Widmo politycznej poprawności, czyli o reprezentacji

Flaga LGBT+ ilustruje tekst o reprezentacji w literaturze

Kończy się Pride Month – miesiąc poświęcony osobom i społecznościom LGBTQIA+. Zaś z nieheteronormatywną orientacją oraz tożsamością nierozłącznie związany jest temat reprezentacji osób LGBT+ w literaturze i filmie.

„Terror” politycznej poprawności

Nie wiem, jak Ty, ale ja bardzo często słyszę krytyczne głosy, dobiegające z prawej strony widowni. Że za dużo. Że po co? Że na siłę wprowadza się osoby LGBT+ na karty powieści czy scenariuszy. Szczególnie fani fantastyki przywiązani są do utartych schematów: mężczyzny-wojownika i damy w opresji, których pod koniec fabuły połączy namiętna, heteroseksualna relacja.

Oczywiście nieco generalizuję, ale chcę powiedzieć, że czasy się zmieniają. Nie dlatego, że dziś osób LGBT+ jest więcej niż kiedyś, ale dlatego, że wreszcie możemy otwarcie o nich mówić, tworzyć teksty, w których będą grały pierwsze skrzypce lub zaistnieją gdzieś w otoczeniu bohaterki lub bohatera. Bez jakiejkolwiek „nadreprezentacji”.

Literacki coming out

Jak podaje stowarzyszenie Miłość Nie Wyklucza, odsetek osób LGBT+ w społeczeństwie wynosi średnio 5 do 10% populacji. Rachunki są rozbieżne, ze względu na nierozpoznanie osób wciąż pozostających w ukryciu lub nieświadomych swojej tożsamości, ale przyjmijmy, że co najmniej 5% Polski to osoby spod znaku tęczy. Niby niewiele, ale w skali kraju daje to około 1,8 miliona ludzi.

Tymczasem osób naturalnie rudych jest globalnie mniej niż 2%, czyli około 600 tysięcy w skali Polski. Dlaczego nikogo nie dziwi postać literacka, która jest ruda, ale postać tęczowa wywołuje larum?

Przez setki lat nieheteronormatywność była bardzo mocno tabuizowana. Przypomnę, że w niektórych krajach Europy geje byli surowo karani za „czyny sodomickie” aż do II połowy ubiegłego stulecia. Społeczność LGBT+, nieposiadająca jeszcze wówczas tego szyldu, istniała w ukryciu, schowana głęboko w szafie, a tylko nieliczni mieli odwagę… nie, nie przyznać się, ale chociaż zostawić wyraźniejsze wskazówki co do swojej orientacji, jak Michał Anioł lubujący się w męskich aktach do tego stopnia, że nawet malowane przez niego kobiety mają stereotypowo męskie sylwetki, czy Shakespeare, w którego sonetach można doszukiwać się homoerotycznych wątków.

Dziś sytuacja się zmieniła. Nie tyle przybyło osób LGBT+, co zyskały one przestrzeń, by mówić o sobie głośno, bez owijania w bawełnę. Literatura (film, gry) odzwierciedla tę sytuację, tworząc przestrzeń do wypowiedzi dla osób nieheteronormatywnych. Nie dlatego, żeby „siać tęczową propagandę”, ale po to, by pokazywać złożoność świata, niemieszczącego się w ciasnych ramach uporządkowanej przez konserwatywne światopoglądy rzeczywistości.

Samorzutna tęcza

Pisząc, tworząc postaci, nie mam checklisty cech, które muszą spełniać. Nikt nie obliguje mnie do „zatrudnienia” co najmniej jednej kobiety, jednej osoby „niebiałej”, jednej osoby LGBT+ etc. Zamiast dążyć do tego, by tekst był możliwie inkluzywny i reprezentujący wszystkie odcienie ludzkości, przyglądam się temu wycinkowi świata, w którym żyję i staram się przenieść go w ramy mojej narracji.

Nie muszę szukać daleko. Mam to szczęście, że pośród kilkunastu osób LGBT+, które osobiście znam, większość otwarcie mówi o swoich doświadczeniach życia w polskim społeczeństwie, o problemach i radościach – dokładnie tak, jak robią to osoby heteronormatywne. Słucham, przetwarzam i piszę to, co obserwuję. Moje rozmowy z przyjaciółmi odbijają się w postaciach, z których część, tak jak Oriana Geber, okazuje się należeć do tęczowej ekipy.

