Szabla zakreśliła w powietrzu krótki łuk i sięgnęła celu. Kapuściany głąb, rozcięty skośnie na dwie nierówne części, zsunął się z wbitego w ziemię palika i z mokrym plaśnięciem upadł w trawę. Krzywa klinga mignęła w młyńcu i zawisła przed oczami drobnej, rudowłosej dziewczyny. Odziana jedynie w przesiąkniętą potem lnianą koszulę, rozsznurowaną aż do połowy mostka, i bure, niegdyś zapewne czerwone szarawary, Halszka Pluto wyrównała oddech. Opuściła broń i rozmasowała nadgarstek.

– Nie to miałam na myśli, każąc ci posiekać kapustę – rozległ się ciemny jak spadziowy miód kobiecy głos ponad ramieniem dziewczyny.

– Cioteczko, wie cioteczka, że muszę się wprawiać! – Prychnęła Halszka. – Kapusta nie zając, zdążę uporać się z nią przed południem.

– Musisz się wprawiać, liszko, to prawda – przytaknęła kobieta, – ale przede wszystkim masz robić to, czego się od ciebie wymaga. Jeśli mówię, że potrzebna mi kapusta, to nie bierz kapuścianego głąba za wraży czerep i nie siecz go szablą, jak człek niespełna rozumu. Szkoda tak kapusty, jak i szabli. Pozbieraj ją teraz z trawy i wracaj do chaty. Zaraz przyniesiesz wody ze studni, wypłuczesz piasek spomiędzy liści i wszystko posiekasz. Nożem, nie szablą. W nożu też winnaś się sprawiać, dziewczyno.

Halszka pokiwała głową. Wytarła zakrzywiony brzeszczot o krawędź koszuli i schowała szablę do leżącej nieopodal prostej pochwy. Z bronią pod pachą, pozbierała rozrąbane kapuściane głąby i z pełnym naręczem posieczonych główek ruszyła przez majdan, do jednoizbowej chałupy, uginającej się już pod ciężarem lat.

Wchodząc do ciemnej, pachnącej ziołami i dymem izby, Halszka mogła sobie dokładnie wyobrazić dalszy bieg wypadków. Najpierw umyje i posieka kapustę. Wspólnie z cioteczką Sławą nastawią cały gar parzybrody, którą będą się żywić przez kilka dni. Później zaczną się schodzić dziewczęta i baby ze wsi, żeby im pomóc. Wonczas cioteczka Sława każe jej zamiatać albo mieszać w kotle, a sama zajmie się udzielaniem porad, leczeniem czy przygotowywaniem odwarów, i tak aż do zachodu słońca albo jeszcze dłużej. Po wszystkim zapędzi Halszkę do spania, żeby rano zbudzić ją przed pianiem kura i zagnać do roboty.

Dziewczyna nie miała do cioteczki Sławy żadnych pretensji. Wiedźma uratowała ją przed rokiem, ukryła, chowała jak własną córkę. Ale jednak nie była jej matką. Cioteczka Sława żadną miarą nie przypominała Sołomyi Pluto, de domo Chylińskiej, zmarłej, gdy Halszka miała siedem lat. Tym bardziej nie przywodziła na myśl ojca Halszki, Włodzimierza, pana na Uhercach. Jednak dziś już Halszka nie miała nikogo innego, prócz cioteczki Sławy. Nawet stary Jurko Woszczenko zginął był, gdy jej udało się uciec tamtej pamiętnej nocy, gnając co koń wyskoczy.

Westchnęła ciężko, rzucając kapustę na stół. Odwiesiła szablę, zahaczając brajcarek o wystający ze ściany sęk, podwinęła rękawy za dużej koszuli i wziąwszy wiadro, znów wyszła z izby w ciepłe wrześniowe przedpołudnie. Znów przecięła majdan, tym razem kierując się do niewielkiej ocembrowanej studni z żurawiem o długim na kilka sążni ramieniu. Wypuściła puste wiadro na pokrywający podwórzec złotawy piach i nachyliła się nad studnią.

