– Dziadku, opowiedzcie jeszcze jedną! – Dziecięcy głosik przedarł się przez panujący w zadymionej izbie gwar.

– Wszak słoneczko już zachodzi – wymemlał wędrowny dziad i łyknął coś z glinianego dzbana. – Mnie mus dalej ruszać, cobym na drugi koniec wioski zajść zdążył.

– Opowiedzcie, dziadku, jeszcze jedną – karczmarzowa nachyliła się nad starcem. – Przenocujecie u nas, w stodole. Jak byście teraz precz poszli, mnie dzieciarnia przez dwie niedziele żyć nie da.

Dzieciarnia poparła gospodynię gromkimi wiwatami. Bajarz wahał się jeszcze chwilę, po czym zamówiwszy kolejny dzban czegoś, co okazało się marcowym piwem z wielkiej beczki za szynkwasem, opowiedział.

Bajęda toczyła się wartko. Do zgromadzonych wokół żebraka pacholąt dołączali goście i wkrótce wokół kąta izby, w który wcisnął się był starzec, zgromadził się niewielki tłumek. Wszyscy zasłuchali się w opowieść o królewnie, pięknej jak sen złoty i mądrej niczym król Salomon. Owa królewna została jednak przeklęta przez złą wiedźmę i w dniu swoich szesnastych urodzin miała umrzeć.

– Coś bujasz, starcze – roześmiał się brodacz z fajką w zębach. – Wszak nawet takie smarki, jak te, o tu – nakreślił cybuchem koło nad wyrwaną z rytmu opowieści dzieciarnią, – wiedzą, że dobre wróżki urok zmieniły i królewna jedynie pogrążyła się we śnie, a wraz z nią cały zamek. Oj, coś mi się zdaje, że ci się ze starości w rozumie cosik poprzestawiało!

– Nic mi się nie poprzestawiało, kumie – warknął dziad. – To, co mówisz, to kłam wymyślony dla takich głupców, jak ty, co mają serce miększe od krowiego gówna, coby wam żal królewny nie było.

Brodacz rozeźlił się i już sięgał po stołek, najpewniej po to, aby zdzielić rozbawionego własnym żartem bajarza w ogorzałą gębę, ale czyjaś ręka powstrzymała go.

– Niech mówi – wyszeptał nieznajomy, zawinięty w smoliście czarną, niby mniszą szatę, wciąż trzymając brodacza za rękaw. – A stołka na niego szkoda. Wszakże to bajarz. Od bajarza prawdy nikt nie powinien wymagać.

Chłop z fajką fuknął tylko, wyrwał mankiet z silnego uścisku palców obcego i usiadł naburmuszony na przeciwległym końcu stołu. Obcy zaś, o twarzy wciąż zasłoniętej cieniem kaptura, rzucił bajarzowi miedziaka i wciąż półgłosem polecił:

– Mów, starcze. Ciekawym zakończenia twojej opowieści.

– Bóg ci zapłać, frater. Bo miarkuję, że z duchownym mam do czynienia? – Dziad schylił się po monetę, zgrubiałymi od gośćca palcami wybrał krążek miedzi spomiędzy pokrywających polepę źdźbeł słomy i spojrzał hardo na obcego.

– Nie miarkuj za wiele – syknęła postać w kapturze. – Tylko dokończ opowieść.

– Tak, oczywiście… Na czym to ja…

– Jak królewna przeklęta została – podpowiedziało któreś z dzieci, w zgrzebnej lnianej koszulinie i o grzywie kręconych rudych pukli ponad umorusaną sadzą twarzyczką.

– Tak, tak… – Memlał starzec. – A zatem, przeklęła wiedźma, królewnę i rodzinę jej całą, że jeśli w dniu swoich szesnastych urodzin zrani się wrzecionem, to umrze. Król pośpiesznie nakazał wszystkie wrzeciona w zamku i okolicznych wsiach zniszczyć. Baby pono protestowały strasznie, bo miasto słynęło z przędzenia wełny, a tak pan zajęcia je pozbawił. Bida nadeszła w związku z tym straszna, ale rex misericors był wprawdzie, a bardziej o bezpieczeństwo swej córki dbał, niż o majętność.

Dzień szesnastych urodzin nadszedł i nic się nie wydarzyło. Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy królewna, przechadzając się po zamku, odnalazła starą, zakurzoną skrzynię, zapomnianą przez ludzi w jednej z izb na poddaszu. Bowiem izb, to jest tych, no… komnat w zamku było tyle, że nie wszystkie nawet sprzątać było komu, nie mówiąc o zamieszkiwaniu. No więc królewna otwarła skrzynię, w której leżały płaty wełnianych tkanin, a także przędze, włóczki. I jedno jedyne wrzeciono, zaplątane gdzieś na dnie, między pakułami.

