Na trakcie ze Lwowa do Kijowa panował tłok. Z trudem przeciskała się między karawanami czumaków, pątnikami zmierzającymi do Ławry Pieczerskiej i drobnymi handlarzami, od których można było kupić absolutnie wszystko. Przy pierwszej nadarzającej się okazji skręciła w las. Na pustej ścieżce przeszła w galop, wtulona w końską grzywę, lawirując między nisko zwieszonymi gałęziami buków i modrzewi.

Zmierzch zaskoczył ją półtorej mili od Chwastowa, nad brzegiem wąskiej, ale rwącej rzeczki. Nigdzie w pobliżu nie było brodu, ale niewielka łączka, osłonięta przez gęsto rosnące brzozy i olszyny, nadawała się na nocleg. Polanka łagodnie schodziła do bystrej wody. Halszka rozsiodłała konie i spętała je. Z pobliskich zarośli zniosła chrust i większe gałęzie. Kilkoma wprawnymi ruchami wykrzesała ogień i przyłożyła tlącą się hubkę do zwitka brzozowej kory. Już po chwili płomienie wystrzeliły ponad patyczki wysuszone przez letni upał. Dołożyła kilka grubszych gałęzi.

Rozsznurowała dolman, kołpak rzuciła na trawę. Rozpuściła warkocz rudawych włosów i przeczesała je palcami. Zapowiadała się ciepła noc. Z juków Krzywda wygrzebała pieczony pieróg nadziewany kaszą, kupiony rankiem od chłopa w mijanej wiosce. Z lubością wgryzła się w wypiek, popijając wieczerzę cienkim piwem ze skórzanego bukłaczka. Pojadłszy, ułożyła się w pobliżu ogniska, z siodłem pod głową, w zasięgu ręki kładąc oba pistolety. Wiedziała, że w takim miejscu może się spodziewać wilków lub utopców. Nie wiadomo, co gorsze. Nakrywszy się derką, zapadła w pozbawiony marzeń sen.

Poranek był nadzwyczaj chłodny i mglisty. Z ledwo tlącego się ogniska unosiła się cieniutka stróżka dymu. Całą polanę pokrywała rosa. Halszka przewróciła się na bok i spojrzała na horyzont. Słońce ledwo co wychyliło się zza widnokręgu i z trudem przebijało się pomiędzy drzewami. Ani na przebiegającym nieopodal dukcie, ani wśród drzew nie było żywej duszy.

Usiadła, przeciągnęła się. Z niejakim trudem zzuła długie buty i odkleiła od nóg przepocone onuce. Zdjęła kurtę i spodnie. Z niewielkiego woreczka w jukach wyjęła łojowe mydło. W samej koszuli zeszła po mokrej trawie do rzeki. Chłód wody przenikał do głębi, fala drobnych skurczów przebiegła przez jej ciało, niosąc ukojenie po wielu dniach w siodle. Weszła do rzeki po kolana i zrzuciła giezło, które zawiesiła na konarze rosochatej wierzby, po czym zanurzyła się cała.

Gdyby w tym momencie ktoś stanął między drzewami, mógłby wziąć ją za mawkę lub łoskotuchę. Jednak przy bliższym przyjrzeniu się, dostrzegłby, że kąpiąca się w rzece kobieta nie ma legendarnej urody rusałek. Chude, niemal kościste ciało oplecione było zbyt mocno zarysowanymi mięśniami, na plecach, spod wypłowiałych rudawych włosów wyzierały ślady po chłoście. Przy prawym uchu zaczynała się długa blizna po cięciu berdyszem, sięgająca aż do lewej piersi. Obok pępka wyraźnie rysował się ślad po kuli, a na mostku lśniły pajęcze linie tatuażu, układające się w swargę, która nie zawsze przynosiła kobiecie szczęście. Lewe ramię zdobiło znamię złodziejki, pamiątka sprzed wielu lat, z Warszawy, dopełniając obrazu solidnie poharatanej przez życie Krzywdy.