Ciemny okrąg wody, kilka łokci poniżej stóp Halszki, odbijał błękit nieba, białą plamę słońca i twarz dziewczyny przewieszonej przez cembrowinę. Krzywda długo patrzyła na swoje oblicze, na rozczochrane rudawe włosy, splecione w niedbałą kosę, na wąską niby u liszki twarz, zbyt poważną jak na trzynastoletnią pannicę.

– I co tak wisisz na cembrowinie? Zamiast się gapić w wodę i czekać, aż cię dydko porwie, zrób, com ci powiedziała. Naprawdę nie mamy dzisiaj całego dnia na zmarnowanie dla jaśnie panienki – cioteczka Sława zbliżyła się i zdzieliła osłoniętą burymi szarawarami rzyć Halszki mokrą szmatą. Nie za mocno, ale znacząco. Zaskoczona dziewczyna zachwiała się nieznacznie, złapała równowagę, silnie odpychając się od cembrowiny i odwróciła do czarownicy.

– Nie bijcie, cioteczko – mruknęła zrezygnowana. – Już robię.

– Mam nadzieję – fuknęła wiedźma. – Jak słoneczko przejdzie południe, chcę widzieć nad paleniskiem gar kapuśniaku.

Gdy cioteczka Sława odeszła za chałupę, Halszka splunęła na majdan – brzydko, zupełnie nie po pańsku, w geście, którego nauczyła się kiedyś od kozaków ojca. Otarła krawędzią koszuli pot z czoła, zostawiając na już i tak niezbyt czystym płótnie bure ślady, po czym uwiesiła się na czerpaku żurawia, spuszczając go w głąb studni.

Napełnione wiadro było ciężkie, ale przywykła już dawno do targania wody. Od noszenia wiader zaczęła się jej służba u czarownicy, służba, którą obiecała odpłacić cioteczce Sławie za ochronę, wikt i opierunek. A także za wiedzę, którą cioteczka Sława dzieliła się niechętnie w jednych dziedzinach, a bardzo szczodrze w innych.

Niezwykle mało Halszka dowiedziała się o Zaświatach i śmierci – wiedźma z rzadka poruszała ten temat, a pytania o rozsieczonych w trakcie zajazdu mieszkańców Plutowego dworu zbywała półsłówkami. Sporo jednak panna Halszka dowiedziała się o leczeniu, opatrywaniu ran i sprawach kobiecej anatomii. Kilka razy nawet asystowała przy porodzie, a czasem samodzielnie ucierała proste maści na ból miesięczny. Wiedźma chętnie opowiadała też Halszce o świecie. W młodości pono dużo podróżowała, była kilkukrotnie we Lwowie, a raz to nawet w Krakowie, bywała i w Przemyślu, i w Drohobyczu, i w Stryju. I podobno płynęła Dnieprem, ale utrzymywała, że to jeszcze za króla Stefana. Halszka, która trochę z historią była obyta, przeliczyła, że musiałoby to być ponad pięćdziesiąt lat wstecz, więc nie do końca dowierzała wiedźmie w tej kwestii.

Wszak cioteczka Sława nie wyglądała na stetryczałą babkę, tylko na żonę w sile wieku, żinku naczebto wyno, jakby zapewne powiedział stary Jurko. Nie mogła mieć więcej niż czterdzieści wiosen, a gdyby nie kłamała, musiałaby oglądać ich co najmniej sześćdziesiąt. Halszka obserwowała ją teraz przez otwarte drzwi chaty, jak krzątała się po podwórzu, karmiąc smoliście czarne kury i wieszając wyprane rano bandaże. Niska, przysadzista, o silnych ramionach okrytych bogato haftowanymi rękawami białej koszuli, uwijała się przy robocie jak pszczoła, aż furczała krawędź przykrywającego jej biodra fartucha. Halszka w blasku południa dostrzegała wprawdzie siwe pasma w kruczoczarnych rozpuszczonych włosach czarownicy, ale były one jedyną oznaką nadchodzącej starości. Dziewczyna pokręciła głową z powątpiewaniem i wróciła do siekania kapusty.

