Opowiadanie ze świata Oriany Geber
Amelia Geber wcisnęła panamę na włosy w kolorze gołębiego błękitu i dźwignęła plecak. Lotniskowy autobus podjechał pod terminal, a tłum pasażerów naparł na dziewczynę, wypychając ją w stronę betonowo-szklanego pawilonu. Ruszyła niesiona falą podróżnych śpieszących się na przesiadkę, jednocześnie wypatrując budki z kawą.
Kawa na lotnisku była może równie tania, co pijalna, ale dochodziło dopiero wpół do dziewiątej, a Amelia miała za sobą prawie tysiąc kilometrów lotu. Każda ilość nawet najpodlejszej kofeiny była w tej chwili na wagę złota. Wypatrzyła w końcu niewielki kiosk. Używając łokci, wydostała się z gęstwiny napierających zewsząd ludzi i dopchała się do lady. W kieszeni szarawarów namacała banknot pięcioeurowy i kategorycznym głosem zażądała podwójnego espresso.
Baristka, znudzona szatynka po czterdziestce, w firmowej koszulce polo opatrzonej logiem kawiarnianej sieciówki, wzięła banknot i nie patrząc na Amelię pstryknęła ekspres. Życiodajny płyn począł spływać z kolby do papierowego kubeczka, otulając Geberównę chmurą cudownej goryczy. Złapała naczynie. Gorąca kawa parzyła język, ale dziewczyna nie przejmowała się piekącym bólem. Chłonęła napój, idąc w stronę stanowiska odbioru bagażu i nim dotarła do usłanej walizkami taśmy, kofeina już zaczęła wchłaniać się do krwiobiegu.
Zanim objuczona jak wielbłąd Amelia stanęła przed drzwiami swojego mieszkania przy via delle Caldaie we Florencji, było już dobrze po dziesiątej. Stopień po stopniu wtaszczyła walizkę na piętro, czując, jak spód plecaka na stałe przywiera do przepoconej koszulki na plecach. Włożyła klucz w zamek, przekręciła. Mechanizm kliknął, odsłaniając przed nią duszne, niewietrzone od kilku miesięcy wnętrze.
Przekroczyła leżącą tuż za progiem stertę listów i ulotek, gazetek z okolicznych marketów i ofert remontu. Zdjęła kapelusz. Zrzuciła plecak pod wieszakiem, z którego wciąż zwieszała się marynarka zmarłego przed rokiem ojca. Odsapnęła ciężko. Z trudem pochyliła się, zignorowała podejrzane trzaski w kręgosłupie i zebrała papiery z wycieraczki. Odłożyła je na stolik za szafą, wciągnęła walizkę do mieszkania. Zamknęła drzwi. Była w domu.
Ruszyła w głąb, by otworzyć okno w sypialni. Po drodze zlustrowała lodówkę – pustą, jeśli nie liczyć światła oraz lekkiej woni starego sera – i szafki, w których znalazła tylko dwie paczki płatków śniadaniowych i pół kilo kawy. Przynajmniej tyle! Gdy weszła do pokoju, łóżko zdało się uśmiechać do niej uwodzicielsko, ale Amelia wiedziała, że jeśli położy się teraz, to nie wstanie do późnego wieczora, a może nawet do jutra rana. Najpierw musiała się rozpakować, umyć i zejść po zakupy. „Czyżbym właśnie wydoroślała?” – przeszło jej przez myśl. Nie. Wydoroślała rok temu, kiedy umarł ojciec. Dojrzała, kiedy kochała się z Matem i kiedy ko porzuciła, bo chciał grzebać w sprawach, o których nie miał pojęcia. Z dziewczynki stała się młodą kobietą, gdy podjęła decyzję o wyjeździe z Krakowa i studiach na florenckiej Akademii. A teraz po prostu nie chciała umrzeć z głodu, przykryta tłumiącą hałasy warstewką kurzu.
Wyjrzała przez okno, na wąskie podwóreczko między budynkami przy Via delle Caldaie i Via del Campuccio. Nie licząc kotów ganiających się po klapach od koszy na śmieci, panowała błoga cisza. Florenckie powietrze wdarło się do mieszkania, niosąc zapach śmieci, wodorostów z Arno, moczu i kawy. Niewiele chłodniejsze od tego w pomieszczeniu, zapewniało zbawienny przewiew.
Amy wróciła do przedpokoju. Uklękła przy walizce. Rozpięła zamek i wydobyła ze środka kosmetyczkę, dwa duże ręczniki i rozciągniętą koszulkę z logo Pearl Jamu, której używała jako piżamy. Ruszyła pod prysznic.