Przez tłumek dzieci przetoczył się cichy szmer podniecenia. Oczy pacholąt rozszerzyły się jeszcze bardziej w półmroku izby, a uszy zarumieniły, nie chcąc uronić ani jednego słowa.

– I co, dziadku? I co? – dopytywał się chłopczyk, może sześcioletni, odrywając się od przykrytych kwiecistą spódnicą kolan matki, o które do tej pory się opierał. – Opowiedzcie!

– Toć ja cały czas nic innego nie robię, tylko opowiadam – bronił się bajarz. – No więc, tego… Królewna, sięgnęła do dna kufra, pojęcia nie mając o wrzecionie. I nadziała się na nie palcami.

– Ooch! – Głośne westchnienie dobyło się z niemal wszystkich gardeł.

– I umarła? – Zapytał chłopczyk.

– Umarła – potwierdził dziad, kiwając głową. Upił łyk piwa. – Umarła ona i stary król, i królowa. Mieszkańcy usypali im na dziedzińcu zamkowym wysoki kurhan, po czym odeszli. Nie chcieli żyć w przeklętym mieście. Uciekli do sąsiednich królestw. A sam zamek pochłonęły głogi, które ongiś królowa uprawiała była w swoim ogrodzie. Rozrosły się i teraz trudno już dostrzec ruiny warowni, bo krzewy i ciernie splotły się tak gęsto, że nie dojrzysz, co tam jest pod spodem.

Słuchacze rozchodzili się stopniowo. Niektórzy klepali dziada po ramieniu, inni zostawiali w zapłacie pajdę chleba lub kawałek sera. Ktoś wcisnął mu w dłoń prymkę tytoniu. W końcu w izbie został sam bajarz, łapczywie zgarniając dary do obszernej burej torby oraz mężczyzna w czerni. Jego ciemna sylwetka oderwała się od podtrzymującego powałę filaru, potrącając przy tym zwieszające się z haka pęki czosnku i ziół. Bajarz uniósł wzrok i napotkał płonące pod kapturem oczy obcego.

– Gdzie to jest? – Wyszeptał obcy. – Ten zamek z bajki.

– A bo ja wiem, panie… Zaś to tylko bajka była. Spełniła swoje zadanie, wykarmiła mnie, a teraz uleciała.

– Wiesz, dziadku, wiesz – w głosie cienia zadźwięczała groźba, a urękawiczona ręka sięgnęła pod obszerny płaszcz. Starzec cofnął się na ławie, przypierając grzbietem do dębowego stołu i poczuwszy deski pod plecami, wyprężył się przerażony. Ale ręka, która wyłoniła się spod płaszcza nie trzymała noża, tylko srebrny półtalar. Dziadyga tylko raz widział tyle pieniędzy naraz. Oblizał spierzchnięte usta, chcąc dodać sobie odwagi, a mężczyzna mówił dalej: – Wiesz i mi powiesz. I to już. Mam tu dla ciebie srebro. Jeśli nie usłyszę tego, co chcę, noszę przy sobie też inne metalowe instrumenta. Ale szkoda karczmarzowej niepokoić, nieprawdaż? Krzyki mogłyby niekorzystnie na jej sen wpłynąć, a babie chyba należy się trochę spokoju nocną porą.

Dziad pośpiesznie pokiwał głową. Wziął głęboki wdech i łypnął na monetę chciwie.

– Pewien nie jestem – zaczął ostrożnie, – ale jakżem był mały, to raz trafiłem w tamto miejsce. Mogę was zaprowadzić.

– Nie trzeba. Wystarczy, jak powiesz.

– Oczywiście, panie. Wedle woli. No więc jak z majdanu za bramę wyjdziecie, idźcie na wschód, półtorej mili. Tamój brzeziniak rośnie. Wam trzeba w brzeziniak wejść i na drugim jego końcu, tym, co to się do Krowianek zmierza, znaleźć ścieżkę. Ona was poprowadzi wedle takiej starej lipy, przy której świątek stoi. Za świątkiem w prawo. Tam rzeczka płynie, raki w niej przednie, ale… – zmitygował się, widząc wzrok obcego. – Tak, panie, już mówię. Rzeczka niegłęboka, strumyk ledwie. Za strumykiem jeszcze ku północy ze trzy mile. I tam to rośnie zagajnik głogowy, co to powiadają, że przed wiekami król w tamtym miejscu siedział.

