Czasami mam wrażenie, że moje życie jest tak naprawdę marną opowieścią, pisaną przez jakiegoś niewydarzonego grafomana. Zupełnie jak dziś rano, gdy bez ostrzeżenia przeskoczył z horroru wypełniającego treść nocnego koszmaru do beznadziejnego realizmu pochmurnego poranka. Myję się i ubieram, ciągle mając pod powiekami powidoki nocnej mary, mieszające się teraz z aromatem kawy wypełniającym moją ciasną kawalerkę.
Halo, autorze! Słyszysz mnie? Wiem, że nie zasługuję na wiele, zgodzę się nawet na koszmary i klaustrofobiczny metraż mieszkania, ale może przynajmniej pogodę byś poprawił, co? Dlaczego to wszystko dzieje się w Polsce? Dlaczego to nie może być historia osadzona w realiach, bo ja wiem, Sycylii? Albo Karaibów? W każdym razie gdzieś, gdzie jest cieplej niż w Krakowie w październiku.
Kawa, po którą zbyt zachłannie sięgam, parzy mnie w język. Cholera! Odstawiam kubek i machinalnie patrzę na okno. Chmury przedświtu rzedną powoli, odsłaniając jasny błękit nieba. Termometr za szybą nadal wskazuje tylko kilka kresek powyżej zera, ale jak człowiek widzi słońce nad głową, to od razu lepiej się żyje. I nawet poparzony język przestaje piec. Dzięki, autorze!
Powiedz, kim ty właściwie jesteś? Mężczyzną? Kobietą? Kimś jeszcze innym? Nastolatką piszącą opowiadania na WattPadzie? A może poważnym publicystą, który traktuje mnie jak kogoś, na kim może ćwiczyć swoją retorykę? Mam nadzieję, że jednak jesteś nastolatką, a świat wokół mnie to sceneria do całkiem przyzwoitego romansu. Chętnie zagrałbym główną rolę w romansie, nawet takim na granicy pornografii. Podobno takie ostatnio najlepiej się sprzedają. Nie ukrywam, że samotność trochę mi doskwiera. I nie, to że tyram po dwanaście godzin dziennie, nie sprawia, że zapominam. Po prostu jestem samotny i zmęczony jednocześnie.
Dzisiaj znów mnie to czeka – kilka obrzydliwie nudnych spotkań, które spokojnie mogłyby być mailem, jeżdżenie po całym mieście, a potem siedzenie nad raportami do wieczora. Przynajmniej wciąż jeszcze jest jasno, gdy wychodzę z domu. Za miesiąc dzienne światło będę oglądać tylko w krótkich przerwach pomiędzy odwiedzinami u kolejnych klientów. Bez sensu to wszystko.
Przyjmę założenie, że jesteś młodą kobietą – może chętniej się nade mną zlitujesz i to jednak będzie romans? Tak będzie mi łatwiej. Przynajmniej przekraczając tę niewidzialną czwartą ścianę, będę miał wrażenie, że spotykam się z jakąś kobietą. A jeśli jesteś mężczyzną, pisarzem – czy możesz poudawać kobietę, tylko dla mnie? W końcu pisarze to zawodowi kłamcy, tym się zajmujecie. Skoro już bawisz się w Boga, tworząc mnie dla swojej rozrywki, to daj mi przynajmniej możliwość pofantazjować. Wiem, że i tak nie odpowiesz, nie jesteś Masłowską, żeby zatrudnić się na napisanym przez siebie komisariacie. Skąd wiem, że nią nie jesteś? Wystarczy spojrzeć za okno – stężenie absurdu nawet nie zbliżyło się do krytycznego poziomu. Jest tylko świat. Zwykły, jak co dzień. Rudziejące liście klonów, przykrywające butwiejącym dywanem alejki i psie gówna na trawnikach. Sterty śmieci, wysypujące się z pomalowanych niegdyś zieloną, dziś kompletnie obłażącą farbą koszy. Szum samochodów, klekot tramwajów. Smród spalin, z przebijającą się nutą ekogroszku – nieodłączny znak, że nadchodzi zima. Tylko to pogodne niebo ci się udało. Nie spierdol chociaż tego.