Odklejenie od spoconych pleców kompletnie mokrego topu zajęło jej chwilę. Rzuciła koszulkę na posadzkę łazienki, zsunęła szerokie spodnie i majtki. Spojrzała krytycznie na własne odbicie w lustrze, oceniając stopień rozciągnięcia worów pod oczami. Przeniosła wzrok na tatuaż z Apeironem, połyskujący brokatowozielonym blaskiem. Dotknęła granatowym paznokciem skomplikowanych linii, które przed dwoma miesiącami pozwoliły jej po raz pierwszy oderwać się od Ziemi, dosłownie i w każdym znaczeniu tych słów. Pomyśleć, że jej własna bliźniaczka pokonała starożytne bóstwo! Amy prawdopodobnie nie uwierzyłaby Orianie, gdyby nie skrząca się nad jej piersiami mandala i efekty, które pozwalała osiągnąć. Z Apeironem pod skórą nie miała innego wyjścia. Musiała uwierzyć.
Sięgnęła po natrysk. Zapowietrzony prysznic bulgotał chwilę, zanim plunął letnią wodą. Sprawdziła temperaturę nadgarstkiem i weszła do brodzika, wieszając słuchawkę nad głową. Poddała się silnemu strumieniowi, pozwalając spłukać z siebie brud podróży i zmęczenie pobudką o czwartej. Złapała mydło o zapachu lilii i pszczelego wosku, i pozwoliła rękom działać zgodnie z utrwalonym w podświadomości schematem.
Przetarła ciało ręcznikiem. Na jeszcze wilgotną skórę narzuciła stary T-shirt. Nie patrząc w zaparowane lustro, rozczesała włosy i związała je w niedbały kucyk.
Wyszła z łazienki. Bosymi stopami wyczuwała każdą zadrę na wiekowym parkiecie. Zostawiając za sobą mokre ślady, dotarła do przedpokoju i otworzyła stojącą tuż przy wejściu szafę.
Na wieszakach ponuro dyndały płaszcze i marynarki Niccolò Gebera, których Oriana nie odważyła się wyrzucić. Na dnie, częściowo przykryte ubraniami, piętrzyły się pudełka po butach – niektóre otwarte i puste, inne wypełnione zbędnymi na co dzień rupieciami. Amy przykucnęła. Rozsunęła kartony, by zobaczyć, ile miejsca może zyskać dla siebie. I wtedy jej ręka natrafiła na coś twardego.
Po omacku przejechała palcami po nierównej powierzchni. Skóra, okucia na rogach. Książka? Dziewczyna usiadła na piętach i wydobyła spod sterty pudełek stary album ze zdjęciami. Otworzyła pierwszą stronę i spojrzała w oczy ośmioletniej sobie, stojącej wraz z siostrą przed niewielkim domem gdzieś na toskańskim wybrzeżu. Livorno? Nie, chyba Talamone. Wspomnienia zalały jej umysł migotliwą falą.
***
Oriana pierwsza wbiega na Punta del Corvo, niewielkie wzgórze, z którego widać wyraźnie całe wybrzeże i ołowianą szarość morza, przechodzącą w głęboki granat tam, gdzie kończy się przybrzeżna płycizna. Amelia dogania siostrę w kilku krokach. Ze śmiechem obala ją na krzew rozmarynu, rosnący między deskami drewnianej platformy na szczycie. Chwilę tarzają się w aromatycznych igiełkach. Ostry zapach ziół przesiąka ich blond włosy i identyczne letnie sukienki.
Niccolò pojawia się chwilę później, ciągnąc za sobą chmurę fajkowego dymu. Woń tytoniu miesza się z aromatem piniowej gęstwiny, gdy przysiada przy dziewczynkach, śmiejąc się serdecznie.
– Piano, ragazze! – Śmieje się, nawet nie próbując rozdzielić córek, trochę walczących ze sobą, a trochę tarzających się dla samej radości tarzania. – Spłoszyłyście wszystkie ptaki!
– Papà, ale tu nie ma żadnych ptaków! – Oriana klęka, wpatrując się w ojca z uniesionymi brwiami.
– Oczywiście, że nie ma, gupku! – wtrąca się Amelia, rozwalając się obok na wznak. – Bo wszystkie spłoszyłaś!
