Halszka rozsiodłała konia. Oba – wierzchowca i luzaka, uwiązała przed gankiem. Otrzepała kurz z ramion, pchnęła ciężkie dębowe drzwi do gospody i weszła w zadymiony półmrok. Stojący za szynkwasem Żyd zbladł na jej widok, ale ujrzawszy błysk monety, bez słowa protestu podał kobiecie jęczmienne piwo i w mig poleciał po półgęski, chleb i duszoną rzepę. Bał się jej, widać. Nie dziwota.

Przez lata patrzyła, jak ludzie odwracali wzrok od jej przeoranego bliznami lica. Przywykła. Jedna z wielu sierot po wojnie z Moskwą, wychowana przez wiejską babkę, która mieszkała była na obrzeżach należącego niegdyś do Plutów lasu, nie znała innego życia – tylko gościniec i wszystko, czego ów gościniec ją nauczył. I tylko czasem, szczególnie w długie zimowe noce, nawiedzała ją ta nieznośna myśl: czy nie lepiej by jej było siedzieć we dworze, haftować, grać w szaszki, a wieczorem modlić się do Najświętszej Panienki o rychły powrót taty? Ale nigdy nie miała okazji tej myśli sprawdzić, bo ani dworu nie miała, ani taty, co to go Diabeł Stadnicki ponoć własnoręcznie usiekł.

Rozejrzała się po szynku. Pomieszczenie wypełniała mieszanina zapachów jedzenia, alkoholu, dymu i ludzkiego potu. W kącie kilku kozaków grało w kości z dwoma najemnikami niemieckiego autoramentu. Wciśnięta między stojące pod ścianą beczki młoda dziewczyna, może czternastoletnia, karmiła niemowlę piersią. Pod przeciwległą ścianą, u szczytu długiego stołu, siedział lirnik. Koniec jego siwej brody wpadł do kubka z czymś dobrym, ani chybi postawionym mu przez jakiegoś zachwyconego słuchacza. Starzec chłeptał zachłannie, a siedzący obok mały chłopiec, przewodnik zapewne, wpił zęby w pieczoną cebulę.

Przysunęła się do bajarza. Lirnicy i kobziarze zawsze byli dobrze poinformowani, a Halszka na gwałt potrzebowała informacji.

– Mogę się przyłączyć, dziadku? – Indagowany skinął głową i pociągnął długi łyk. – Jak macie na imię?

– Imię? – Przełknął, otarł wąsy. Teraz wyraźnie było widać miód ściekający po brodzie wprost na połataną sukmanę. – Nikt nigdy nie pyta lirnika o imię. Śpiewaj, mówią, bajkę powiedz. A imię moje ich gówno, za przeproszeniem jaśnie pani, obchodzi. – Milczał przez chwilę, mełł coś w ustach, jakby okruch chleba przykleił mu się do podniebienia, po czym zamruczał półgłosem – Kiedyś byłem młody, miałem silne ręce i bystre oczy. Bracia przezywali mnie Wernyhora. Mykoła śmiał się, że łatwiej zawrócić górę, niż mnie do czego przekonać. Zawróć górę, wołali za mną. Werny horu. A teraz jestem stary i ślepy. I już nie tak uparty, jak kiedyś. Moje imię zostało w przeszłości. Nikogo nie obchodzi. Ale twoje… Twoje imię Halszka Krzywda.

Bravo, dziadku. Dobrze zgadliście. Halszka Krzywda sum. Powiedzcie no, co to za sztuczka? Na czole mam napisane? Własny herb na licu wypalony, że wam chłopiec podpowiedział, co? – spytała między jednym a drugim kęsem parującego półgęska, który właśnie postawiła przed nią młoda karczmareczka.

– Mało jest w Rzeczypospolitej dam szlachetnych, co jeżdżą uzbrojone po gościńcach. Skąd wiem? Jestem ślepy, ale nie głuchy. Węch także mam psi. Czuć od waszmość pani koniem i krwią. Czuć też gorszy odór, smród złej siły, stęchliznę magii. Szabla brzęczy, kiedy chodzisz po izbie. Jesz szybko, bo prowadzisz pościg za swoją zwierzyną.

– Istotnie, poluję właśnie – zniżyła głos. – Tym razem na kruki. Skoroście, dziadku, tak bystrzy, powiedzcie: możeście słyszeli co nieco właśnie o mojej zwierzynie?