Dobra, biegnę do pracy, samo się nie zrobi. Tylko dopiję kawę, już wystygła, a każda ilość kofeiny się przyda po tej jeździe bez trzymanki, którą mi zafundowałaś w nocy. Szczerze mówiąc, myśląc o relacji z kobietą inaczej zdefiniowałbym nocną jazdę bez trzymanki. Ten ciąg koszmarów, to budzenie się co godzinę-półtorej w zlanej od potu pościeli, ciągle napięte mięśnie skutkujące teraz bólem karku – to zdecydowanie nie moje klimaty. W zakresie przeżyć nocnych, jestem, by tak rzec, nudny do szpiku kości. Lubię, jak jest miękko, delikatnie i zabawnie, najlepiej w ciepłym półmroku świec. W świetle żywego ognia każde ciało wydaje się bardziej żywe, bardziej pociągające. Dlatego mam prośbę na przyszłość, autorko – oszczędź mi koszmarów, ja naprawdę muszę się wysypiać. Amen.
Zapowiada się kolejny nudny dzień i faktycznie to jest kolejny nudny dzień. Zastanawiam się w ogóle, kto by chciał czytać takie nudy? Myślisz, że z codziennego zapierdolu takiego korposzczura jak ja wykujesz kolejną metaforę na miarę Rejsu? Albo przynajmniej Dnia Świra? Nie sądzę. Co wolno wojewodzie…
Przynajmniej ostatnie spotkanie mam dość daleko, nie będę musiał po nim wracać do biura, może z tej okazji skoczę wieczorem na piwo? Chętnie napiłbym się piwa. Nawet w samotności. Bo oczywiście, jeśli powiem, że chcę piwo, nie napiszesz go w mojej lodówce? Gdy zaglądałem do niej rano, w środku nie było ani jednej puszki i obawiam się, że kiedy otworzę ją wieczorem, wciąż pozostanie pozbawiona złotego trunku. A szkoda. Tak byłoby łatwiej, a o ile taniej!
Muszę chyba wymienić filtr w nawiewie, prawie nie słyszę radia. Wentylator zagłusza mi właśnie dyskusję z jakimś astrofizykiem, postulującym, że nasz świat to z dużą dozą prawdopodobieństwa symulacja. Ha! Czy to twoja sprawka? Napisałaś cały świat? Czy może tylko wycięłaś z tej symulacji kawałek, po którym się poruszam? Gdzie jest granica mojego horyzontu zdarzeń? W Zielonkach? W Warszawie? Na Malediwach? Wolałbym, żeby była na Malediwach, bez Warszawy mogę żyć, ale byłoby mi smutno, gdyby Malediwy okazały się jedynie projekcją w moim umyśle.
Oho, pod domem jest wolne miejsce parkingowe. Prawdziwy biały kruk w mieście, w którym każdy chciałby jeździć samochodem. Tylko trzymać ich nie ma gdzie. Ktoś kiedyś powiedział, że zamożny kraj to taki, w którym bogaci jeżdżą komunikacją miejską, a biedny – w którym każdy ma byle gruchot, uznając go za oznakę dobrobytu. Trochę nam zatem brakuje do prawdziwej zamożności, chociaż jeśli by posłuchać rządzących, powinniśmy żyć w europejskim El Dorado. Przyznaj się, autorko, to twoja nieścisłość? Czy może lubujesz się w gnębieniu swoich postaci? Nie, nie mów, znam odpowiedź. Poznaję ją po bólu kręgosłupa i odrętwieniu nóg, kiedy wchodzę po schodach na trzecie piętro bez windy.