Twarz obcego zbliżyła się do oblicza dziada. Bajarz zacisnął powieki, chcąc osłonić się przed palącym, rozgorączkowanym spojrzeniem spod czarnego kaptura, jednak gdy je otworzył po chwili, był już w gospodzie zupełnie sam. Na podłodze, między jego nogami, leżała srebrna moneta.

Przez otwarte drzwi izby ciągnął przeciąg. A zza nich, z majdanu, dobiegł bajarza stukot kopyt, oddalający się w noc.

Mężczyzna w czerni gnał, zgodnie ze wskazówkami starca, prosto na wschód. Ciężki płaszcz z grubej wełny opadał na zad karego ogiera, nie poruszając się w pędzie powietrza. Jedynie kaptur zsunął się z głowy mężczyzny, ukazując oblicze człowieka już niemłodego, ale jeszcze nie podstarzałego. Czarne, sięgające ramion włosy, przetykane gdzieniegdzie lśniącą w blasku gwiazd siwizną, unosiły się lekko na wietrze. A wszystkie nocne strachy i leśne licha uchodziły spod końskich kopyt. Znały mężczyznę, rozpoznawały jego zapach. I wiedziały, że prędzej on je upoluje, niż one jego.

Minął kapliczkę, która równie dobrze mogła przedstawiać Chrystusa frasobliwego, co Welesa i kole północy przeszedł przez strumień, w pełnym galopie roztrącając grupę zaskoczonych leśnych czartów, usiłujących zmacać pławiącą się w nurcie mawkę. Nie oglądał się za siebie ani nie uśmiechnął się, słysząc za plecami przekleństwa straszydeł i głośny, perlisty jak górski potok śmiech rusałki. Zwolnił dopiero pół mili później, gdy zgnany koń jął charczeć i krztusić się lecącą z pyska pianą. Pozostałe do celu dwie i pół mili pokonał już stępa.

Wstawał świt gdy dotarł do olbrzymiego pagóra okrytego gęstwiną głogu. Zsiadł z konia, rozpoprężył go i sam zdjął płaszcz. Ciężka wełna opadła na ziemię, odsłaniając długą czarną tunikę, opiętą dwiema taśmami bandolierów. U pasa mężczyzny dyndał długi nóż i kilka skórzanych kalet, a z cholew wysokich czarnych butów wystawały rękojeści kolejnych ostrzy. Pistolety zostawił w olstrach przy siodle. Szabli nie nosił. Nie potrzebował jej.

Sięgnął dłonią w czarnej, wyszywanej srebrem rękawicy za pazuchę i wyjął z zanadrza niewielką książeczkę oprawioną w czerwoną skórę, na której wytłoczono złoty symbol pięcioramiennej gwiazdy. Następnie spojrzał na porośniętą głogami twierdzę i westchnął cicho.

Podszedł do najbliższego krzewu i zdjął rękawicę, odsłaniając białą jak śmietana skórę dłoni. Położył palce na korze, lewą ręką kartkując książeczkę. Znalazł odpowiedni fragment i odczytał zaklęcie, wkładając w nie resztę siły, jaka została mu jeszcze po całonocnej galopadzie.

Niebo momentalnie zachmurzyło się, a ziemia rozedrgała się w głębokim pomruku, jakby gdzieś za ścianą krzewów ryknął tur, albo i mityczny elefant. Mężczyzna powtórzył inkantację w starym, zapomnianym języku. I wtedy krzew, o który się opierał, uschnął i rozpadł się. A za nim kolejny, i kolejny, i kolejny, niby harmatnia kula przedarła się przez gąszcz cierni i gałęzi, wyrąbując w nich szeroki tunel. Na tyle szeroki, by człowiek mógł środkiem przeprowadzić boczącego się, przestraszonego konia.

Blada ręka wsunęła książeczkę w rozcięcie tuniki, ujęła koński munsztuk i powiodła zwierzę ku zacienionemu głogami wnętrzu starożytnego zamku. Usta szeptały uspokajająco, a druga dłoń objęła końskie chrapy, by ogier rzucając łbem nie pokaleczył się o sterczące z głogowych ścian tunelu ciernie.

Przejście przez najeżony kolcami korytarz, długi na ponad sto czterdzieści sążni, trwało dłużej, niż mężczyzna by sobie tego życzył, ale nie chciał zostawiać wierzchowca poza kręgiem głogów. Wiedział bowiem, że miejscowi chłopi nie pogardziliby dobrym rumakiem i gotowi byliby go sprzedać za kilka połci słoniny. A ten koń wart był więcej niż ich cały klucz takich zapyziałych wsi, jak te, w których owi chłopi wiedli swój pozbawiony znaczenia żywot.

