I

Marek zamrugał kilkukrotnie, ale ciemność pozostawała smoliście nieprzenikniona. Po chwili, gdy jego oczy przyzwyczaiły się już do mroku, dostrzegł krawędź ściany najbliższego budynku. Wyciągnął przed siebie drżącą rękę i macając mur ruszył przed siebie.

Zimny pot oblał mu kark i ściekał teraz po łańcuszku medalionu. Chłopiec w drugiej dłoni wciąż ściskał wisior i czuł, jak drobne igiełki ukłuć rozchodzą się od miejsca na skórze, które dalej stykało się z taflą nibyrtęci, jakby metaliczna powierzchnia miała temperaturę ciekłego azotu. Przypomniał sobie szkolną wycieczkę do Instytutu PAN, naukowca demonstracyjnie zanurzającego świeżo ściętą różę w dymiącej bańce skroplonego gazu i zamarznięty kwiat łamiący się jak wyschnięta trzcina. Marek cofnął palec i zatrzasnął medalion, po czym wrzucił go z powrotem pod sweter. Nie chciał wiedzieć, co by się stało, gdyby jego ręka miała złamać się jak tamta róża.

Dotarł do rogu budynku. Odetchnął głęboko, jednocześnie wciągając do płuc organiczny smród rozkładu. Rozkaszlał się, splunął. Co to za miejsce? Z pewnością nie miasto, które znał. Spojrzał w niebo.

Przez warstwę grubych chmur przebijały pojedyncze gwiazdy, ale nie umiał rozpoznać żadnej konstelacji. Żałował teraz, że nie przykładał większej wagi do astronomii, ale jednocześnie był przekonany, że nawet gdyby z geografii i fizyki miał z góry na dół same piątki, szkolną wiedzę mógłby i tak wyrzucić przez okno. Gdyby oczywiście miał w tym momencie okno.

Ruszył dalej, palcami lekko muskając ścianę. Pod stopami coś chrzęściło nieprzyjemnie, jak deptane płatki śniadaniowe pokryte warstwą starego kisielu. Marek cieszył się, że nie widzi teraz swoich czerwonych tenisówek, bo domyślał się, że już dawno przestały być czerwone.

Nagle palce chłopaka trafiły w pustkę przejścia. Z otworu nie śmierdziało już zgnilizną, tylko wionęło stęchłą piwnicą i potem, jak w szatni po dwóch godzinach wuefu. Marek zatrzymał się i skierował twarz ku otwierającemu się po jego prawej stronie korytarzowi. Zamknął oczy i pociągnął nosem.

Pod stęchlizną i potem było coś jeszcze, jakby… mokre orzechy? Butwiejące liście? Chłopiec zastanawiał się tylko chwilę. Doszedł do wniosku, że lepsze mokre orzechy niż zgnilizna, lepszy korytarz niż prowadząca donikąd ulica. Wszedł w czerń przejścia, a po kilkunastu krokach usiadł na zimnym chropowatym kamieniu posadzki. Zaplótł ręce wokół podkurczonych pod brodę kolan, opanowując dygotanie całego ciała, i nie wiedząc nawet kiedy, zasnął.

Z odrętwienia wyrwało go dźgnięcie w wątrobę. Przerażony skulił się jeszcze mocniej, wciskając się w spękaną ścianę. Otworzył oczy i zapłakał, oślepiony jasnym światłem lampy. Poza kręgiem blasku stała jakaś postać, wyciągając ku Markowi długi kij. To chyba nim został boleśnie szturchnięty.

– Już myślałam, że nie żyjesz – powiedziała postać z nutą zawodu w głosie. – Martwy mógłbyś mi się przydać, a tak…

– Kim… Kim jesteś? – Wyjąkał.

– Ulula – odparła.

– Super – przyznał. Nigdy wcześniej nie słyszał, żeby jakiejkolwiek dziewczynie, bo chyba była to dziewczyna, nadano imię Ulula. To jakaś forma od Uli? – Marek. Możesz opuścić latarkę? Świecisz mi po oczach.

