Zeschłe liście zaściełały zapomniany przez ludzi cmentarz gęstym całunem. Skrzypiały pod obcasami podkutych butów Łazarza Kruka, z szelestem przelewając się przez sylwetki zapadniętych mogił ledwo widocznych w mroku nocy.

Nekromanta zmierzał do rozwalonej kapliczki na środku kładowyszcza. Wyszczerbione bele niegdysiejszej świątyni sterczały ku górze niczym żebra wypatroszonego zwierzęcia. Śmierdziały podobnie – trupem, rozkładem i butwiejącym drewnem. Złamany prawosławny krzyż stał oparty o odrzwia chramu, rzucając długi, nieregularny cień w świetle księżyca.

Kruk nie miał ze sobą latarni. W blasku miesięcznym widział dostatecznie dobrze. Przekroczył teraz powalony krzyż i wszedł w wypełnione odorem śmierci ruiny. Uśmiechnął się.

Deski podłogi zajęczały przeciągle pod ciężarem mężczyzny. Trzask drewna odbił się echem od drzew otaczających nekropolię, przełamując ciszę nocy. Gdzieś w oddali zahukała sowa, nagły podmuch wiatru targnął gałęziami, strącając kolejne fale liści. Jednak Łazarz nie zwracał uwagi na hałasy. Nie po to przyszedł nocą na cmentarz.

Ukląkł na podłodze kaplicy i wydobył z niewielkiej skórzanej torby gromnicę. Ustawił świecę w niewielkiej mosiężnej podstawie na wyłamanych deskach, po czym wskrzesał ogień.

Na zatartych polichromiach ścian cienie rozpoczęły danse macabre. Kruk nie przywiązywał do nich większej wagi, patrząc jedynie kątem oka, czy któraś ze zjaw nie zbliża się do niego niebezpiecznie blisko. Upewniwszy się, że cmentarne cienie zbyt zajęte są pląsaniem w tanecznym korowodzie, znów sięgnął do tobołka. Zacisnął dłoń na niewielkiej aptecznej buteleczce wypełnionej brązowawym płynem. Odkorkował ją i zanurzył palec wskazujący w przelewającej się w szkle ludzkiej krwi.

Nakreślił wokół siebie dwa okręgi, pomiędzy które wpisał zaklęcie, na przemian stosując litery łacińskie, ruskie i hebrajskie. Gdy domknął pierścień, resztą posoki opisał własne czoło, skronie i szyję, zostawiając przy tym ciemnoczerwone plamy na białym koronkowym kołnierzyku swojego niemieckiego kaftana. Spuścił powieki i czekał, bezgłośnie przepowiadając zaklęcie.

Przez długi czas nie działo się zupełnie nic, jeśli nie liczyć cieni, których Totentanz przybrał teraz formę eleganckiego branle’a. Ale gdy wypaliła się ćwierć gromnicy, Kruk usłyszał ruch gdzieś za ścianą zdewastowanego ikonostasu. Gwałtownie otworzył oczy.

W krąg światła wszedł trup, kuśtykając wyraźnie. Hacząc połami podartego mniszego habitu o drzazgi podłogi, sunął powoli, a klekot jego luźnych kości wyraźnie rozbrzmiewał w cmentarnej ciszy. Z obciągniętej resztkami skóry czaszki zwieszała się wyleniała siwa broda cerkiewnego władyki, a na puste oczodoły opadała przeżarta przez mole skufia. Przed każdym kolejnym krokiem martwy mnich macał podłogę wokół siebie trzymanym w poczerniałych dłoniach okutym pastorałem, wzbijając przy tym tumany kurzu i drzazg oraz kolejne echa.

– Kto mnie wołał, czego chciał? – Wychrypiał władyka, wyszedłszy na środek kaplicy. Metalowy szpic jego laski sięgał właśnie do krawędzi ochronnego pierścienia, w którym wciąż klęczał Łazarz Kruk. Gdy pastorał ledwie dotknął liter w kręgu, znaki zadymiły, a mnich cofnął rękę, jakby się poparzył.

– Jego świątobliwość ojciec Nikifor… Powitać, powitać! – Nekromanta podniósł się z klęczek, ale nie opuścił zaklętego okręgu.

– Ot, swołota, bydlę przebrzydłe, łajza niemyta. Za plugawym czarostwem się chowasz, ludzi z mogiły siłą wyciągasz? Jakim prawem?! – Szczękał obnażonymi zębami trup. – Powiedz no, hultaju, coś ty za jeden? Psubracie chędożony!

– Święty ojcze, toż to nie przystoi, żeby z ust… – Kruk zadumał się na chwilę. – No, umówmy się, że „z ust” tak uduchowionej osoby tak łacno potok szczyn się wylewał. Nie godzi się, amiń głagolią.

– Potok szczyn? Ja ci zaraz pokażę, jak wygląda potok szczyn, kurwi synu, bluźnierco, świętokradco jebany! Wyjdź-no tylko z tego kręgu, co żeś go sobie jako tchórzem podszyty wytyczył, to inaczej pobałakajem!