Słońce przechodziło właśnie zenit, gdy ostatnie liście poszatkowanej kapusty wylądowały w kotle. Gdy po chwili gotowania skurczyły się, Halszka wrzuciła do sagana kilka posiekanych cebul, pokrojoną w talary ciemną marchew, garść jagód jałowca i kilka liści wawrzynu. Zamieszała w garze warząchwią i wytarła przesiąknięte wonią warzyw dłonie w koszulę, pozostawiając na niej kilka dodatkowych plam.

Wiedźma weszła do chaty, pociągnęła nosem i uśmiechnęła się zadowolona. Zajrzała do pieca, pogrzebała chwilę ożogiem w palenisku, a następnie przesunęła sagan w miejsce, które wydało jej się najlepsze.

– Czy wiesz, liszko, jaki dziś dzień? – Szepnęła niewiele głośniej od szumiącego w palenisku ognia. – Patrzyłaś na wschód słońca?

– Nie wiem, cioteczko – Halszka skończyła sprzątać na ławie, przy której siekała kapustę i przygotowała zielarce miejsce do pracy.

– Dziś równonoc, Heleno – wiedźma pierwszy raz zwróciła się do niej pełnym imieniem. Krzywda zamarła w trakcie wykonywanej czynności, odwróciła się powoli i spojrzała w bezdenne studnie oczu Sławy. Ta mówiła dalej, równie cicho: – Równonoc, dzień, w którym posmakujesz Mocy po raz pierwszy. Zostaw wszystko i chodź za mną.

Halszka posłusznie odłożyła na blat ciężki kamienny moździerz, który akurat miała w dłoniach. Znów wytarła ręce o krawędź koszuli. Jej palce drżały widocznie. Wyszły na majdan. Wiedźma od razu skręciła za róg chaty, podnosząc przy tym oparty o ścianę posoch, zwieńczony rogatą czaszką jelenia lub sarniaka, okrytą wieńcem ziół. Podpierając się rózgą, Sława prowadziła Halszkę ścieżką niknącą wśród wysokich pożółkłych traw, w stronę samotnego dębu rosnącego, jak pamiętała dziewczyna, jakąś milę za chatką czarownicy.

Czego jednak nie pamiętała, a o czym przekonała się, gdy dotarły na miejsce, dąb nie rósł wśród łąk, ale zajmował maleńką wysepkę na środku niewielkiego stawu, przesłanianego łanami burzanu. Wiedźma zatrzymała się na mulistym brzegu jeziorka i pierwszy raz od wyjścia z domu spojrzała na swoją towarzyszkę.

– Od tej pory aż do świtu będziesz milczeć, chyba że pozwolę ci mówić.

Halszka przytaknęła, gryząc się przy tym w język, a Sława mówiła dalej.

– Poddasz się wszystkiemu bez sprzeciwu.

Dziewczyna ponownie skinęła głową.

– Zostaniesz ofiarowana Mocy. Moc cię pochłonie, a wtedy staniesz się częścią świata. Inaczej zginiesz.

Krzywda pohamowała lęk, opanowała galopadę myśli. Wzięła głęboki, świszczący wdech i trzeci raz potwierdziła, że jest gotowa, chociaż nie do końca była, nie wiedząc, co dokładnie ją czeka.

Wiedźma uśmiechnęła się kojąco i odeszła parę kroków, żeby wrócić po chwili, ciągnąc niewielkie czółno, skryte wcześniej w zaroślach. Zepchnęła je na taflę jeziorka.

– A teraz się rozdziewaj. To, co nieczyste, nie może mieć styczności z Mocą – poleciła.

Halszka z ociąganiem zdjęła poplamioną koszulę i bure spodnie. Oddała ubranie wiedźmie, próbując jednocześnie zasłonić drugą ręką jak najwięcej ciała. Czarownica roześmiała się tylko, wrzuciła brudne odzienie do czółna, po czym sama wsiadła do łódki.

