II

Ciemne korytarze wiodły ich wciąż w dół. Marek zastanawiał się, jak głęboko mogą się znajdować. Bywał kilkukrotnie w udostępnianych turystom kopalniach, ale to doświadczenie nie pomagało mu w ocenie odległości. W mroku tracił poczucie czasu i przestrzeni. Jedynym jasnym punktem w tunelu było niesione przez Ululę światełko. Szli zatem wiedzeni drżącym nimbem lampy i niemal nie odzywali się do siebie.

Chłopak wolał nie myśleć o tym, co czeka go na końcu tej drogi. Wiedział sporo, zapamiętał szczegółowo wszystko, co opowiedział im tutejszy Goetz, ale póki co topił tę wiedzę pod taflą niepokoju, nie pozwalając jej wypłynąć na wierzch.

Obserwował idącą przed nim dziewczynę – wyłaniający się z ciemności profil o ostrym, jakby ptasim nosie, szczupłe ciało i frędzle czy też strzępy, poruszające się przy każdym ruchu. Szła równo, miarowo, jak wytrawny piechur. Nie kręciła biodrami jak modelki na wybiegu ani nie stąpała delikatnie niczym tancerka. Parła do przodu na lekko ugiętych nogach, bardziej przypominając łowczynię goniącą już zranione zwierzę. I to Marka urzekało.

Dość miał mijania na szkolnych korytarzach lasek, identycznych jak od sztancy, podążających za tymi samymi trendami i kupujących w tych samych sklepach. Owszem, były ładne, niektóre nawet bardzo, ale katalogowa powtarzalność tej urody odrzucała go. Nie uganiał się za dziewczynami, nie odczuwał takiej potrzeby, wystarczająco dobrze czując się we własnym towarzystwie. Aż do teraz.

Ulula zatrzymała się nagle, chłopak wpadł na nią i objął w pasie, usiłując złapać równowagę. Cofnął się.

– Przepraszam – wyszeptał.

– To nic – mruknęła i uśmiechnęła się. – Spójrz!

Ścieżka urywała się nagle, przecięta szeroką rozpadliną, ziejącą absolutną czernią. Marek zgarnął z podłoża grudkę żwiru i rzucił w ciemność. Nie usłyszeli odgłosu uderzenia o dno przepaści, chociaż czekali ponad dziesięć sekund. Chłopak zaklął szpetnie i splunął w ślad za upuszczonym kamykiem. Tymczasem Ulula, która od jakiegoś czasu badała ściany korytarza, oświetlając je snopem słabnącego światła, szarpnęła Marka za ramię.

– Tam – powiedziała, wskazując wąską, przypominającą gzyms, półkę na ścianie.

– Myślisz, że się uda? – Przełknął ślinę.

– Musi. To jakieś pięć, może sześć metrów…

– Po ścianie!

– Po półce – uspokoiła go. Sięgnęła w rozcięcie tuniki i z zanadrza wydobyła niewielki przedmiot. Skruszyła go w palcach i potrząsnęła. Światełko chemiczne. Marek poznał je dzięki wielogodzinnemu graniu w strzelanki.

– Ostatnie – mruknęła, – na czarną godzinę.

Skinął głową i patrzył, jak chudziutka dziewczyna bierze zamach. Zwinęła się niczym bejzbolista i cisnęła świetlik ponad rozpadliną. Z cichym stuknięciem zatrzymał się po drugiej stronie, jarząc się bladoczerwonym, ledwie widocznym blaskiem.

– Tam idziemy. Wejdź pierwszy, ustaw się. Poświecę ci, a później zgaszę latarkę i ruszę za tobą. Pamiętaj – położyła mu dłoń na obojczyku, – trzymaj się ściany i skoncentruj się na tamtym znaczniku.

Ponownie skinął głową, nie mogąc wyksztusić słowa przez serce pchające mu się do krtani. A potem była już tylko skalna ściana. I kompletna ciemność.

Kiedy doszedł do ledwie żarzącego się światełka, nogi się pod nim ugięły i wylądował kolanami na żwirze. Po chwili trwającej dwa głębokie wdechy gdzieś obok rozbłysła latarka i rozległ się miękki, troskliwy głos Ululi.

– Wszystko w porządku?

– Tak – wydyszał. – Idziemy?

Kiedy pomagała mu stanąć na nogi, ich dłonie i nadgarstki zetknęły się na chwilę. Chłód skóry dziewczyny przeszył go dreszczem, ale wrażenie szybko minęło. Otrzepał spodnie, ruszyli.

Wejście do Labiryntu wyglądało dokładnie tak, jak opisał je tutejszy Goetz – niewielka furta, strzeżona przez dwa kamienne sfinksy. Skrzydła stworzeń, podobnie jak same drzwi, wykonano z lśniącej w świetle latarni miedzianej blachy, noszącej gdzieniegdzie ślady zielonkawej śniedzi. Marek wyciągnął rękę, jakby chciał sięgnąć do obłej klamki, ale Ulula pochwyciła jego dłoń. Spojrzał w jej żółte, odbijające światło latarki oczy i wtedy dziewczyna pocałowała go. Krótko, zaledwie kącikiem ust musnęła jego wargi, ale on i tak wstrzymał oddech, jakby bał się, że z wydechem utraci nikły posmak jej ciała.

– Powodzenia – wyszeptała. – Dalej musisz iść sam.

– Wiem. Ulula…

– Tak?

– Dziękuję, że tu ze mną zeszłaś.

– Drobiazg – skłamała. – Idź już, odzyskaj swoje życie. I pamiętaj, nie oglądaj się za siebie!

Przytaknął i sięgnął po klamkę. Drzwi Labiryntu ustąpiły z nadspodziewaną lekkością. Gdzieś w oddali rozbłysły światła i korytarz przed nim zalało światło kopalnianych lamp, rzucających ostre, wyraźne cienie. Mijał już czwartą lub piątą z nich, kiedy zatrzymał się, znów wiedziony niejasnym przeczuciem.

Ulula nie wołała go, nie odezwała się ani słowem. Ale Marek i tak się obejrzał. Kiedy tylko dostrzegł jej szarą, oświetloną bladym blaskiem latarki postać kątem oka, korytarz przed nim z trzaskiem zaczął się walić. Dopiero wtedy krzyknęła. Chłopak odskoczył przed spadającym odłamkiem skały i potykając się o własne nogi ruszył do wyjścia. Nie zatrzymał się, dopóki nie wpadł na dziewczynę, zamarłą w przerażeniu tuż za drzwiami.

– Coś ty zrobił – wychrypiała. – Jak teraz wrócisz?

– Nie wrócę – odpowiedział głosem z trudem przebijającym się przez huk kamiennej lawiny, tworzącej rumowisko w miejscu, które jeszcze przed kilkoma minutami było wejściem do Labiryntu. – No, może kiedyś.

– Wracajmy – Ulula pochwyciła dłoń chłopaka i niespodziewanie zdzieliła go drugą ręką w ucho.

– Au! Za co?!

– Za ciąganie mnie przez pół Łukomroku bez potrzeby!

Rozmasował skroń, pewny, że właśnie nabiera żywoczerwonego koloru. Objął Ululę i pocałował ją, jak umiał najlepiej. A potem ruszyli ku górze.