– Ach, jasne – snop światła zsunął się z jego twarzy, padając jasną plamą na przypominającą granit posadzkę. Oczy chłopaka przestały łzawić i mógł uważniej przyjrzeć się Ululi, od bosych stóp, brudnych i poranionych, przez strzępiastą jak sukienka do samby tunikę, okrywającą drobne ciało, aż po ogoloną głowę, pokrytą zaledwie krótką szczeciną jasnoszarych włosów. Frędzle tuniki zaszeleściły cicho, gdy dziewczyna ostrożnie zbliżyła się do Marka, a potem z ociąganiem podała mu rękę i pomogła wstać jednym, niezwykle silnym szarpnięciem ramienia. Twarz chłopaka znalazła się nagle na wysokości ust Ululi, Marek dostrzegł jej wąskie wargi, odsłaniające drobne zęby drapieżnego zwierzęcia i oczy, żółte jak odblaski rowerowe. Dziewczyna zmrużyła je teraz i cofnęła się kilka kroków.

– Nie jesteś stąd, prawda?

– To znaczy, skąd? – Marek otrzepał dżinsy i przeszukał kieszenie. Na szczęście nic z nich nie zginęło.

– Tak myślałam – mruknęła. – Lepiej, żebyś nie siedział tu sam. Byłoby szkoda, gdyby coś cię zjadło.

Szarpnęła Marka za ramię i pociągnęła w głąb korytarza, dalej od ulicy. Szli długo, ciągiem przejść, schodów, arkad i tuneli. Palce Ululi cały czas wpijały się w łokieć chłopaka, ograniczając mu pole manewru. Kilkukrotnie próbował zagadnąć, zadać jakieś pytanie, ale przewodniczka za każdym razem uciszała go sykiem, jednocześnie rozglądając się czujnie, jakby wypatrywała czającego się w mroku zagrożenia.

Dotarli w końcu do większej komory, kilka kondygnacji poniżej poziomu chodnika i zatrzymali się. Dziewczyna rozluźniła chwyt, otarła nadgarstkiem spocone czoło. Jej oczy zalśniły w ciemności, kiedy obróciła się do Marka i zażądała wyjaśnień.

– Chętnie, gdybym sam wiedział, o co w tym wszystkim chodzi – burknął.

– To opowiedz mi, od początku.

– Od początku? Dobra – podrapał się po głowie, westchnął i zaczął krążyć wokół swojej przewodniczki. – Zbieram różne drobiazgi, wiesz, stare monety, zdjęcia, figurki, pamiątki.

– Po co?

– Po co zbieram? – Potwierdziła skinieniem głowy, a on wzruszył ramionami w odpowiedzi. – Nie wiem, nie jestem pewien. W tym momencie zresztą to nieważne. Do rzeczy… – Marek skrótowo opisał, jak wszedł w posiadanie medalionu i na potwierdzenie wyjął wisior spod swetra. – Pamiętam, jak dotknąłem jego wnętrza, a potem znalazłem się tutaj, kawałek od bramy, w której mnie znalazłaś.

– Poczekaj… – Ulula wciągnęła powietrze ze świstem, aż zachłysnęła się nim i zakaszlała. – Co powiedziałeś?!

– Że dotknąłem…

– Nie, wcześniej. Że sprzedał ci go Goetz?!

– Tak, antykwariusz. To przecież robią antykwariusze, no nie? Sprzedają stare, niepotrzebne choć wciąż ładne przedmioty?

Nie odpowiedziała. Wzięła chłopaka za rękę, tym razem dużo delikatniej, i poprowadziła go jeszcze głębiej, w stronę słyszalnego nieopodal plusku kanału. Marek w odpowiedzi przeplótł palce między jej palcami. Czuł, jak się rumieni, ale na szczęście otulająca ich ciemność, przerwana jedynie wąską strugą światła latarki, ukrywała jego twarz, teraz pasującą kolorem do brudnoczerwonych trampek.