Człowiek i koń wyszli w końcu z nisko sklepionego głogowego tunelu, przekroczyli rozwalony mur z białego wapienia i znaleźli się na zamkowym dziedzińcu. Mężczyzna spętał rumaka i zbliżył się do usypanego na środku podworca pokracznego kopca z kamieni, najwyraźniej wyrwanych zamkowym murom. Obszedł kurhan dookoła i zgodnie z własnym mniemaniem, od wschodniej strony odnalazł wejście do mogiły. Drewniane drzwi w zamyśle zapewne stanowić miały ochronę, ale dawno już zbutwiały i teraz nie stawiały żadnego oporu. Pozbywszy się marnej przeszkody, człowiek pochylił się i zajrzał do środka.

Następnie wrócił do konia skubiącego rosnące między kocimi łbami samosiejki. Z juków wydobył kilka przedmiotów zawiniętych w świńską skórę. Z zawiniątkiem pod pachą, mocno pochylony, wkroczył w czeluść kurhanu.

We wnętrzu poczuł się, jakby znalazł się w kościelnym dzwonie. Ciasna rotunda, przykryta wapienną kopułą, pachniała zapierającą dech w piersiach wilgotną stęchlizną. I trupem. A dokładniej – trzema trupami, leżącymi w trzech prostych drewnianych trumnach, równie zniszczonych co deski drzwi. Człowiek nachylił się nad pierwszą i po dostrzegalnych w snopie porannego światła wystających z zasuszonej skóry resztkach brody rozpoznał króla. W drugiej leżała królowa – ustalił, patrząc w zęby mumii. Wytaszczył obie trumny królewskiej pary na dziedziniec, a następnie bezceremonialnie przebódł trupy osinowymi kołkami. Przebijane ciała syknęły i zadymiły lekko, ale poza tym nic się nie stało. Mężczyzna odetchnął z ulgą i wrócił do mogiły, w której została już tylko królewna. Upewnił się, że to ona, sprawdzając zęby i oglądając kości miednicy. Młoda dzieweczka, nigdy nie rodziła. Długi, wysuszony warkocz, niegdyś zapewne złoty, dziś w kolorze pokrywającego go kurzu, ciągnął się aż do sparciałego paska rozlatującej się białej sukienki.

Człowiek uśmiechnął się lekko. Ze skórzanego zawiniątka wydobył pięć czarnych świec, kilka flakoników z tajemniczymi odwarami, zabarwioną krwią kredę i inne przydatne przedmioty. Wokół trumny królewny wykreślił magiczny krąg. Wpisał weń pentagram, ustawiając świece na wierzchołkach gwiazdy. Gdy knoty zapłonęły z trzaskiem, wypełniając kryptę miękkim niebieskawym blaskiem, wyjął książeczkę z zaklęciami i otworzył ją na założonej czarną tasiemką stronie.

Rytuał był długi i wyczerpujący, a on wciąż nie odzyskał pełni sił. Ale musiał się śpieszyć. Dokończenie go było jedynym sposobem, aby mógł uniknąć biskupiego sądu. Przepowiadał kolejne zaklęcia i patrzył, jak z każdym wypowiedzianym słowem, każdym gestem, każdą kroplą krwi ściekającą z nadgarstka, który był sobie rozciął, królewna wraca do życia. Najpierw jej skóra zasklepiła się, wypełniła i zbielała, aby za chwilę zaróżowieć. Oczy pod zamkniętymi powiekami poczęły się ruszać jak w głębokim śnie. Piersi, przed chwilą jeszcze bezkształtne i zapadnięte, nabrały właściwej formy i objętości i jęły się unosić w płytkim oddechu.

Surge! Surge, domina mea! – wykrzyknął, rozkazującym tonem. I królewna rzeczywiście wstała.

Potoczyła po pomieszczeniu błędnym wzrokiem, aż utkwiła oczy w bezczelnie uśmiechniętym czarnowłosym mężczyźnie.

– Co to za czary! – Wychrypiała, a z pomiędzy jej czerwonych, pełnych warg wydostał się obłok kurzu i kilka małych pająków.

– Witaj wśród żywych, królewno. Właśnie uratowałem cię z objęć śmierci. Zaraz będziesz miała okazję się odwdzięczyć – wyszeptał miękko, niemal przyjaźnie.

– Kim… Kim acan właściwie jesteś? – Spytała, wyłażąc ostrożnie z rozwalonej trumny i stając bosymi stopami na pokrytej kultycznymi znakami polepie.

– Twoim narzeczonym, pani. – Ukłonił się dwornie. – Łazarz Kruk, nekromanta. Do usług waszej królewskiej wysokości.