Tak myślałem – piwo nie zjawiło się magicznie w mojej lodówce. Wciąż są w niej tylko pudełka z obiadami na kolejne dni, słoik starych ogórków, ser, który z żółtego właśnie stał się pleśniowym i napoczęta paczka pierogów. Nihil novi. Ser – do kosza. Pierogi do garnka. Zjem i chyba faktycznie przejdę się do pubu. A nuż będzie ktoś znajomy?
Duszne, zadymione wnętrze knajpy jest przyjemnie ciepłe w porównaniu do mokrego wieczornego chłodu powietrza. Podeszwy butów kleją się do parkietu, nasączonego kolejnymi warstwami rozlanego piwa. Przy barze kłębi się niewielki tłumek. W końcu udaje mi się dopchać do kontuaru, wziąć pintę mojego ulubionego ale. Rozglądam się za gazetą, ale wszystkie czasopisma już zabrali. Cóż, może będę spokojniejszy, ignorując to, co obecnie dzieje się na świecie. W ostatniej sali były onegdaj wyłożone komiksy, nimi się zajmę.
Ruszam przez lokal, wciskam się w kąt trzeciego pomieszczenia, gdzie znajduję ostatni wolny stolik. Sięgam po stary tom historyjek z Kaczorem Donaldem. Ha! Zadziwiające, jak ambitne były te opowieści – pamiętam je jak przez mgłę, ale gdy wracam do nich teraz, doceniam język połączony z cudowną disnejowską kreską. Nic dziwnego, że my, pokolenie lat dziewięćdziesiątych, wyrośliśmy na bandę dekadenckich cyników, wciąż zakochanych w kreskówkach z dzieciństwa.
Unoszę głowę znad kartki, sięgam po piwo i ponad krawędzią szklanki wiodę wzrokiem po sali. Nikogo znajomego. Zatrzymuję się na chwilę przy drobnej blondynce o krótko ściętych włosach. Również siedzi sama, pochylona nad laptopem. Białe refleksy monitora odbijają się w jej okrągłych okularach. Zacięcie stuka w klawisze, co jakiś czas poprawiając opadające na dłonie rękawy wełnianej tuniki, ni to swetra, ni to sukienki. W tym świetle wydaje się butelkowozielona, ale nie jestem pewien. Kolorów nigdy nie jestem pewien.
Cholera, prawie dławię się piwem, gdy dziewczyna unosi wzrok znad komputera i patrzy prosto na mnie. Czyżbym sprowokował ją zbyt długim spojrzeniem? A może przywołałem ją swoimi myślami? Nie, to niedorzeczne. Chociaż jeśli faktycznie jestem częścią twojej opowieści, muszę wystrzegać się słowa „niedorzeczny”. Piwo w mojej lodówce wprawdzie nie pojawiło się samoistnie, ale może inne zdarzenia są bardziej prawdopodobne?
Odstawiam kufel i patrzę, jak dziewczyna zamyka laptopa, wstaje, podnosi płaszcz przewieszony przez oparcie krzesła. Wychodzi. Nie, nie wychodzi. Zbliża się do mnie, lekko stukając twardymi obcasami wysokich, sznurowanych botków.
– Mogę się dosiąść? Widziałam, że na mnie patrzyłeś, a wydaje mi się, że na nikogo nie czekasz. Nie powinieneś pić w samotności – uśmiecha się. Kiwam przyzwalająco głową, bo i co mogę powiedzieć? Rano chciałem być częścią romansu, więc gdy dosiada się do mnie ładna dziewczyna, nie mogę odmówić. Zresztą chyba towarzystwo dobrze mi zrobi.
– Masz rację – mówi, przebijając się przez płynący z głośników Maanam. – Towarzystwo bardzo dobrze ci zrobi.
Głos więźnie mi w gardle. Biorę łyk piwa, czuję, jak lekko gazowany płyn rozluźnia krtań, przelewając się do żołądka. Patrzę na nią, widząc wyraźnie, że tunika jest bardziej szara niż zielona.
