojawiały się na niej kolejne karty tekstu.

Słynny cytat, wielokrotnie powtarzany przy różnych okazjach, we mnie rodzi jeszcze jedną refleksję – oto po upływie wieków wróciliśmy do idei tabliczki, pojedynczego arkusza, na który, po zmazaniu poprzedniej treści, można wielokrotnie nanosić kolejne słowa. Zmienił się sposób ich nanoszenia i przechowywania, ale koncepcja własnej tabliczki, z której można raz za razem czytać różne rzeczy, jest stara jak Sumer.

Drugą innowacją było pojawienie się audiobooków. Było do przewidzenia, odkąd tylko wynalazcy pokusili się o próbę zapisu ludzkiego głosu. Zresztą już wcześniej istniała książka mówiona, wymagała jednak obecności żywego lektora, który zajmował zebranych tekstem, najczęściej próbując w nich wywołać religijne uniesienia. Przypomnę tylko, że obecna w zakonach chrześcijańskich tradycja czytania Biblii czy żywotów świętych, na przykład w trakcie wspólnych posiłków, była obecna naprawdę długo.

Dziś nie musimy liczyć na usłużność mnicha, który będzie czytać, patrząc jednocześnie, jak jego współbracia pochłaniają bobrowe pluski i piwo (posiłek wybitnie postny!). Wystarczy, że włączymy aplikację, a możemy słuchać do woli książek w każdej sytuacji, nie tylko przy jedzeniu.

W wielości siła

Wybór formy to oczywiście sprawa indywidualna. Ja się długo nie mogłem przekonać do ebooków, chociaż po czasie doceniłem wygodę czytnika, kompaktowy rozmiar i ekran, który nie emituje światła niebieskiego (w przeciwieństwie do monitora czy telefonu). Jednak moim ostatnim odkryciem są audiobooki. Mówiona opowieść nabiera charakteru, jakbym siedział gdzieś przy ogniu i słuchał bajarki czy bajarza, a jednocześnie pozwala odpocząć oczom i uwalnia ręce. Tu oczywiście największym ryzykiem obarczony jest czynnik ludzki – nikomu nie życzę trafienia na źle nagraną lub (o zgrozo!) źle przeczytaną książkę.

Jako pisarz zaś powinienem uwzględniać wszystkie te formy. Przewidując, że być może zechcesz mojej książki wysłuchać, a być może ją przeczytać, pracowałem nad językiem w taki sposób, by treść zachowywała płynność zarówno podczas lektury, jak i w trakcie audytury. Na ile mi się to udało, przekonasz się niebawem.

Nieuchronnie zbliża się bowiem moment, w którym Esencja Bezkresu ujrzy światło dzienne. Dostępna w formie ebooka oraz audiobooka, z możliwością zamówienia drukowanego egzemplarza. Z pewnością znajdziesz odpowiednią formę dla siebie.

Jeśli podoba Ci się to, co robię, możesz rzucić we mnie groszem, klikając zielony przycisk poniżej. Zebrane środki przeznaczę na nieodzowną przy pisaniu kawę oraz na własny rozwój i utrzymanie tej strony. Z góry Ci dziękuję!

Postaw mi kawę na buycoffee.to