– Bardzoś różnymi impedymentami doświadczona, mościa panno! – usłyszała Halszka, wynurzywszy się spod wody. Odruchowo sięgnęła do biodra, szukając broni, ale była przecież kompletnie naga. Spojrzała na brzeg, na siodło, pistolety i szablę. Sześć, może siedem sążni dzieliło ją od ogniska. Nie miała szans doskoczyć.

Mężczyzna stał oparty o wierzbę, na gałęzi której powiesiła koszulę. Ubrany jak rajtar, w czarnym kolecie, skórzanych spodniach i długich butach z brązowej skóry. Głowę chował pod szerokim rondem kapelusza, a pod pachą, zamiast laski, trzymał nadziak na długim stylisku. Przy biodrze dyndała rękojeść rapiera.

– Jestem panią, nie panną, tak dla wiadomości waszeci. I odwróć się pan, nie wypada się tak gapić na kobietę w kąpieli.

– Panią? – spytał z łobuzerskim uśmiechem – Widzę przecież warkocz ledwo co rozpleciony, a wiem też, że herb i nazwisko należało wcześniej do twojego pana ojca, nie męża.

– Jestem wdową – podjęła grę na czas, chcąc jak najszybciej dostać się do siodła, przy którym były pistolety. Podeszła do mężczyzny rozchlapując wodę, złapała koszulę i włożyła ją na mokre ciało, po czym wyszła na brzeg. Nie wstydziła się swojej nagości. Już dawno zapomniała, co to wstyd. O wiele bardziej nie lubiła braku broni na podorędziu.

Zmarzła, stojąc po kolana w wodzie i teraz dużo wysiłku wymagało od niej nieszczękanie zębami. Wykręciła włosy i lodowate strumyczki spłynęły jej po ramieniu.

– Czego chcesz? – Spytała mężczyznę, który nadal bezczelnie się jej przypatrywał.

– Potrzebny mi bohater. Ktoś taki jak waszmość pani – powiedział spokojnie, wciągając z ręki tabakę.

– Nie jestem bohaterem. Jestem mistrzynią w swoim fachu. W zabijaniu nie ma nic z bohaterstwa.

– Ty zabijasz, ja wykorzystuję martwych. Stanowilibyśmy dobraną parę, Halszko Krzywdo.

– Wątpię, Kruku. Acan także jesteś na mojej liście osób do wyprawienia na tamten świat – skrzywiła usta. Nie odrywając wzroku od nekromanty, wciągnęła spodnie i przypasała szablę.

– O ile pamiętam, przy ostatniej próbie zabicia mnie, twój plan, można by rzec… spalił na panewce.

– Chybiłam. Zdarza się. Rzadko, bo rzadko, ale bywa – mruknęła, wkładając dolman.

– Nie chybiłaś – Kruk uniósł rondo kapelusza, ukazując placek łysiny nad lewym uchem, w miejscu, w którym kula weszła w czaszkę. – Po prostu tak długo obcuję ze śmiercią, że się z nią dogadałem. Jak to ludzie mówią? Trupiarz, tak mnie nazywają szeptem, kiedy myślą, że nie słyszę… Nie doceniają subtelnej sztuki nekromancji, podobnie jak ty, pani, jej nie doceniłaś.

– Skoro nie mogę cię zabić, dostarczę cię żywcem księciu wojewodzie. Jeśliś taki cwany, powinieneś był wiedzieć, że twoje życie stanowi gwarant mojego.

– Wiem to. I właśnie dlatego pojadę z tobą, ale nie do starego capa we Lwowie, tylko tam, gdzie ja zechcę.

– Złapią nas i zetną oboje. – stwierdziła ze stoickim spokojem, ale przeszły ją ciarki na myśl o śmierci, którą dla niej przeznaczono, znacznie gorszej niż ścięcie.

– Miarkuj sobie, że jeśli nawet pojawisz się ze mną u tego starucha Korybuta, to i tak cię zetną. Albo wbiją twoją wytłuczoną w siodle dupę na nieociosany pal. – Halszka nic nie odpowiedziała, ale zdawała sobie sprawę, że słowom Kruka niebezpiecznie blisko do prawdy.