– Heleno – powiedziała uroczyście. – Masz stać się nowym bytem. To, co w tobie stare, musi umrzeć. Dlatego wejdź w Wodę. Woda daje życie, woda oczyszcza. Ale Woda może również zabić. Pokaże, czy jesteś godną żertwą dla Mocy.

Gestem wydała Halszce polecenie. Dziewczyna zrozumiała natychmiast. Weszła do stawu, wzburzając niewielkie fale na gładkiej tafli i zanurzyła się. Woda była zimna, chłód aż kłuł w podbrzuszu, ale Halszka zatrzymała się dopiero, gdy jej obojczyki zniknęły pod powierzchnią jeziorka.

Nagle ręka wiedźmy chwyciła dziewczynę za głowę, u podstawy warkocza i wepchnęła ją pod wodę. Krzywda straciła równowagę, zaczęła się szamotać, próbując spod powierzchni ułapić topiącą ją dłoń. Jednak niespodziewanie dotarł do niej sens słów, wypowiedzianych przez Sławę przed kilkoma chwilami: „Inaczej zginiesz”. Przestała się rzucać, znieruchomiała kompletnie. Wówczas czarownica sięgnęła drugą ręką i łapiąc dziewczynę pod pachami, wyciągnęła ją na powierzchnię i ułożyła na plecach.

– Już możesz oddychać – powiedziała, gdy Halszka rozkaszlała się. – Teraz płyń do wyspy.

Wiedźma puściła ją i wyprostowała się w czółnie. Odepchnęła się od dna swoją długą rózgą, a łódka posłusznie popłynęła w stronę sterczącego na środku stawu rozłożystego dębu.

Halszka ruszyła za wiedźmą wpław, wciąż jeszcze wypluwając resztki wody, która wdarła się jej do nosa i gardła. Ruch rozgrzał ją nieco, a może przyzwyczaiła się do ziąbu jeziora, przestała więc drżeć i szczękać zębami.

Wyszła na brzeg i wyżęła rudy warkocz. Spostrzegła, że czarownica jakimś sposobem zdążyła już rozpalić duże ognisko. Musiała mieć wcześniej przygotowaną watrę, przemknęło Halszce przez myśl. Zbliżyła się do żaru bijącego od płomieni i z lubością zanurzyła się w jego ciepłych objęciach.

Pochylona nad ogniskiem Sława wyprostowała się, ukazując trzymany w ręce pęk ziół – szałwii, jemioły, jaskółczego ziela, ostu i macierzanki. Podpaliła go i zbliżyła się do nagiej dziewczyny.

– Ty, która przeszłaś przez oczyszczającą Wodę, wkrocz teraz w Ogień – głos wiedźmy nabrał obcego, metalicznego brzmienia, gdy chłostała pokryte gęsią skórką ciało Halszki wciąż tlącymi się ziołami. Dym wdarł się do nosa dziewczyny, a ciernie ostu zostawiały na skórze drobne ranki. Halszka zacisnęła zęby, ale nie wypowiedziała ani słowa.

Okadziwszy dziewczynę, wiedźma ujęła ją za rękę i powiodła do pnia dębu. Pchnęła ją na drzewo, a gdy Halszka przywarła do chropowatego pnia plecami, wiedźma umieściła nadgarstek Krzywdy w pętli konopnego sznura. Zacisnęła węzeł, po czym obeszła dąb i z przeciwnej strony unieruchomiła drugą rękę dziewczyny.