– Kruki żywią się padliną – stwierdził spokojnie Wernyhora. – Ale Kruk, którego szukasz, używa padliny w zgoła innym celu. Stąd, aż do Siczy nikt o nim nie mówi, ale wszyscy o nim wiedzą. Śmierć idzie z nim ramię w ramię. Trupiarz, tak go nazywają. Szepczą i boją się go.

– Nic dziwnego. Jest poszukiwany za paranie się czarną magią i niegodne praktyki związane z bezczeszczeniem zwłok. Słyszałeś może, gdzie jest? Siedem niedziel temu był w Białej Cerkwi, jestem tego pewna.

– Może słyszałem, a może nie słyszałem… – lirnik pociągnął kolejny długi łyk z kubka, po czym z zawieszonej u pasa sakiewki wyciągnął nabitą fajkę. Chłopiec podał mu ogień od świecy stojącej na środku stołu i po chwili spowiły ich kłęby tytoniowego dymu. Halszka dokończyła posiłek i sięgnęła do schowanego pod ubraniem mieszka. Kiedy o stół brzęknął srebrny półtalar, Wernyhora ożywił się wyraźnie i uśmiechnął, kładąc sękatą łapę na monecie.

– Czy słyszałem? Słyszałem, że straszne rzeczy dzieją się na świecie. Ludzie gadają, że widzieli trupiarza w Białej Cerkwi, a potem w Chwastowie. Ponoć plugawił cmentarze i mordował dzieci. Inni mówią, że jest wilkołakiem i sam zamienia się w potwora, kiedy zechce. Ale ja w to nie wierzę, chociaż nie zawadzi, jeśli przetopisz kilka talarów na srebrne kule. Ołowiana nic nie pomoże przeciw wilkołakowi.

– Bajasz, dziadku – wykrzywiła się paskudnie, a blizny na jej obliczu wygięły się tak, że stało się niepokojąco nieludzkie. Chłopiec cofnął się od razu, ale starzec, ślepy przecież, siedział w miejscu, jak przymurowany i palił.

Krzywda zaśmiała się w duchu. Wilkołki, zmiennoskórzy… Ludzie gadają głupoty. Widziała wprawdzie w całym swoim życiu dwie południce i jedną berehynię, a kiedyś była przekonana, że natrafiła w puszczy na ślady lesowika, ale pamiętała również swoje poprzednie spotkanie z Łazarzem Krukiem i była pewna, że nie jest potworem. Mordercą i nekromantą – tak. Ale nie wilkołakiem. Wilkołak miałby inne zęby. Dobrze chociaż, że wciąż jest gdzieś w okolicy.

Dopiła piwo i wyszła z zadymionej izby. Przeniosła siodło na drobnego siwka, którego kupiła w Żytomierzu jako luzaka, a otrzymanego od Korybuta kasztanka wzięła na uwiąz. Musiała się śpieszyć. Była w drodze już dziesięć dni. Tempus fugabat.

Ruszyła na wschód, kijowskim traktem, lecz po przejściu brodu na Teterewie odbiła lekko na południe, kierując się w stronę Chwastowa. Cały czas rozmyślała nad treścią dokumentu, który ukryła starannie we wszytej w pas kieszeni, a który to oddalił od niej groźbę rychłej egzekucji. Starczą ręką księcia wojewody było w nim napisane tak:

Ja, Konstanty Wiśniowiecki, omissis titulis, wykonanie wyroku śmierci na Halszce Pluto herbu Krzywda za wielokrotne morderstwo mocą mi nadaną odraczam. W zamian obliguję imć panią do dostarczenia dowodu śmierci niejakiego Łazarza Kruka, ściganego koronnym listem gończym pod zarzutem uprawiania czarnej magii i podejrzanego o zwłok bezczeszczenie. Nadaję też imć Halszce Pluto możliwość podjęcia wszelkich działań, zgodnych lub niezgodnych z prawem, celem schwytania poszukiwanego. W wypadku niewywiązania się z obowiązku powyższego do dnia Świętego Marcina Anno Domini MDCXL, nakazuję pani Halszce stawienie się u starosty lwowskiego i oddanie w ręce sprawiedliwości.

Dumna była z dyskretnie rzuconego uroku. Mimo zmęczenia, tych kilku dni w ciemnicy i spętanych rąk, udało jej się utrzymać zaklęcie na tyle długo, że kniaź zdążył ów glejt podpisać. Wyczerpało ją to, spowolniło, ale dało tak upragnioną wolność. Ale… Zawsze pozostawało jakieś „ale”.