– Skąd wiesz?
– Skąd wiem co? – uśmiecha się jeszcze szerzej, wyciąga elektronicznego papierosa i otula się mgiełką o zapachu lodów waniliowych.
– No, skąd wiesz, co pomyślałem?
– Nie domyślasz się? – Wydmuchuje w moją stronę kółko z niby-dymu, ładne i bardzo równe. Jesteś autorką, myślę.
– Brawo, Sherlocku. Miałeś rację. Ta opowieść była z początku zbyt trywialna. Teraz możemy to zmienić. Tylko będziesz musiał mi pomóc.
Milczę chwilę i jednocześnie staram się nie myśleć, żeby nie zdradzić jej… nie zdradzić ci nic więcej. Ale nie jestem w stanie, obserwując, jak pomiędzy drobnymi palcami kręcisz młynka elektronicznym papierosem. Rozpraszasz mnie. Celowo?
– Naprawdę tak wyglądasz? Czy tylko tak się napisałaś?
– Czy to ma jakieś znaczenie? Wszak pisarze to notoryczni kłamcy. W pisaniu nie chodzi o prawdę, tylko o opowieść. O emocje, jakie ze sobą niesie. I oczywiście o samą przyjemność pisania.
Podciągasz za łokcie rękawy, które znów zdążyły ci opaść, zakrywając nadgarstki. Widzę, że dobrałaś kolor aksamitki noszonej na smukłej szyi do barwy oczu, ciemnoniebieskich, niemal granatowych. Rzadko widuje się granatowe oczy. Ale przecież w historii, której daleko do prawdy, wszystko jest możliwe.
– Potraktuję to jako komplement – mówisz, biorąc kolejnego bucha.
– Czy mogłabyś, do cholery, przestać czytać mi w myślach? – mówię cicho, niemal całkowicie zagłuszony przez gwar otoczenia.
– Nie mogę – masz ładne wargi, gdy się tak uśmiechasz. Przypominasz modelki Alfonsa Muchy, dziewczyny z plakatów sprzed stu lat. – Widzisz, większość z twoich myśli i tak piszę ja. Tworzę sobie samospełniający się romans. Bo wszak chciałeś, żeby to był romans, prawda? A porównanie do Muchy również potraktuję jako komplement.
– Czy ja nie mam żadnej autonomii? Jestem tylko rezultatem twojej wyobraźni?
– Jesteś wytworem mojej wyobraźni i właśnie dlatego masz autonomię. Wszak nie wszystko, co sobie wyobrażamy, mamy jednocześnie pod kontrolą. Ogromną rolę odgrywa tutaj podświadomość. Nie jestem jungistką, ale wiem, czuję, na jakiej zasadzie to działa. Jeśli napiszę cię w sposób, który w ogóle nie będzie ci odpowiadał, sprzeciwisz się i cały wątek się rozleci. Ale ten wątek chyba ci odpowiada, prawda?
Kiwam głową. Wybacz, ale nie stać mnie na nic więcej. Sięgam po szklankę z piwem, dopijam to, co zalega jeszcze na dnie.
– Wezmę ci następne, jeśli chcesz. To samo?
Przytakuję i dziękuję niemal bezgłośnie. Wstajesz od stolika, a gdy idziesz do baru, nie mogę oderwać wzroku od rozkołysu twoich bioder, ani od zgrabnych łydek, podkreślonych dodatkowo cholewami wysokich butów. To też potraktuj jako komplement. Przecież i tak go usłyszysz.
Gdy chwilę później stukamy się spoconymi od chłodnego ale szklankami, patrzysz mi głęboko w oczy. Znam ten przesąd, bodajże francuski, że podczas toastu trzeba patrzeć w oczy, szczególnie na randce. Inaczej z seksu nici. Czy my jesteśmy na randce, autorko?