– Załóżmy, acan, że się z tobą zgodzę – wyjęła z sakwy bukłak z piwem i pociągnęła z niego solidny łyk. – Po cóż waści ja? Brakuje ci kobiety do szczęścia? Bo jeśli szukasz kobiety, to już wolę poczuć tam katowski palik niż twoją obmierzłą kuśkę.

– Nie, nie o to chodzi. Chociaż może o to też… – znów uśmiechnął się chytrze i obleśnie zarazem. – Szukam szabli. A ty jesteś najlepsza.

– A co, jeśli się nie zgodzę?

– Zabiję cię – przełożył nadziak z ręki do ręki. – A potem wskrzeszę i zmuszę do zrobienia tego, co zechcę. Nie zmuszaj mnie jednak do tego. Radym cię widzieć żywą, pani Halszko. Bo wiesz… Ja cię chyba lubię.

Wieczorem minęli Wasylków, ale nie zatrzymali się na nocleg w gospodzie, tylko posuwali się dalej. Halszka niechętnie oddała Krukowi siwka, a sama dosiadła Korybutowego kasztanka. Jechali lekkim kłusem. Nad otaczającymi Kijów polami światło gwiazd było wystarczająco mocne, żeby w nocnych ciemnościach mogli dostrzec szeroki gościniec.

Summa summarum, chcesz waść, żebym cię osłaniała, kiedy ty zajęty będziesz bezczeszczeniem grobu księcia Jarosława, w samym sercu Sofii Kijowskiej? Czy dobrze zrozumiałam? – Halszka podsumowała długi wywód Kruka dotyczący ich wspólnej działalności.

– Można i tak to ująć. Chociaż to dość brutalne postawienie sprawy. I miarkuj, pani, że nie zamierzam niczego bezcześcić. Nakłonię tylko mądrego kniazia, żeby udzielił mi nieco swojej legendarnej mądrości, to wszystko – nekromanta po raz kolejny zażył tabaki i podał towarzyszce rogowe puzderko. – Poczęstuj się, doda ci sił.

Kobieta wzięła szczyptę proszku i zawahała się, ale zachęcona przez trupiarza wciągnęła go głęboko do nosa. Zakręciło jej się w głowie tak, że mało nie spadła z siodła, a gwiazdy nad jej głową zaiskrzyły kolorowo.

– Cóż to jest? – Spytała. – Bo raczej nie zwyczajna tabaka?

– Nie, hmm… Otóż to moja autorska mieszanka. Tytoń tabaczny dojrzewa razem z liśćmi piołunu, chmielu i pokrzyku, a potem jest mieszany jeszcze z kilkoma składnikami znanymi tylko mnie. Poczekaj chwilę, a zaraz się przekonasz, jak działa.

Rzeczywiście po chwili w głowie kobiety coś zaczęło się dziać. Spostrzegła przede wszystkim, że widzi w ciemności o wiele lepiej, niż do tej pory. Słuch również jakby się jej wyostrzył. Myśli poczęły szybciej poruszać się w jej umyśle. Czuła dokładnie każdy cal swojego ciała i była świadoma każdego jego członka, a nawet każdego włosa na głowie, jakby oglądała siebie z zewnątrz. Niebo nad jej głową przybrało wyblakłe barwy różnych kolorów tęczy w miejsce dotychczasowego granatu, a ziemia poczęła falować niczym morze.

– Do licha, mocna rzecz! – westchnęła i zanurzyła się w majakach. Wezwane licho stanęło na skraju drogi, ale ujrzawszy nekromantę, czmychnęło, gdzie pieprz rośnie. Mężczyzna uśmiechnął się pod wąsem i powiedział:

– Dostaniesz tego więcej, kiedy przystąpimy do działania. Pomoże ci lepiej i szybciej robić szablą. A tymczasem jedźmy, zatrzymamy się za Hołosiwskim Chutorem i prześpimy się trochę.

← Część 2.

Część 4. →