– Nie turbujcie się, święty mężu – głos Łazarza przybrał przebłagalny ton, chociaż nie współgrał w żaden sposób z wyrazem rozbawienia na twarzy nekromanty, który pojawił się tam na widok czapy spadającej z łysego czerepu telepiącego się martwego duchownego. – Taką miałem nadzieję, że pobałakajem. Po to przyszedłem. Mam do was kilka pytań, władyko, a potem wrócicie do mogiłki, na sąd boży oczekiwać. To jak? Pohamujecie gniew? Szkoda waszego czasu, czyż nie?

Gdyby świętej pamięci biskup Nikifor miał płuca, pewnie właśnie brałby głęboki oddech na uspokojenie. Ale że nie miał, stanął tylko, przekręcił głową parę razy, aż coś w jego na wpół rozłożonym karku zachrupało donośnie, strzelił palcami u rąk – jeden, obciążony pierścieniem, odpadł wówczas, z głośnym hukiem uderzając na podłogę, ale mnich nie zwrócił na to uwagi – i zamarł w bezruchu.

– Pytaj, durniu, jak nie wiesz. Ale mam nadzieję, że cokolwiek zamierzasz, nie powiedzie ci się, a po tamtej stronie spod podnóżka tronu Pańskiego będę patrzył, jak wrzucają cię w czeluść piekielną.

– Byłem już w piekielnej czeluści – mruknął Kruk. – I powiem, że nie taki diabeł straszny, jak babę posyła. No, ale ja nie o tym.

Ad rem, czarowniku. Ad rem. – zakłapał żuchwą mnich.

– Otóż, imaginujcie sobie, świątobliwy ojcze, że poszukuję pewnego przedmiotu, który (jestem tego pewien), był niegdyś w waszym posiadaniu.

– Posiadałem wiele przedmiotów…

– Oko Mokoszy – rzucił stanowczo Łazarz Kruk. – Wiem, że wiecie, gdzie ono jest. Gdzie je schowaliście przed śmiercią.

Władyka zamarł. Trwał chwilę nieruchomo, jak słup soli, po czym odwrócił się na pięcie i macając drogę kosturem jął kuśtykać z powrotem w stronę ikonostasu. Wściekły Kruk wypuścił powietrze przez zęby i zacisnął pięści. Mnich zawył potępieńczo i padł na kolana.

– Boli, prawda? – Wyszeptał Kruk powoli. – Ciekawym, mniej czy bardziej niźli ognie czyśćcowe?

– Pierdol… się… czarnodzieju! – Wyszczękał Nikifor z wyraźnym trudem.

– Zrozumcie, władyko. Mam was w garści. Powiecie mi wszystko, jak na spowiedzi, to was do grobu odprowadzę i nawet wam skufię i pierścień dołożę, coście je po drodze zgubili. A dopóki nie powiecie, będę naciskał. Coraz mocniej.

Wykonał szybki gest ręką, a trup zwalił się na podłogę, jak w ataku epilepsji. Rzucające się po spękanych deskach ciało klekotało kośćmi, trzeszczała darta tkanina, jęczało drewno. Kruk rozluźnił nacisk, czekał.

– A jakem rzekł, kurwie macierze syn jesteś, zaprzańcu chędożony! Masz mnie, jako tego wróbla w garści. Ale ty chcesz gołąbkę na dachu. A gołąbka na dachu uleciała!

– Skończ obrażać moją matkę, władyko, bo nie przystoi. A jam jej nie znał, więc ani mnie to ziębi, ani grzeje – zaśmiał się ponuro. – Powiedz lepiej, co znaczy: „gołąbka uleciała”.

– Wywiozłem je. Wywiozłem Oko Mokoszy do Kijowa, a tam przejął je mój współbrat Kirył. Gdy się żegnaliśmy, właśnie jechał na świętą górę – Nikifor próbował dźwignąć się, wsparłszy się o pastorał, ale nie dał rady. Zaklęcie pozwoliło mu jedynie usiąść, jakby był porzuconą szmacianą lalką.

– Na Athos?! Złodziejski klecho! – Wściekłość wylała się na władykę i kości mnicha zapłonęły w półmroku oślepiającym bladoniebieskim światłem. Znów padł na ziemię, aż Kruk zdołał nieco powściągnąć nerwy. Ogień złości przygasł, wypuszczając Nikifora z uścisku.

– Nie dałbyś mu rady. Oko Mokoszy przerasta twoje wyobrażenie o mocy. Ty bawisz się ludzkim życiem lub śmiercią, a ono jest życiem i śmiercią. I czymś jeszcze – zawahał się, zanim dokończył: – bramą.

– Bramą? Dokąd? – Łazarz wydawał się zbity z pantałyku.

– Nie wiem. To, co było po drugiej stronie, zabiło mnie.

Zapadła grobowa cisza. Kruk przesunął wzrok z trupa na dopalającą się gromnicę, ze świecy na jaśniejące niebo, widoczne przez rozwalone krokwie dachu.

– Dobrze, mnichu. Powiedzmy, że ci wierzę. Nie mam więcej pytań.

– Czyli teraz…

– Tak. Spoczywaj w pokoju, biskupie Nikiforze. – Na polecenie Kruka trup wstał, jakby był marionetką i niebawem zniknął za ikonostasem, gdzie znajdowało się zejscie do jego mogiły. Chwilę jeszcze było go słychać, a potem zapadła miękka, gęsta cisza.

– Do zobaczenia w piekle – dodał pod nosem nekromanta i zdmuchnął świecę.