Osadę minęli o świcie. Znaleźli w lesie odpowiednią osłoniętą polanę, na której stała zrujnowana obecnie cerkiewka, spalona (rzecz niemal pewna) przez Pawlukowych maruderów. Halszka rozpaliła ognisko i przygotowała kuraka ukradzionego w nocy z chłopskiego obejścia, a tymczasem Kruk myszkował wśród szczątków chramu, mrucząc pod nosem. Najwyraźniej niezadowolony z rezultatu przysiadł się do towarzyszki i zatopił zęby w mięsie.

– Daj pistolety – mruknął, dłubiąc złamaną kością między zębami.

– Po cóż ci one? – Spytała podejrzliwie. Nigdy jeszcze nikomu ich nie oddała dobrowolnie.

– Będziesz potrzebowała czegoś mocniejszego niż zwykły pistolet. Obłożę je zaklęciem, które ułatwi ci zadanie – ręka trupiarza zawisła w oczekiwaniu.

– Myślisz acan, że jeszcze tego nie zrobiłam? Umiem szeptać. Cała moja broń jest obłożona różnymi klątwami.

– Widzę, ale obawiam się, że w starciu, które cię czeka, twoja moc na niewiele się zda. Daj mi je – wyciągnął rękę w geście nieznoszącym sprzeciwu.

Volens nolens, Halszka wstała od ogniska, podeszła do konia i wyjęła oba pistolety ze zwieszających się przy siodle olstrów. Niepewnie podała je trupiarzowi. Mężczyzna gołą ręką wyjął z ogniska rozżarzony węgielek i nawet się przy tym nie parząc nakreślił na lufach kilka nieznanych jej znaków. Następnie zmieszał grudkę ziemi ze śliną i błotem zmazał znaki, po czym oddał kobiecie broń. Krzywda nieufnie obejrzała pistolety, ale wyglądały normalnie.

– To wszystko? – Spytała z powątpiewaniem. – Jakież to zaklęcie, mości nekromanto?

– Przestań ze mnie drwić – burknął. – I obchodź się z nimi ostrożnie. Od teraz każdy ich strzał będzie zabójczy, nie tylko dla żywych, ale także dla nieumarłych. Musimy się zabezpieczyć na wypadek, gdyby kniaź Jarosław nie chciał jednak ze mną rozmawiać.

– Po cóż właściwie acan się tam pchasz, jeśli mogę zapytać? – Zaciekawiła się. Poklepała konia po szyi. Zerwała garść trawy i podetkała zwierzęciu pod chrapy. Zjadł łapczywie, parsknął, przestąpił z nogi na nogę.

– Otóż wiadomo ci zapewne, mościa pani, że kniaź Jarosław postawił i zapełnił pierwszą na Rusi bibliotekę, w której umieścił był nad wyraz cenne odpisy pism bizantyńskich. – Zgodziła się skinieniem głowy – Legenda mówi, że rozkazał również budowę tajemnego przejścia, które wiodło z Soboru Sofijskiego do Ławry, pod całym miastem. I kiedy za Henryka Pobożnego Ruś najechał Tatarzyn, mnisi kijowscy schowali wszystkie księgi w owym korytarzu, którego potem nikt nigdy nie znalazł. A ja, tak się składa, bardzom chętny owo przejście odnaleźć. Mus mi zatem zapytać samego Jarosława. Nieprawdaż?

Nie mogła nie zgodzić się z żelazną logiką nekromanty. Domyślała się, ile mogą być warte starożytne greckie księgi i ruskie manuskrypty. Wróciła do ogniska i sięgnęła po resztki leżącego na rozgrzanym kamieniu mięsa.

– Zjedz i ruszamy w stronę Kijowa. – stwierdził stanowczo Kruk – Do Złotych Wrót mamy jakieś cztery godziny jazdy, a chciałbym zanim południe wybije wjechać do miasta.

– Nie mieliśmy odpocząć? – spytała Halszka, chociaż wcale nie była senna.

– Widziałem przecie, że spałaś waćpani w siodle przez pół drogi. Odpoczniemy po śmierci. Przynajmniej niektórzy – trupiarz uśmiechnął się ironicznie.

***

Do miasta wjechali chwilę po południu – echo cerkiewnych dzwonów jeszcze unosiło się w rozgrzanym powietrzu. Ukryci przez maskujące periapty nie zwrócili niczyjej uwagi, kiedy mijali Sobór Sofijski, wzniesiony trzysta ledwie kroków od Złotych Wrót. Po zakończonym niedawno remoncie katedra kłuła w oczy świeżą bielą tynków, a znad dachów drewnianych klasztornych zabudowań unosiły się pojedyncze stróżki dymu.