– A czy chcesz, żeby to była randka? – Uśmiechasz się, a ja nie odpowiadam. W końcu to ty piszesz tę historię. Może pokierujesz mnie tam, gdzie sama będziesz chciała dotrzeć?
Pijemy, zanurzeni w dźwiękach muzyki z lat osiemdziesiątych i kłębach waniliowych oparów z twojego papierosa. Rozmowa nie klei się zbytnio, ale jak tu rozmawiać, skoro to ty piszesz moje myśli? Ta opowieść zaczęła się jako mój monolog, a teraz staje się twoim monologiem. Mówisz, że mam wolną wolę, a jednak każdą moją reakcję rozpoznasz z wyprzedzeniem, zanim nawet zdążę o niej pomyśleć.
– Nie do końca. Gdybyś zrobił coś niespodziewanego, ot, choćby oblał mnie piwem czy spadł z krzesła, zaskoczysz mnie.
Błyskawicznym ruchem nachylam się do ciebie. Przywieram wargami do twoich warg, słodkich, mdląco waniliowych, klejących się od gęstego piwa. Czuję, jak wstrzymujesz oddech w napięciu, a potem rozluźniasz się, wiotczejesz. Odpowiadasz własnym pocałunkiem, zanim nie odepchniesz mnie z powrotem na krzesło.
– O tym mówię – uśmiechasz się i odgarniasz włosy za ucho, jakbyś tym gestem chciała odwrócić moją uwagę od rumieńca wykwitającego na twoim policzku. – Nie przewidziałam, że możesz mnie pocałować tu i teraz, bez wstępów, bez pytania o zgodę. Zaskoczyłeś mnie.
– Poważnie? – Również się uśmiecham. – Ale chyba nie masz do mnie pretensji?
– Nie. Ostatecznie sama cię napisałam. Będę musiała przemyśleć twój profil psychologiczny w perspektywie całej fabuły, ale to dobrze. Praca nad tekstem to ciągłe przetwarzanie idei, która pojawia się na samym początku.
Znów milczymy dłuższą chwilę. Jesteś w połowie kufla, ja już zbliżam się do końca mojego piwa.
– Czy ty przypadkiem nie naoglądałaś się za dużo filmów Nolana, moja droga?
– Nie ma takiej kategorii, jak „za dużo filmów Nolana”. Lubię go, fakt, ale twoja historia i moja wizyta nie są wypaczeniem Incepcji. Przynajmniej nie wprost.
Milczysz chwilę. Dopijasz piwo i opuszczasz rękawy. Odwracasz przy tym ręce i widzę niewielkie słońce i księżyc wytatuowane na twoim lewym nadgarstku. Chowasz e-papierosa do torby z laptopem.
– W ogóle wydaje mi się, że my wszyscy, wszyscy ludzie istniejemy głównie w opowieściach. Wciąż powtarzamy te same historie, te same motywy. Cała oryginalność leży w ich przetworzeniach, ale główny rdzeń pozostaje niezmienny. Jednocześnie gdybyśmy przestali je opowiadać, przestalibyśmy istnieć jako ludzie. Nie uważasz?
– Nigdy nie zastanawiałem się nad tym. Wiesz, mało mam czasu na filozofowanie, jestem zajęty głównie przekładaniem papierów z biurka na biurko. Ale jeśli chcesz, możemy omówić ten temat dogłębnie gdzieś, gdzie jest ciszej… – waham się, nie chcąc proponować mojego mieszkania. Nie posprzątałem od kilku dni, nie mam nic do jedzenia, gdyby naszła cię ochota na kolację, a szyba od kabiny prysznicowej jest pęknięta.
– Przecież nic się nie dzieje – mówisz z uśmiechem, znów czytając mi w myślach. – Nie jestem bardzo wymagająca. Możemy zamówić pizzę, a kawałek od domu masz sklep monopolowy, w którym mają moje ulubione różane wino. To co, idziemy?