Tocząca się pod ziemią woda roztaczała wokół siebie przenikliwy chłód i równie przenikliwy smród ścieków. Ruszyli wzdłuż brzegu kamiennego koryta, pod prąd płynących nim ścieków. Kilka razy wchodzili lub schodzili po betonowych stopniach, skręcali lub przeskakiwali nad szczelinami – Ulula oświetlała je latarką, chroniąc Marka przed upadkiem.

Szli w ciszy, którą chłopak przerwał dopiero po kilkunastu minutach.

– Dokąd mnie prowadzisz?

– Do Goetza. Jeśli on cię tu przysłał, być może pomoże ci wrócić do domu. Nie możesz zostać w Łukomroku zbyt długo. Nie pasujesz tu. Nie poradzisz sobie – ostatnie zdanie zakłuło go jak kolka.

– Myślisz, że bym sobie nie poradził? Nawet mnie nie znasz.

– Czuję to pod palcami – jej oczy zaświeciły w półmroku, gdy odwróciła się ku niemu. – Jesteś miękki i ciepły. A tu trzeba być twardym i zimnym.

Milczeli następne kilkanaście kroków, aż doszli do kolejnych schodów. Dziewczyna zatrzymała się, złapała Marka za ramiona i obróciła go ku sobie. Światło odłożonej na ziemię latarki nadawało jej twarzy niepokojący, złowrogi wyraz, podkreślając jeszcze nieludzki kształt zębów i ostre, ptasie rysy.

– Posłuchaj – zaczęła. – W trakcie wojny widziałam takich jak ty. Zarówno miejscowych, jak i przybyszów. Żadne z nich nie przeżyło. – Pociągnęła nosem, a potem mówiła dalej: – To nie jest miejsce dla ludzi. Już nie.

– Kiedyś było? – Wyszeptał.

– Och, kiedyś tak. Przed wojną, zanim musieliśmy zejść do podziemi. Ale po tamtych czasach został tylko smród krwi i odzieranie trupów leżących na ulicach. Tu, na dole, jeszcze można jakoś przeżyć. Ale to nie dla ciebie.

Bezceremonialnie pociągnęła Marka na schody i wprowadziła do wysokiej komory, podzielonej na mniejsze pomieszczenia, jakby ktoś poustawiał gęsto kioski na peronie stacji metra. Pomiędzy poszczególnymi klitkami, budami i przepierzeniami kręcili się ludzie, dziwna zbieranina postaci poubieranych w strzępy tkanin, ptasie pióra, skóry trudnych do zidentyfikowania zwierząt, a nawet kawałki rur i izolacji. Ale to mieszanina dźwięków i zapachów uderzyła w chłopaka najmocniej.

Przez cały dzień przemieszczali się w towarzystwie jedynie szmeru kanałów, kapania wody i echa własnych kroków. Teraz Marka zalała fala rozmów, pokrzykiwań, metalicznego stukotu i skwierczenia, zwieńczona grzywaczem zapachów – aromatu pieczonego mięsa, woni ludzkiego potu, lekkich nut perfum oraz korzennych przypraw.

– To… targ? – Spytał, chociaż odpowiedź miał tuż przed nosem. Ulula nie potwierdziła, ani nie zaprzeczyła, tylko wciągnęła nastolatka w tłum ludzi. Nikt nie zwrócił na nich uwagi, ale chłopak przyglądał się wszystkim, jakby chciał samymi oczami zrobić fotograficzną dokumentację całego podziemnego rynku. Być może jakiś zapach lub dźwięk odblokował właściwą klepkę w jego mózgu, bo nagle zatrzymał się i szarpnięciem dłoni zmusił przewodniczkę do tego samego.

– Czy ty powiedziałaś, że Goetz jest tutaj? – Syknął, podkreślając ostatnie słowo.

– No tak, a gdzie ma być? – Uniosła brew, obserwując zaskoczenie malujące się na jego twarzy.

– Ale przecież on był moim sąsiadem, całe życie go znam! Chyba bym wiedział, gdyby tak naprawdę mieszkał w Łukocieniu, co nie?