Oriana dąsa się chwilę, dopóki Niccolò nie sadza jej sobie na baranach, by z wysokości ojcowskiego karku popatrzyła na morze, szeroko rozwartymi malachitowymi oczami. Amelia staje obok ojca na własnych nogach, chłonąc zapachy Kruczego Wzgórza. Uśmiecha się lekko.
Wracają niedługo później, żeby nie spóźnić się na obiad przygotowany przez miejscową gospodynię, signorę Angelikę Pancole. Bliźniaczki po kilku dniach pobytu nad morzem już doskonale wiedzą, by nie denerwować Donny Angeliki. Denerwowanie Donny Angeliki grozi oberwaniem mokrą szmatą po łapach, zwłaszcza, jak próbuje się podkradać świeże ptysie z kuchni.
Niccolò idzie pierwszy. Amelia widzi jego szerokie, odrobinę przygarbione plecy, krótko przycięte szpakowate włosy, kołnierz golfu opinający szeroki kark. Drepcze za ojcem między niskimi sosnami, chłonąc wiatr od morza, którego tak jej brakowało w Krakowie.
– Pssst! – Oriana zostaje z tyłu. Amelia odwraca wzrok. Jedno spojrzenie na siostrę wystarczy. Nie potrzebują słów, żeby się porozumieć. Ora patrzy na skalne rumowisko poniżej ścieżki. Amelia podąża za jej wzrokiem. Między skałami nic nie ma. Kręci głową.
– Chodźże, Ora. Bo Donna Angelica będzie zła!
– Ale…
– Nie.
– Tutto bene? – Niccolò odwraca się do córek, unosząc brew.
– Sì, papà. Ora ma zwidy. – Amelia wzrusza ramionami, pokazuje siostrze język.
Na obiad są gnocchi z pesto, a potem lody. A po lodach, kiedy obie dziewczynki grają na tarasie w Carcassone, pod dom podjeżdża odrapany fiat Pippa, gospodarza zza górki. Drzwi od strony pasażera otwierają się, ukazując siwą głowę o doskonale znanych rysach.
– Wujek Nereus! – Pierwsza zrywa się Oriana, rozsypując puzzle po deskach podłogi. Zbiega po krótkich schodach i dopada objęć starca, zanim Amelia kończy swój ruch. Teraz ona też wstaje, szeroko rozwartymi oczami patrząc, jak stary Grek podrzuca jej bliźniaczkę w powietrze, jakby ważyła nie więcej niż kilkumiesięczny kociak.
– Chairete, principesse! – Nereus odstawia Orianę i przyciska do twardego brzucha Amelię. Pachnie dziwnymi ziołami, chemicznymi substancjami i drzewem sandałowym, a na kołnierzu jasnej marynarki widać drobniutkie kropeczki sadzy, czy może plamki zwęgleń.
– Masz coś dla nas, wujku, prawda? – pyta Amelia. Wujek Nereus zawsze przynosi jakieś niespodzianki.
– Ja? – odpowiada pytaniem, teatralnie unosząc krzaczaste brwi. – Ależ gdzieżby! – Uśmiecha się, a jego rozwibrowany grecki akcent łaskocze jej przyzwyczajone do toskańskiego dialektu uszy.
Nereus zamaszystymi gestami oklepuje kieszenie marynarki, najpierw na biodrach, potem po żebrach. Z okrzykiem „Eureka!” sięga w zanadrze. Wyjmuje dwa niewielkie pudełeczka, obite miękkim zielonym pluszem.
– Macie przekłute uszy, prawda? – Szczerzy się, podając dziewczynkom po parze prostych kolczyków z oczkiem z granatu. – Poradzicie sobie?
Bliźniaczki w odpowiedzi kiwają głowami, oglądając prezent. Nie patrzą już na Nereusa, który gładzi je po głowach i przechodzi w stronę domu, by przywitać się z Niccolò.
– Musimy porozmawiać – mówi półgłosem, obejmując Gebera i wprowadzając go do salonu. – Eksperyment się posypał, Akkamas może być w niebez… – Szklane drzwi ucinają resztę zdania.
– Jak myślisz, o czym rozmawiają? – Oriana sięga do ucha Amelii, zdejmuje wkrętkę z jednorożcem i zamienia ją na złoty kwiatek, ozdobiony lśniącym fioletowo kamieniem.
– O niebezpieczeństwach. Nie słyszałaś? Przecież papà pracuje z wujkiem w labora… laroba…
– Laboratorium – Ora przechodzi do drugiego ucha siostry. – Ale nad czym?
– I tak byś nie zrozumiała, gupku – Amelia pokazuje siostrze język. – Daj, założę ci też.