Idziemy. Podaję ci płaszcz, długi jasny trencz, który zapinasz ciasno i niedbale związujesz paskiem. Sam wkładam kurtkę z zielonego zamszu i wełnianą czapkę. Nienawidzę marznąć. Ruszamy przez nocne miasto. Mimo że jest środek tygodnia, na ulicy kłębią się tłumy turystów, studentów i innych nocnych stworzeń. Skręcamy w ciemne i ciche Planty, kierując się w stronę sklepu z winem różanym. W ogóle nie miałem pojęcia, że można w Krakowie kupić różane wino. Ty o tym wiesz. Ale przecież to twoja opowieść i tego wina jeszcze wczoraj mogło tam nie być, a dziś już jest, żebyś tylko mogła je kupić. Ciekawe czy jutro także tam będzie, czy je anihilujesz?
Wyciągasz z kieszeni szczupłą dłoń i przeplatasz palce z moimi palcami. Twoja skóra jest lodowato zimna. Ogrzej się o mnie, jestem chyba cieplej ubrany, palce jeszcze mi nie zgrabiały. Zwolnijmy kroku. Pozwól mi cieszyć się tą chwilą nocnego spaceru. Właśnie gęstnieje mgła i nie jestem pewien, czy wciąż znajdujemy się w twojej opowieści, czy może trafiliśmy prosto do obrazu Wyspiańskiego? Chyba jednak nie, za czasów Wyspiańskiego tramwaje nie były tak jasno oświetlone jak ten, który właśnie nas minął, hałaśliwie tłukąc się na torach prowadzących w stronę Wawelu.
Mgła otula nas, a mnie wydaje się, że ona też pachnie słodyczą wanilii. Opar izoluje. W bezwietrzną noc robi się nieco cieplej, choć mam wrażenie, że brniemy przez mleko. Na szczęście znam drogę na pamięć, a ty… Ty w każdej chwili możesz ją stworzyć od nowa. To chyba tak działa, prawda?
– Strasznie dużo myślisz – szepczesz gdzieś poniżej mojego lewego ucha. – Nie chciałeś kiedyś iść na terapię?
– Myślałem o tym, ale teraz nie mam na nią czasu. Zbyt dużo pracuję.
– Przemyśl to. Własne zdrowie powinno być dla ciebie cenniejsze niż praca. Szkoda by było, gdyby…
Nie kończysz. Ale wiem, czego byłoby szkoda. Nie martw się o mnie. Nawał myśli to dla mnie stan fizjologiczny. Nie popadnę w depresję. Może w lekką postać nerwicy, ale raczej nie w depresję. A dzięki temu, że pracuję po dwanaście godzin, mam odłożone wystarczająco dużo, aby nie musieć czekać na państwową wizytę u psychiatry. Poradzę sobie.
Uśmiechasz się. Lekkim ruchem dłoni, wciąż przeplecionej przez moje palce, osadzasz mnie w miejscu, obracasz, przyciągasz do siebie. O pół głowy niższa ode mnie, musisz wspiąć się na palce, żeby dosięgnąć wargami moich ust. Przytrzymuję cię w talii, przyciskając do piersi, abyś nie straciła równowagi w trakcie ciepłego waniliowego pocałunku.
– Zaczyna padać – mruczysz, odgarniając z mojego czoła kosmyk ciemnych włosów. – Musiałam się upewnić, że nie jesteś z cukru.
– I co, jestem?
– Nie jesteś. Ale to dobrze. Różane wino jest bardzo słodkie. Taką słodycz należy przełamywać szczyptą soli.
– Powiedz – szepczę, patrząc w granatowe oczy i nurzając się w zapachu twoich włosów, – dlaczego mnie napisałaś? Dla przyjemności? Z nudów? Czy moje życie stanowi szkic jakiejś powieści, którą zamówił u ciebie niecierpliwy wydawca?