– Łukomroku – poprawiła go. – I nie, nie wiedziałbyś. Cholera, czy ty naprawdę jesteś kolekcjonerem? Jak na zbieracza bardzo mało wiesz o antykwariuszach.

Puściła rękę chłopaka i poszła dalej. Ruszył za nią, czując, jak potnieją mu dłonie. Przyłożył nadgarstek do czoła, żeby sprawdzić, czy nie ma gorączki. Głowa faktycznie była dużo cieplejsza niż powinna, ale nie był pewien, czy to kwestia podniesionej temperatury, czy zbyt zimnych rąk. Zaklął pod nosem i używając łokci, przepchał się przez gęstwę w ślad za Ululą.

Na przeciwległym końcu targu dostrzegł znajome drzwi, wmontowane bezpośrednio w skalną ścianę. Jego przewodniczka położyła rękę na klamce, pociągnęła, zahaczając o zawieszony nad framugą dzwonek. Weszli do środka.

Niewielki kantor antykwariatu był identyczny z tym, który Marek opuścił poprzedniego wieczora, chociaż teraz nie był pewien, ile właściwie czasu upłynęło. Czeluści Łukomroku wodziły, myliły ślady i utrudniały określenie dokładnej godziny.

Chłopak zastygł jak sarna w reflektorach samochodów, kiedy zobaczył stojącego za kontuarem mężczyznę. Stary sprzedawca, garbiący się nad zawaloną różnymi rupieciami ladą, podniósł wzrok i uśmiechnął się, obnażając dwa złote zęby.

– Mistrzu Goetz – pozdrowiła go Ulula.

– Witaj, drogie dziecko. A ty… – antykwariusz wbił wzrok w Marka. – Skądś cię znam, ale nie jestem pewien. Wybacz pamięci starego człowieka.

– Jestem Marek, panie Goetz. Rozmawialiśmy przecież wczoraj wieczorem!

– Niemożliwe. Aż tak źle ze mną nie jest – sprzedawca uśmiechnął się kwaśno.

– Ależ tak! Kupiłem od pana to – chłopak pociągnął za łańcuszek, wydobył spod swetra wisior i położył go przed Goetzem na pustym odcinku lady.

Starzec wyjął z kieszonki kamizelki binokle, przetrał je doskonale znanym Markowi gestem i osadził na nosie. Podniósł powoli medalion, przyjrzał mu się badawczo.

– Więc mówisz, że kupiłeś go ode mnie? – Spojrzał w oczy nastolatka ponad krawędzią cwikierów.

– No, tak – Marek przestąpił z nogi na nogę. – W antykwariacie „Goetz i synowie”, przy Szewskiej osiem.

– Na Ziemi?

Chłopaka zapowietrzyło. Oczywiście, że na Ziemi, niby gdzie? Czy stary go wkręca? A może…

– Panie Goetz – oblizał wyschnięte wargi. – Gdzie my jesteśmy?

– Nie powiedziałaś mu? – Spytał antykwariusz stojącej pod ścianą dziewczyny, a ta wykonała nieokreślony gest rękami, jakby chciała powiedzieć: „coś tam mówiłam, ale nie wszystko”. Starzec westchnął i znów zwrócił się do chłopca: – No cóż, wygląda na to, że Goetz z Szewskiej sprzedał ci klucz do Korytarza. Zapewne otworzyłeś medalion, dotknąłeś wnętrza, być może wypowiedziałeś jakąś formułę, a potem świat wokół ciebie rozmazał się i zmienił, mam rację?

Chłopak potwierdził. Zachwiał się, Ulula w ostatniej chwili przytrzymała go, żeby nie upadł.

– Powiedz, czy Goetz z Szewskiej nalegał, żebyś wziął medalion? Chciał ci go… jest takie słowo… O, wiem! Chciał ci go wcisnąć? – Dociekał sprzedawca.

– Nie. To znaczy – Marek odetchnął głęboko i wsadził ręce do kieszeni, chcąc ukryć ich drżenie. – To jakby sam medalion chciał… Wiem, jak to brzmi, ale kasetka zwróciła moją uwagę, przyciągała mnie. Pan Goetz nawet nie wiedział o jej istnieniu.