Co, jeśli trupiarza nie znajdzie? Przez lata, które spędziła na traktach, jedynie dwa razy nie dopadła swojej zwierzyny. Jednak to się zdarza, nawet u najlepszych. A nawet jeśli dostarczy ciało, to i tak ją zabiją. Ją, która w pojedynkę potrafi położyć pięciu uzbrojonych mężczyzn samą szablą, ordynarnie nabiją na pal, a gapie będą w nią rzucać zgniłymi burakami i śmiać się. Trzeba było zaryzykować. Korybut nie dał jej innego wyjścia.

Z zamyślenia wyrwał ją hałas. Zaszeleściły przydrożne krzaki i na dukt wypadło sześciu chłopa, z pałami i cepami, a ten, który zagrodził jej drogę, miał za konopnym paskiem zatkniętą siekierę.

Nu, nuSamyj, samesenkyj u lisi… – ten z siekierą gwizdnął pod nosem. – To ż to nebezpeczno. Krywda jaka hotowa statysia…

– Zejdź mi chamie z drogi, albo pokażę ci, komu tu się zaraz krzywda stanie – Halszka mówiła spokojnie, ale jej ręce naprężyły się, gotowe w każdej chwili sięgnąć do olstrów z pistoletami.

Iwasyk, ce ż baba! – Zarechotał drugi, brodaty łachudra z cepem i oblizał się obleśnie.. – Trymaj konia! My zaraz babu na sino zaberemo, zabawymosia! Tam mjako, pryjemno! – Reszta zaniosła się paskudnym, lepkim jak wymiociny, śmiechem.

Nu dobra! – Uśmiechnął się Iwasyk, zbliżając się do wierzchowca z wyciągniętą łapą, jakby faktycznie chciał chwycić za wodze. – Złaź z konia, babo!

Halszka nie zlazła. Błyskawicznie wyszarpnęła pistolety i wypaliła z obu naraz. Zbój z siekierą padł na drogę, trzymając się za brzuch. Drugi dosłownie stracił twarz – kula urwała mu kawał nosa. Stał jeszcze przez chwilę, zanim dotarło do niego, że umarł. W końcu runął bezwładnie w krzaki. Trzeci rzucił się na nią, usiłując ściągnąć ją z siodła, ale zdzieliła go kolbą od pistoletu w łeb i stracił przytomność. Łokciem zdzieliła następnego, który usiłował wleźć jej na plecy. Poczuła jego miękki brzuch, a chwilę później zbój zwijał się za ziemi jak wyrzucony z wody piskorz. Spięła konia. Wierzchowiec posłusznie kopnął delikwenta z obu tylnych. Chłop poleciał, jakby ktoś z armaty wystrzelił szmacianą lalkę. Zatrzymał się dopiero na najbliższym drzewie.

Dobyła szabli. Dwa pozostałe rzezimieszki nie chciały dać za wygraną, chociaż w ich oczach dostrzegała lęk. Wycofywali się powoli w stronę ściany lasu, ściskając w rękach sękate pały. Halszka puściła luzaka i natarła. Pierwszy krzyknął i chwycił się za ucho, a właściwie za miejsce, w którym to ucho jeszcze przed chwilą było. Drugiego minęła zgrabnie, a przejeżdżając obok cięła w potylicę. Chrupnęła kość, ciało z głuchym łoskotem upadło na zryty podkowami piach. Obejrzała się przez ramię, ale nie trzeba było poprawiać.

– A teraz ty chamie, nadstaw to ucho, com ci je oszczędziła – wycedziła w stronę wciąż jęczącego zbója. – Pozbierasz kumotrów, wejdziesz w las, zaszyjesz się w spróchniałej chacie, którą nazywasz domem i przez rok cały nosa stamtąd nie wyściubisz. Na proceder nie pójdziesz. Bo jak pójdziesz… – nie dokończyła. Podetkała mu zakrwawione pióro szabli pod nos. Ten argument zwykle lepiej przemawiał do wyobraźni.

Wybaczannia dopraszajusia, jasnje pani!

– Nie jęcz mi tu. Towarzystwo pozbieraj i precz!

Luzak odszedł parę kroków, ale nie spłoszył się. Podjechała do niego i ująwszy za wodze, pogładziła zwierzę po chrapach. Dobre wojskowe wierzchowce, nie boją się śmierci – pomyślała. Do koni miała znacznie większy sentyment, niż do ludzi.

Ruszyła stępem, nabiła pistolety i umieściła je na powrót w olstrach. Przeszła w kłus. Krew niedługo przywabi wilki albo coś znacznie od nich gorszego, a wtedy lepiej być daleko. Straciła już na tę hołotę wystarczająco dużo czasu.

← Część 1.

Część 3. →