Jestem przeciwny zakładaniu a priori orientacji postaci literackiej. Ta w końcu żyje własnym życiem, o czym pisałem już wcześniej. Ale gdy Oriana pokazała, że jest otwarta na odkrywanie swojej tożsamości, poszedłem jej śladem i stworzyłem sytuację, w której mogła wychylić głowę z szafy.

Uznaję osobowość bohaterki za punkt wyjścia i pozwalam jej kształtować swoją historię. A jednocześnie marzę o świecie, w którym orientacja czy tożsamość fikcyjnej postaci nie dziwi ani nie szokuje. Marzę o świecie, w którym mój znajomy może jawnie powiedzieć: „Mąż wziął mnie w weekend na ryby”. A ja mogę skinąć głową i stwierdzić: „Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście. Ja z żoną wyjeżdżam na weekend w góry”. Słowem – marzę o świecie, w którym naturalna różnorodność pozostaje naturalna, a to, że ktoś jest gejem lub lesbijką nie dziwi bardziej niż to, że ludzie miewają oczy w różnych kolorach. Owszem, większość tęczówek jest brązowa, ale 7% osób na świecie ma niebieskie oczy i nikt nie kruszy kopii o to, że powinno być inaczej.

Nigdy więcej radykalizmu

Na koniec chciałbym przypomnieć Ci krótki dialog z filmu Życie jest piękne Roberta Benigniego, w którym Guido, chcąc ochronić pięcioletniego synka Giosué przed narastającym we Włoszech końca lat 30. antysemityzmem, zamienia przesiąkniętą faszyzmem rzeczywistość w żart.

Giosué (czyta napis na witrynie cukierni): „Żydom i psom wstęp wzbroniony”.

Giosué: Dlaczego Żydzi i psy nie mogą wchodzić?

Guido: Po prostu nie chcą, żeby wchodzili. Każdy robi to, na co ma ochotę. Tam jest sklep metalowy. Do niego nie wpuszczają Hiszpanów i koni. Dalej jest drogeria. Wczoraj byłem tam z kolegą Chińczykiem, który zabrał kangura. Spytałem: „Można?”. Odpowiedzieli: „Nie chcemy tu żadnych Chińczyków ani kangurów!”.

Giosué: My wszystkich wpuszczamy do naszej księgarni.

Guido: Nie, dzisiaj my też tak napiszemy. Czego nie lubisz?

Giosué: Pająków. A ty?

Guido: Wizygotów. Jutro napiszemy: „Pająkom i Wizygotom wstęp wzbroniony”. Mam dość tych Wizygotów.

W swojej bezsilności Guido na wykluczenie odpowiada innym wykluczeniem. Nie chcąc straszyć chłopca, zrzuca przyczyny na obywatelską swobodę, chociaż już wówczas jest ona jedynie marnym złudzeniem.

Nie powinniśmy, jako osoby tworzące i osoby odbierające literaturę, wieszać na okładkach książek tabliczek z napisami „gejom i jednorożcom wstęp wzbroniony”. To krok w stronę radykalizmu, który za każdym razem prowadzi do przerażająco namacalnej tragedii.

Zamierzam nadal przyglądać się światu. Opisywać to, co widzę i dodawać to, o czym marzę. W nadziei, że któregoś dnia obudzę się i dostrzegę, że tęczowość orientacji czy rudość włosów stały się zwykłym elementem codzienności, nad którym przechodzimy do porządku, zamiast toczyć boje między obozami coraz silniej podzielonych społeczeństw.

Opublikowane przez Kamil Exner

Pisarz, copywriter, antropolog. Zapraszam na kamilexner.com

Jedna odpowiedź na “Widmo politycznej poprawności, czyli o reprezentacji

  1. Cóż racja ale tylko pozorna. Nazbyt często w recenzjach pojawia się termin”diversed” ew. „modern audience sensibilities” maskujący w istocie czynienie zarzutu z braku różnorodności etnicznej lub obyczajowej w książkach. Fantasy jest tym dość mocno dotknięta gdyż często toczy się w realiach przekształconej średniowiecznej europy gdzie kwestie praw kobiet czy mniejszości były cóż mocno ignorowane. O braku etnicznych aspektów czy transseksualistów nie wspomnę. I jak żyć? Można jak w serialowym „Kole czasu” robić z bohaterów inne kolory skóry i orientację niż w książkach. Gorzej kiedy nam się przez to rozjeżdża fabuła.

    Polubienie

Dodaj komentarz