– Napisałam cię z tęsknoty. Napisałam cię z samotności. Napisałam cię, żebym sama mogła istnieć bardziej, żyć mocniej, a nie tylko egzystować od weekendu do weekendu. Gdy piszę, gdy podtrzymuję tę odwieczną opowieść ludzkości, wiem, że jestem częścią czegoś większego, że ty zostaniesz i będziesz o mnie pamiętał, nawet gdyby mnie zabrakło.
Nie odzywam się. Tulę twoją głowę do miękkiego zamszu kurtki, pozwalam ci słuchać bicia mojego serca. Dla mnie jesteś Boginią, Stworzycielką, której dziś mam okazję złożyć się w ofierze, wraz z różanym winem i waniliowym dymem z e-papierosa. Klarowność tej myśli przeszywa mój kręgosłup dreszczem, ale wiem, że jest prawdziwa. Nie istniałbym, gdybyś nie powołała mnie do życia w przypływie własnej samotności, samotności, którą tak dobrze znam z własnego, bo zapożyczonego od ciebie, doświadczenia. Podtrzymujesz mnie w istnieniu, a ja nadaję sens twojemu życiu, gdzieś tam, daleko, w metaprzestrzeni ponad klawiaturą twojego laptopa lub kościaną bielą kartek moleskine’a.
– Chodźmy. Robi się zimno – odsuwasz się ode mnie, ale nie wypuszczasz mojej dłoni aż do momentu, w którym dojdziemy do sklepu.
Zanurzeni w przepalonym blasku świetlówek odnajdujemy różane wino. Sięgam po nie, stoi za wysoko dla ciebie. Płacę, odwdzięczając ci się za tamto piwo i ruszamy do domu.
Twoje obcasy stukają na drewnianych schodach kamienicy, sześćdziesięciu siedmiu prowadzących na trzecie piętro. Przekręcam klucz w zamku, drzwi uchylają się z cichym jęknięciem. Zapalam światło – tylko jedną lampę, żeby nie niszczyć nabudowanej przez ciemność nocy intymności. Odbieram od ciebie płaszcz, zdejmuję kurtę i odwracam się do kuchni w poszukiwaniu korkociągu.
Kątem oka widzę, jak opadasz na wciąż rozłożoną kanapę, przykrytą wymiętą pościelą. Nie zwykłem rano ścielić łóżka, to zbędna strata czasu, a nie przewidziałem, że dzisiejszego wieczoru nie będę spędzać sam. Rozlewam wino do ostatnich dwóch ocalałych kieliszków spośród kompletu, wytłuczonego podczas licznych przeprowadzek. Z naczyniami w dłoniach zbliżam się do ciebie i milknę, dostrzegając klamry pasa do pończoch, na obnażonych spod swetra udach. Celowo się ze mną drażnisz? Chcesz, żebym rozlał to wino?
– Tak. I nie. Szkoda wina – śmiejesz się, a światło pojedynczej żarówki tańczy kankana w twoich ciemnoniebieskich oczach. Odbierasz ode mnie kieliszek i znów patrząc mi głęboko w oczy upijasz łyk. Odpowiadam toastem.
– Twoje zdrowie, autorko. Żeby udało ci się zamknąć tę opowieść inaczej niż końcem świata.
– Twoje zdrowie, cny bohaterze. Obyś doczekał się szczęśliwego zakończenia.
Nie liczę na szczęśliwe zakończenie, myślę, a ty i tak o tym wiesz. Szczęśliwe zakończenia są przereklamowane, kiczowate i w ogóle passé. Siadam obok ciebie, a fala bijącego od twojej skóry ciepła odbiera mi władzę. Przejmij inicjatywę, proszę. Przełam mój wstyd. I wybacz mi – już od tak dawna z nikim nie byłem.
