Ponad trzy (sic!) lata temu pisałem tu, że nie potrzebuję sławy. Stwierdzenie to podtrzymuję – nie dążę do tego, żeby stać się kolejnym instagramowym celebrytą, rozpoznawalnym na ulicy dzięki sztucznie nadmuchanym zasięgom. Widzisz zresztą, że w social mediach nie ma mnie wcale tak dużo. Ale przez ten czas zrozumiałem coś o naturze pisania. I dziś chcę się tym zrozumieniem z Tobą podzielić.
Amy McNee, jedna z lepszych mentorek (?), motywatorek (?) osób twórczych – zastanawiam się, jakim słowem ją określić; możesz samodzielnie wybrać takie, które najlepiej ją opisze – wielokrotnie powtarza, że sztukę tworzymy dla zwrócenia na siebie uwagi. I faktycznie tak jest. Sztuka (w tym również literatura) jest wołaniem o dostrzeżenie, wołaniem o zauważenie i docenienie. Zawsze nim była. Jednak nie wiąże się to od razu z „parciem na szkło”.
Wstyd? Do kosza!
Sztuka jest emocjonalnym ekshibicjonizmem. Im bardziej bezwstydna, tym lepiej, o czym pisałem poprzednio. Powtórzę tylko, że to krępujący twórcę konformizm, konwenans i wstyd właśnie jest tym, co sztuce najbardziej szkodzi, co ogranicza jej szczerość i autentyczność.
Ale to nie znaczy, że obnażając się emocjonalnie przed Tobą pragnę być wyłącznie podziwiany. Pragnę Twojej uwagi, nie bezkrytycznego zachwytu. Jeśli sztuka jest relacją, a wszystko na to wygląda, jej podtrzymanie jest niemożliwe bez wzajemnej uwagi – Twojego dostrzeżenia mojej twórczości i mojej wrażliwości na Twoje potrzeby. Pisząc i czytając wchodzimy w całkiem intymną zażyłość, w której nasze emocje oddziela jedynie cienka kartka papieru (lub ekran czytnika). W takiej sytuacji potrzeba uwagi oraz uważności.
Sky There is no limit
Sztuka jest też przestrzenią rozkwitu, rozwijania skrzydeł. Domyślasz się zapewne, jak trudno rozwija się skrzydła, gdy człowiek wciśnięty jest w kąt społecznych oczekiwań, gdzie pióra ocierają się o chropawe ściany nie-zwracania-na-siebie-uwagi i bycia-posłusznym-obywatelem. Aby rozwinąć skrzydła, trzeba wyjść na środek, a więc zwrócić na siebie uwagę – nie po to, by stać tam i być podziwianym przez zaciekawiony tłumek niby cyrkowe dziwadło z wiktoriańskiego gabinetu osobliwości, ale po to, by wzlecieć i odkryć wreszcie, że życie ma trzy wymiary.
Stanie twardo na ziemi i robienie tego, co wszyscy dookoła, bez przyciągania obcych spojrzeń, może i jest stabilne, może i jest zachowawcze, ale jak głosi fraszka Sztaudyngera:
Stabilizacja motylka
– to szpilka.
Sięgnąć po nieśmiertelność
Nie potrzebuję sławy ja jako Kamil, trzydziestoparoletni facet z Krakowa. Nie marzę po nocach o paparazzi goniących mnie po wiślanych bulwarach, ani o spacerach po czerwonym dywanie na dowolnym festiwalu w dowolnym miejscu.
Pragnę uwagi i artystycznej relacji z Tobą, tak by pod koniec życia móc spojrzeć na siebie w lustrze i mieć nadzieję, że na nagrobku napiszą mi coś więcej, niż „chodził do pracy i płacił podatki”. Podobnie jak twórcy, którzy przed tysiącami lat odmalowywali swoje dłonie na ścianach jaskiń i zapamiętale szkicowali sceny, w których razem ze szwagrem polują na bizona, chcę po sobie pozostawić ślad. Nawet, jeśli nie będzie to monumentum aere perennius, to wciąż będzie jakąś próbą sięgnięcia po nieśmiertelność. O nieśmiertelności napisałem książkę, więc wiem, co mówię.
Piszemy dla uwagi. Tworzymy sztukę dla uwagi. I najlepsze dzieła powstają, kiedy odrzucimy narzuconą nam skromność i wzlecimy w górę, pozostawiając tych na dole z mieszaniną zażenowania (z powodu złamania norm społecznych) i podziwu (dokładnie z tego samego powodu). Nie potrzebuję więc sławy. Ale uwagi nieustannie pożądam. I dobrze mi z tym. Bo przecież jestem człowiekiem – a nie ma chyba nic bardziej ludzkiego, niż dążenie do nieśmiertelności.
Kliknij zielony przycisk, aby wesprzeć (moją) literaturę!
Jedna odpowiedź na “Emocjonalny ekshibicjonizm”