Przy drugim kolczyku Oriana odwraca się gwałtownie. Złoty pręcik z brzdękiem upada na żwir ogrodowej ścieżki, krew z zadrapanego ucha kapie na ramiączko sukienki.
– Ej, Ora! Urwę ci to ucho!
– Cii, coś słyszałam! – Przykłada wąziutki palec do bladych warg.
– Ale co?
– Jakby… skrzydła. O, tam! Patrz!
Amelia dostrzega zaledwie cień wielkiego, czarnego ptaka, o dziwnej, wydłużonej sylwetce.
– Wygląda jak…
– Jak anioł – kończy za nią Oriana. Rozciera ucho, zdrapując świeży strupek, a Amelia wyciera podniesiony kolczyk o krawędź sukienki.
– Nie wierć się – szepcze. – Aniołów nie ma. Mówię ci, że masz zwidy.
Zostawiają na tarasie rozsypaną grę i schodzą w stronę urwiska. Na wąskiej ścieżce prowadzącej do morza Oriana zatrzymuje się co chwila, ogląda drzewa, wypatruje.
– Nic tam nie ma, Ora. Wracajmy. – Amelia chwyta bliźniaczkę za łokieć, zmusza do odwrócenia się. Patrzy głęboko w identyczne do własnych malachitowe oczy. I na granicy pola widzenia dostrzega ruch. Ciemny kształt odrywa się od odległej skały, rozpościera skrzydła i opada kołowym ruchem ku morzu. Amelia milczy. Są rzeczy, do których nie przyznaje się nawet przed własną siostrą. Cień niknie w promieniach rozlewającego się ponad wodą zmierzchu.
Słońce zachodzi w kilka chwil. Wujek Nereus odjeżdża taksówką w stronę mariny. Ojciec zamyka za nim drzwi, odprowadza dziewczynki do łazienki. Już umyte, ubrane w identyczne piżamy z Myszką Minnie, kładą się w łóżkach. Niccolò całuje je na dobranoc i już chce odejść, kiedy Oriana łapie go za rękę.
– Papà, a anioły istnieją?
– Anioły? – Drapie się po szczecinie zarostu. – Gdzieś pewnie istnieją. Ale jedynym aniołem w okolicy jest chyba Donna Angelica.
– Papà, ja pytam serio! – Oriana unosi się na poduszkach. – Donna Angelica nie ma skrzydeł, nie umie latać.
– Ale umie robić ptysie – wtrąca się Amelia, przewracając się na bok.
– Poczekajcie chwilę. – Niccolò wstaje, podchodzi do stojącego w kącie regału z książkami. Szuka czegoś na górnej półce. W końcu ściąga opasły tom, z obwolutą z kredowego papieru.
– Nie wiem – mówi, siadając między łóżkami dziewczynek, – czy anioły istnieją. Ale wiele ludzi uważa, że tak. Spójrzcie, już Sumerowie przedstawiali postacie ze skrzydłami, zupełnie jak nasze anioły.
Otwiera książkę, album ze zdjęciami rzeźb i obrazów z całego świata. Amelia przysuwa się nieznacznie, a Oriana siada na krawędzi swojego posłania, żeby nie uronić ani odrobiny z pięknego widoku. Patrzą zafascynowane na różne skrzydlate postaci, a Niccolò opowiada o aniołach.
Pokazuje im sumeryjskie i babilońskie bóstwa, greckich tytanów i olimpijskich bogów na czarno-czerwonych wazach. Sceny z Biblii i apokryfów, dziewiętnastowieczne plakaty i kadry z komiksów. Zatrzymuje się przed ostatnim rozdziałem.
– Papà, co jest dalej? – dopytuje Amelia, ale między palcami ojca widzi odpowiedź. Le immagini della Morte. Przedstawienia Śmierci.
– Dalej? Dalej jest koniec. Bo widzisz, mia cara, Śmierć też często miała skrzydła.
– Żeby zanieść duszę do nieba? – szepcze Oriana, ściskając krawędź kołdry.
– Tak, certo. A przynajmniej tak wyobrażali ją sobie ludzie.
Niccolò przewraca kartkę, pokazując wizerunek półnagiego mężczyzny o czarnych, rozłożystych skrzydłach, z mieczem wzniesionym do uderzenia. Amelia zna tego mężczyznę. To jego widziała kątem oka kilka godzin wcześniej. To jego cień dostrzegła Oriana ponad Kruczym Wzgórzem.
