Skuwający rzekę lód uginał się pod jej stopami, gdy wychodziła na środek nurtu, wlokąc za sobą brudną krawędź długiej, wyszywanej czarnym kordonkiem sukni. Z trudem łapała równowagę. Stopy w trzewikach z koźlej skóry traciły oparcie na zamarzniętej tafli, powleczonej cieniutką warstewką wody.
W końcu upadła, uderzając kolanami o szklistą powierzchnię. Wianek z piołunu odtoczył się w bok, ciągnąc za sobą rozburzone włosy o barwie mokrego popiołu. Westchnęła, z sykiem wypuszczając powietrze wraz z obłoczkiem pary i przysiadła na piętach, wsparta zsiniałymi dłońmi o taflę zlodzonej rzeki.
Mokry len oblepiał jej nogi, pokrywając się szronem wokół kolan. Wiatr wdzierał się do oczu i nosa, wyciskając szybko stygnące na policzkach łzy. Pochyliła głowę. Popielate kosmyki dosięgły lodu, omiatając go z resztek śniegu jak brzozowa miotła w sprawnych dłoniach gospodyni. W czystej tafli Marzanna dostrzegła własne oblicze.
Wciąż wydawała się sobie młoda i piękna, o oczach wypełnionych pradawnym żarem pożądliwości, zarumienionych policzkach i ogromnej pewności siebie wymalowanej na malinowych wargach, lekko rozchylonych, jak u dzierlatki.
Przejechała językiem po zębach, odbicie zrobiło to samo. Przekrzywiła głowę i znów twarz w tafli lodu przechyliła swoją. Przetarła dłonią roziskrzoną w słońcu krę. Odbicie również. Jednak gdy Marzanna uniosła rękę, dłoń drugiej postaci została w miejscu. Niewieścia twarz pod lodem odwróciła się lekko, oczy zabłysły, a wargi uniosły się w lekkim uśmiechu.
Marzanna poderwała się, ale znów upadła, tym razem w tył. Odepchnęła się nogami i rękami, odsuwając się od postaci pod lustrem lodu.
Trzask! Rzeka przełamała opór mrozu. Długie pęknięcia rozeszły się od miejsca, w którym upadła Marzanna. Trzask! Spomiędzy kawałów kry w niebo wystrzeliła mlecznobiała dłoń, niemal przeźroczysta w ostrym świetle słońca, na podobieństwo wypolerowanego rogu.
Marzanna przestała się cofać. Zmrużyła oczy, by lepiej widzieć tę, którą naiwnie wzięła za własne oblicze odbite w lodzie.
– Roztopy się zaczęły, siostro – Dziewanna wzięła głęboki wdech. Ociekająca wodą suknia, klejąca się do kształtnego ciała, zalśniła setkami niewielkich lodowych kryształków tworzących się między splotami lnu. – Co ty tu jeszcze robisz?
Marzanna nie odpowiedziała. Zacisnęła tylko pięści, a lód wokół niej stężał nieco.
– Zasiedziałaś się. Już Równonoc za pasem.
– Zatem to ty przychodzisz za wcześnie! Daj mi jeszcze tych kilka dni – syknęła przez zaciśnięte zęby.
Dziewanna pokręciła głową, rozrzucając jasne jak gryka włosy, przykryte wieńcem z polnych maków. Uśmiechnęła się, jakby dostrzegła skrytą w zaroślach zwierzynę, wystawioną na strzał, i gwizdnęła przeciągle.
Gdzieś z brzegu odpowiedziało jej wycie. Wataha wilków wyłoniła się zza zakola rzeki i ruszyła w dół. Idąca na czele wadera zawahała się chwilę, ale wskoczyła na lód. Pozostałe szły za nią, pozwalając wilczycy wybierać drogę po coraz szerzej rozsuwających się płytach kry. Gdy się zbliżyły, Marzanna dostrzegła, że zamykający stado basior niesie w pysku tlącą się głownię.
Wilki otoczyły Dziewannę, jakby były sforą domowych psów witających swoją panią po długiej nieobecności. Starsze przysiadły na zadach, a młodsze łasiły się u jej nóg, ocierając się o kolana i trącając pyskami podbrzusze bogini.
Gwizdnęła po raz wtóry. Stary samiec zbliżył się do niej i wypluł na wyciągniętą dłoń Dziewanny wciąż żarzącą się żagiew. Dziewanna drugą ręką podrapała wilka za uchem i jęła rozdmuchiwać żar, aż szczapa zapłonęła żywym ogniem.
– Daj mi jeszcze tych kilka dni! – Marzanna podniosła się na kolana i klęczała teraz na popękanym lodzie, skrzypiącym i kołyszącym się przy każdym jej ruchu.
– Nie. – Dziewanna nie uniosła głosu, ale cisnęła łuczywem, podpalając suknię Marzanny.
Bogini zimy nie krzyczała. Nie zwracała uwagi na ból, gdy ogień ogarnął jej włosy i wypalał olbrzymie dziury w materiale, odsłaniając osmalone ciało. Jednak cierniem w sercu utkwiła jej porażka i upokorzenie. Dziewanna znęcała się nad nią. Jakby uznała, że zima nie jest nikomu potrzebna.
Marzanna patrzyła przez kłęby dymu, jak jej siostra przeskakuje na inny kawał kry, jak podnosi z lodu wianek z piołunu i jak zbliża się z nim z powrotem do żywej pochodni, którą teraz się stała.
Dziewanna pochyliła się nad nią i upuściła wyschnięty wieniec na nadpalone włosy Marzanny.
– Królowo… – skłoniła się przy tym dwornie, zbyt dwornie i zbyt szyderczo. – Do zobaczenia za pół roku!
Zeszła na brzeg, a wataha wilków podążyła za nią. Tymczasem płomienie zdążyły już nadwątlić lód pod kolanami Marzanny. Zapadła się w ciemną toń, ciężka jak kamień młyński, wciąż spalając się niegasnącym ogniem wiosny. „Nienawidzę globalnego ocieplenia”, pomyślała jeszcze, zanim rozpadła się w wyrajski niebyt.

Jeśli chcesz pomóc walczącej Ukrainie, skontaktuj się z Lorną Niżyną. Możesz wesprzeć działania współprowadzonej przez nią fundacji wpłacając pieniądze lub angażując się w fizyczną pomoc. Wraz z przyjaciółmi prowadzi zbiórkę osobistego wyposażenia dla żołnierzy Sił Zbrojnych Ukrainy.

Fundacja Widowisk Masowych
33-333 Ptaszkowa
Ptaszkowa 633
NIP: 7343530043
KRS: 0000523906
Regon: 360003241
Nr kont w BGZBNP Bank:
PL40 2030 0045 1110 0000 0413 8860 (złoty)
PL13 1600 1462 1022 7492 6000 0002 (EURO)
PL83 1600 1462 1022 7492 6000 0003 (USD)
S.W.I.F.T.: PPABPLPKXXX
fundacjawidmas@gmail.com