Zsiedli z koni i prowadząc je za uzdy podeszli pod dzwonnicę świątyni, butnie wznoszącą się ku niebu.

– Miarkuję, iż nie zamiarujesz waćpan wchodzić od razu, w biały dzień?

– Dobrze miarkujesz. Wrócimy wieczorem, między powieczerzem a połunoszcznicą. Jeśli będzie trzeba, zostaniem do świtu. Ale teraz chodź, na Podole mam znajomka, u którego się zatrzymać możemy.

***

Przeszli na teren świątyni przez wyrwę w płocie, omijając zamkniętą w nocy furtę dla wiernych. Przebrani w czarne mnisze habity – Krzywda nie pytała nawet, skąd mianowicie Kruk je wziął – pod którymi skryli broń i niezbędne instrumenta, przemknęli się przez ciemny dziedziniec i bocznym wejściem wemknęli się do soboru.

Wnętrze katedry pachniało kadzidłem, woskiem i ludzkim potem. Rozejrzeli się czujnie, ale w cerkwi nie było żywego ducha. Stukot podkutych obcasów dźwięczał w świątynnej ciszy jak dzwon i Halszka obawiała się, że zaalarmuje mnichów. Ale nie zaalarmował.

Pamiętała, że kniaź Jarosław spoczywa w kamiennym sarkofagu we wschodniej części północnej galerii. Ruszyła przodem. Ze stojącego pod filarem świecznika wyrwała dwie świece. Jedną podała Łazarzowi i w ten sposób oświetlając sobie drogę dotarli do grobowca.

Gładzony białozielonkawy kamień lśnił w nikłym płomieniu tysiącem refleksów. Cienie tańczyły na płaskorzeźbionych krzyżach otaczających sarkofag, pełgały po kutych w litej skale roślinnych ornamentach, rozlewały się na gładko polerowanych narożnikach mogiły. Grób był przykryty ciężką płytą, ważącą pewnie ze sto cetnarów, jak nie lepiej.

– Jak zamierzasz dostać się do środka, mości Kruku? Przewidziałeś li to? – Spytała szeptem, ale jej głos i tak rezonował potężnie pod łukami przypór.

– Czarami, jasna rzecz – uśmiechnął się nekromanta. – Dawaj, pani, swoją prochownicę.

– Czarami, czy bombę chcesz waść zmajstrować?

– Krąg ognisty muszę zrobić, głupia! Bomba by nam pół miasta na łby ściągnęła – żachnął się. Zabolało. Krzywda zarumieniła się, czego w ciemnościach na szczęście nie było widać i przygryzła wargę, co by nekromancie nie odszczeknąć. Ale róg z prochem oddała.

Działał z wielką wprawą. Widać było, że dla Kruka wskrzeszanie zmarłych to nie pierwszyzna. Usypawszy krąg z prochu, kawałkiem wyjętej z kieszeni kredy opisał go znakami. Halszka poznała symbole greckie, żydowskie i cerkiewne, ale prócz nich były także litery, których nigdy wcześniej na oczy nie widziała. Następnie Łazarz wyjął z zanadrza niewielką buteleczkę bursztynowego płynu i wyszarpnąwszy zębami korek wypił zawartość. Źrenice czarownika zwęziły się gwałtownie, a potem rozszerzyły – jego oczy wyglądały teraz nieludzko, przypominając wejrzenie polującego kota, a nie człowieka. Usta zaczęły poruszać się miarowo, wymawiając kolejne słowa zaklęcia, a ręka ze świecą powolnym, wyważonym ruchem zbliżała się do usypanej wokół grobowca ścieżki prochu. Ogień syknął i na chwilę oślepił Krzywdę, ale na Kruku najwyraźniej nie zrobił wrażenia.

Głos Łazarza przybrał na sile, zwielokrotniony przez kopuły świątyni. Dziwny język inkantacji wibrował w ciężkim od kadzidła powietrzu, przyginał płomienie świec, wwiercał się w umysł Halszki jak natarczywe kapanie wody. I kiedy już myślała, że to koniec, że nic się nie stanie, marmurowa płyta drgnęła i z ciężkim szurgotem poczęła odsuwać się na bok.

← Część 3.

Część 5. →