– Ciekawe, ciekawe – zacmokał Goetz z Łukomroku. – Nigdy wcześniej nie słyszałem o takim przypadku, ale biorąc pod uwagę liczbę możliwości, kiedyś musiało się to zdarzyć.

– Przepraszam: możliwości czego? – Marek powoli odzyskiwał kontrolę nad ciałem, krew z powrotem napłynęła na pobladłą twarz.

– Och, nie zaprzątaj sobie tym głowy, mój chłopcze – Goetz uśmiechnął się, błyskając złotymi zębami. – Powiedz lepiej, jak mogę ci pomóc?

– Szczerze mówiąc – wyszeptał Marek, – to chciałbym po prostu wrócić do domu.

– Tak, oczywiście. Chociaż to nie będzie takie proste.

Opuścili sklep Goetza po długiej rozmowie. Targ już powoli pustoszał, sprzedawcy rozchodzili się, obładowani torbami i plecakami lub pchając wypełnione niesprzedanym towarem dwukołowe wózki. Marek przysiadł na stole przed jednym z zamkniętych kramów, zakrył twarz rękami i wtulił głowę w kolana. Ulula oparła się o blat obok niego i objęła go delikatnie szczupłym ramieniem.

– Nie martw się, jakoś damy radę – powiedziała cicho tuż nad jego uchem.

– Och, tak. Z pewnością – sarknął. – To przecież łatwizna, dotrzeć na najniższy poziom, przejść najeżony śmiertelnymi pułapkami labirynt i w kompletnej ciemności odnaleźć Bramę tylko po to, żeby wrócić do nudnego życia bez żadnych przyjaciół, przesiadywania w szkole całymi dniami i spędzania całych nocy na słuchaniu kłótni rodziców.

– Przynajmniej masz dom – odparła. Chłopak wyprostował się, odwrócił w jej stronę i wziął Ululę za drugą rękę. Jej prawe ramię wciąż oplatało się wokół jego barków.

– Jesteś pewna, że nie mogę tu zostać? Mógłbym ci się przydać, naprawdę dużo wiem i w ogóle…

– A twoja kolekcja? Nie chcesz jej chyba porzucić? – Ręka dziewczyny powędrowała z ramienia na kark Marka. Zadrżał, gdy jej chłodna skóra dotknęła jego szyi, a potem wziął głęboki oddech i odpowiedział mocnym zaciśnięciem palców na drugiej dłoni Ululi.

– Walić kolekcję. Walić to wszystko. Moglibyśmy stanowić zgraną parę… To znaczy, zgrany zespół.

– Może tak… – uśmiechnęła się, ukazując wszystkie swoje nieludzkie zęby, aż Markowi odeszła ochota na jakikolwiek ciąg dalszy. – Ale myślę, że powinniśmy spróbować. Chodź, prześpimy się parę godzin. Niedaleko jest bezpieczne miejsce, odpoczniesz, pomyślisz, a jutro pójdziemy w stronę Labiryntu.

Noc spędzili w niewielkiej wnęce czegoś, co mogło być kiedyś przejściem technicznym w systemie instalacji. Marek długo nie mógł zasnąć. Ulula ułożyła się obok niego, odwróciła do chłopaka plecami i momentalnie zapadła w głęboki sen, a on leżał wpatrzony w ciemność. Z każdym płytkim oddechem wciągał do płuc zapach dziewczyny, ledwo wyczuwalną woń potu i mokrego pierza. Przewrócił się na bok, gdy twarde podłoże odcisnęło już na jego plecach swoje piętno i wtulił twarz we frędzle ubrania swojej przewodniczki. Przez chwilę miał nadzieję, że okażą się złudzeniem, sennym majakiem i zaraz obudzi się we własnym łóżku, wśród licznych drobiazgów składających się na jego kolekcję, ale tkanina oraz zapach mokrych piór nie tracił swojej realności.