Nie zdążyła. Już z drogi dostrzegła słup dymu bijący z chaty cioteczki Sławy. Przecisnęła się przez ciżbę na gościńcu, głównie za pomocą zadawanych tam i owam kuksańców, i skręciła w las. Wysokie buki przesłoniły upiorny widok, ale nie na długo. Krzywda przedarła się na przesiekę prowadzącą do domku wiedźmy i pognała biegiem w stronę wciąż tlącego się budynku.

Chata musiała wypalić się jak garnki w piecu – strzecha zgorzała doszczętnie, a belki krokwi zapadły się do wewnątrz niczym ścięte kosą trawy. W powietrzu unosił się uporczywy smród spalenizny, klejąc się do skóry i włosów, wypełniając nozdrza i wyciskając łzy z oczu. Halszka wpadła na pogorzelisko, rozglądając się uważnie, ale w obejściu nie było żywej duszy.

Upadła na kolana na środku majdanu. Wzniosła oczy ku niebu i w bezkresny błękit posłała serię przekleństw i wyzwisk. Los najpierw odebrał jej rodzinę, a potem nawet tę namiastkę domu, którą zyskała zupełnie niedawno.

Poczuła, jak wzbiera w niej wściekłość. Oraz jak wzbiera w niej Moc. Nie doświadczyła takiego zalewu Mocy, odkąd cioteczka Sława dopuściła ją do nawiększych tajemnic swojej profesji. A teraz, w tym przebłysku zwierzęcego gniewu, Moc wypełniała ją, jak wypity w nadmiarze alkohol. I podobnie jak alkohol, zawracała w głowie, ściskała żołądek i odbierała władzę umysłowi.

Krzywda uniosła się z ziemi, podpierając się rękoma na cembrowinie studni. Wziąwszy trzy głębokie wdechy, ukoiła skołatane nerwy i spowolniła tłukące się o żebra serce. Rozejrzała się ponownie, już trzeźwo, szukając wyjścia z sytuacji. I być może je znalazła.

Chałupa zgorzała do szczętu, ale z pożogi ocalała szopa, w której Krzywda przezornie ukryła była szablę i tobołek „na wszelki wypadek”. Potruchtała teraz w stronę komórki, na gnących się, odrętwiałych nogach, żeby wydobyć broń oraz zawiniątko. Wydobywszy je spomiędzy narzędzi i innych rupieci zagracających niewielką szopkę, wyprostowała się i spojrzała na północny wschód. Niebawem będzie musiała porozmawiać z księciem wojewodą. Nie mogło tak dalej być!

Gdy wróciła na majdan, dostrzegła ruch między drzewami, jakby cień przycupnięty pod starą lipą, tuż za granicą obejścia. Krzyknęła, ale cień nie ruszył się ani o krok, niczym słup soli. Zmacała rękojeść szabli i ruszyła w stronę linii drzew.

Zbliżając się do miedzy, dostrzegła, że właścicielem cienia spod lipy był stary kobzar, miejscowy grajek, dziad proszalny, którego znała z licznych wystąpień w trakcie jarmarków i odpustów. Stał, wciąż nieruchomy, ściskając w rosochatej dłoni gryf kobzy. Oblicze starca nie zdradzało objawów strachu, czy nawet zaniepokojenia. Czekał, aż Krzywda zbliży się do niego. I się doczekał.

– Wiesz, dziadku, co się tu stało – stwierdzenie, nie pytanie.

– Wiem, mościa panno. I jeśli chcecie, pomogę wam. Ale to nie będzie łatwe ni przyjemne – wymemlał.

– Chcę. Pomożesz – wyszeptała Krzywda.

– Wedle woli jaśnie panienki.