Nie mogę oderwać od ciebie oczu, gdy stajesz nade mną. Odstawiasz kieliszki na podłogę i wciąż uśmiechając się kojąco powoli unosisz krawędź swetra, ponownie odsłaniając koronkowe krawędzie pończoch, lśniące złotem klamerki pasa. Czarny ażurowy ornament otacza twoje biodra jak barokowa rama wokół dzieła sztuki. A ty w końcu jesteś dziełem sztuki. Nad biodrami, nieledwie odsłaniając pępek, zwiesza się kurtyna jedwabnej koszulki, kryjąca inny spektakl. Przełykam ślinę i sięgam do paska od spodni, ale powstrzymujesz mnie karcącym uderzeniem po rękach. Rozumiem, wszak sam chciałem, abyś przejęła inicjatywę.
Naprawdę powinnaś pisać erotyki. Jesteś prawdziwa magistra artis amandi, co ja mówię: magistra! Doctrix wręcz! Kolejne fale gorąca bijącego od ciebie przelewają się przez całe moje ciało, gdy patrzę, jak odsłaniasz kolejne fragmenty skóry, aż w końcu zostaniesz tylko w pończochach i butach. Wiedziałaś, że lubię długie buty, czy to ślepy strzał?
Ja sam już nie mam pojęcia, co wiem, a czego nie wiem. Podniecenie wdziera się do mózgu, odbiera jasność myślenia. Dotyk twych zimnych palców na mojej skórze, gdy pomagasz mi się rozebrać, jest jak elektryczny szok, paraliżuje i pobudza jednocześnie. W końcu przestaję myśleć. Zdaję się na instynkt, zlewając się z ciepłem twojego ciała, aż do zatarcia się granicy między nami. Daję ci się prowadzić. Aż do końca.
Leżymy wtuleni w siebie, w rozgrzebanej pościeli. Na własnych udach czuję stalowy chłód klamerek twoich butów.
– Czy to sen? Czy napisałaś tę scenę jako sen, który mi się przyśnił, gdy padłem zmęczony po kilku piwach, a rano z bólem głowy będę musiał powlec się do pracy i znów przekładać papiery z biurka na biurko, spotykać się z klientami i znosić stek bzdurnych uwag do raportu, którego dzisiaj nie dokończyłem?
Zamykasz mi usta pocałunkiem, a gdy odrywasz usta od moich ust, kręcisz głową. Unosisz się nade mną na wyprostowanych rękach, delikatnie muskasz wargami mój obojczyk i zarośnięte drobnymi włoskami piersi. Układasz głowę na żebrach. Patrzę, jak twoje blond włosy unoszą się i opadają z każdym moim oddechem.
– To nie sen – mówisz w końcu, – tylko zdarzenie wymykające się logice tekstu. Ale takie rzeczy przecież zdarzają się w literaturze.
– Zostań ze mną, proszę.
– Nie mogę. Niedługo cię opuszczę.
– Na zawsze? – Pytam, choć znam odpowiedź. Milczysz.
– Idzie zima – szepczesz ledwo słyszalnie. – Noce są teraz długie. Nie marnujmy ani chwili.
– Chcesz…
– Na początek, chciałabym dopić wino. A potem zobaczymy – masz naprawdę piękny uśmiech. Przetaczasz się na bok, siadasz i sięgasz po kieliszek. – Zostało mi jeszcze trochę miejsca do końca rozdziału.
Dobrze, pomogę ci zapełnić tę carte blanche, jak tylko umiem najlepiej. A wino… wino faktycznie jest mdląco słodkie i doskonale zlewa się ze słonym posmakiem twojego potu.
– Obiecuję już nigdy nie narzekać na pogodę, Bogini – marszczę nos w cynicznym grymasie.
– A narzekaj sobie – rozsznurowujesz drobnymi palcami długie buty i zzuwasz je, odsłaniając okryte pończochami zgrabne łydki. – W końcu masz wolną wolę.