Halszka stała więc rozciągnięta jak na krzyżu, przywierając całym ciałem do spękanej kory i obserwowała, jak czarownica wyjmuje spod fartucha długie szydło i kilka sakiewek. Rozsznurowała pierwszy woreczek i wydobyła z niego kawałki suszonego muchomorowego kapelusza. Zbliżyła się do dziewczyny, po czym rozwarłszy jej usta jedną ręką, palcami drugiej dłoni wepchnęła grzyb niemal do gardła. Następnie zasłoniła usta Halszki, żeby ta nie mogła wypluć trucizny i poczekała, aż dziewczyna połknie muchomor. Jeszcze przez chwilę patrzyła na Krzywdę, na malujące się w jej oczach przerażenie i czekała na znak. W końcu nadszedł – czoło dziewczyny oblało się gęstym potem, źrenice najpierw rozszerzyły się gwałtownie, a zaraz później zmalały, napięte postronkami ciało zaczęło dygotać. Skóra, do tej pory zaczerwieniona z zimna, przybrała najpierw siny, a następnie zielonkawy odcień. Z kącika ust Halszki pociekła stróżka spienionej śliny.

Wiedźma uśmiechnęła się. Ujęła w palce przypominającą szydło długą igłę i rozsupłała drugi woreczek, zawierający drobny, czarny pył. Spojrzała w niewidzące, szeroko rozwarte oczy Halszki i zaczęła śpiewać zaklęcie.

– Ty, która przeszłaś przez Wodę i Ogień! Wisisz w Powietrzu, a twą krew poświęcam Ziemi na ofiarę. – Wbiła igłę w mostek dziewczyny. Halszka wydała z siebie nieartykułowany charkot, ale pogrążone w transie ciało nie zareagowało. Cienka strużka krwi pociekła po brzuchu dziewczyny, zaraz dołączyła do niej następna i kolejna, ciągnąc niewielki czerwony strumyczek toczący się przez podbrzusze, pachwinę, wewnętrzną stronę uda aż do stopy, opartej o przykryte zbutwiałymi liśćmi korzenie. – Stajesz się częścią świata, dzieckiem żywiołów, córką Miesiąca, noszącą na piersiach słoneczną swargę. – Wiedźma wciąż kłuła, gęstymi punkcikami tworząc między piersiami dziewczyny solarny krzyż o zaokrąglonych ramionach. – Stań się mą siostrą w mocy, siostrą Nocy i Dnia. Albowiem, wszystkie jesteśmy córkami jednej Matki – głos czarownicy wibrował coraz potężniej, uderzał w świdrująco wysokie tony, gdy w wykłutą na mostku dziewczyny swargę zaczęła wcierać barwnik.

Gdy rysunek był gotowy, zabezpieczyła go zielonkawą mazią na gojenie ran, ale nie bandażowała. Obyczaj nakazywał, aby nowa adeptka trwała bez odzienia, przywiązana przez całą noc jako ofiara dla świata. Wiedźma odeszła do ogniska, a gdy wróciła, niosła ze sobą niewielki bukłaczek. Rozchyliła półprzytomnej Halszce wargi i ostrożnie wlała jej do gardła kordiał makowy. Po chwili dziewczyna zasnęła głębokim, ciężkim jak kamień snem.

Sława czuwała przy ogniu przez całą noc, mamrocząc w zapomnianych językach dawne modlitwy do starych bogów. A może tylko mówiła do siebie? Sama chyba nie była pewna. Halszka zaś trwała przywiązana do drzewa. Do nagiego, pokrytego krwią ciała, zlatywały się liczne komary, ale nieprzytomna dziewczyna była zupełnie pozbawiona czucia. Grzybowy majak przeszedł w makowy sen i teraz jej umysł leżał w absolutnej ciemności, jakby ktoś nakrył go korcem.

Dokładnie dwanaście godzin po zmierzchu nadszedł świt. Sława odwiązała Halszkę, ocuciła ją i ubrała w długą, białą, wyszywaną koszulę, podobną do swojej własnej. Na głowę dziewczyny włożyła wieniec z ruty, a jej wyschnięte gardło spłukała mołdawskim winem z korzeniami.

Na wysepce, pod starym dębem, nie było już jednej wiedźmy. Nowy dzień przywitały dwie. Siostry od jednej Matki. Wiedzące.