Bliźniaczki patrzą po sobie porozumiewawczo, kiedy ojciec przewraca kolejną kartkę. Mówi o śmierci spokojnym głosem, jakby była jego dobrą przyjaciółką. A gdy dociera do obrazków z nieznanego Amelii komiksu, w którym Śmierć, wyglądająca jak gotka w czarnych glanach i podkoszulku, siedzi wraz ze Snem na ławce i karmi gołębie, Niccolò uśmiecha się.
– Powinnyście przeczytać ten komiks. Jeszcze nie teraz, ale za parę lat wam o nim przypomnę. No, a teraz spać! – Niccolò zatrzaskuje album, wyciąga rękę ku nocnej lampce.
– Nie gaś, papà – Oriana głośno przełyka ślinę.
– Dobrze, nie zgaszę. Nie bój się, mia d’Ora. Minie jeszcze wiele, wiele lat, zanim go spotkasz.
– A spotkam? – pyta cicho, wsuwając się głębiej pod kołdrę.
– Każdy go kiedyś spotka. – Niccolò gładzi Orianę po policzku, pomaga jej się ułożyć. – Nie wiem, czy będzie mieć skrzydła. Ale nie musisz się go bać. Będę czuwać tuż za drzwiami. Jeśli przyjdzie, to powiem mu, że was nie ma.
Puszcza oko do Amelii, która w odpowiedzi kiwa głową.
– Buona notte, papà– mówią jednocześnie.
– Buona notte, ragazze.
Wychodzi. Amelia układa się wygodniej na boku, patrzy na siostrę, wciąż wlepiającą oczy w drzwi, w których zniknął Niccolò. Powiedzieć jej? Nie, nie teraz. Może kiedyś.
Już zasypia, kiedy zdaje jej się, że w szumie wieczornej bryzy słyszy szelest skrzydeł. Spogląda na Orianę, ale ta już śpi. Ostrożnie wysuwa się spod kołdry i podchodzi do wychodzącego na ogród okna.
Światła sąsiedniego pokoju rzucają jasne plamy na gałęzie drzewek pomarańczowych, tańczą na liściach trącanych wieczorną bryzą. A w głębokim cieniu, niemal zlewając się z granatem nocy, siedzi Śmierć.
Amelia przykłada czoło do chłodnej szyby. Jej oddech rozlewa się mgiełką po szkle. Nie może oderwać oczu od postaci czarniejszej niż otaczająca ją noc. Przypomina mężczyznę o olbrzymich kruczych skrzydłach i smukłych bladych dłoniach, w których obraca kulisty przedmiot. Księżyc wychodzi zza chmury, ujawniając, że Śmierć trzyma zwyczajne jabłko. A może ono wcale nie jest zwyczajne?
Dziewczynka nieruchomieje, z twarzą i dłońmi na szybie, a wtedy Śmierć podnosi głowę okoloną burzą ciemnych loków i spogląda wprost na Amelię. Uśmiecha się, całkiem przyjaźnie Wyciąga ku dziewczynce rękę z owocem. Amelia kręci głową, nie odrywając oczu od skrzydlatego mężczyzny. Ten wzrusza ramionami i wgryza się w miąższ. Chwilę patrzą na siebie przez szybę. Serce dziewczynki wali, jak oszalałe, ale Śmierć tylko siedzi i je. I wlepia w nią smoliście czarne oczy.
Z góry słychać jakiś hałas. Może to Donna Angelica otworzyła okno w swojej sypialni? A może papà wyszedł na balkon, zapalić ostatnią przed snem fajkę? Amelia nie jest pewna. Dźwięk jednak płoszy kruczoskrzydłego. Przykłada blady palec do ust i mruga do Amelii porozumiewawczo. Nie czekając na jej odpowiedź, rozpościera skrzydła i znika w ciemnościach nocy.
– Nie śpisz? – mruczy półprzytomna Oriana.
– Nie. Zdawało mi się… – zawiesza głos Amelia. – Zdawało mi się, że ptak uderzył w okno. Ale nic tu nie ma.
– To dobrze – ziewa Oriana. – Dobranoc.
– Dobranoc – Amelia stoi jeszcze chwilę przy oknie, ale na gałęziach pomarańczy nie widać już nikogo.
***
Amelia przekartkowała album do końca. Poza kilkunastoma zdjęciami z tamtych wakacji, był pusty, jakby ojciec nigdy nie skończył go uzupełniać.
Otarła z czoła wodę wciąż sączącą się z umytych włosów, wstała. Niewiele myśląc, przeszła do sypialni, by odłożyć wolumin na regał z książkami, znacznie przetrzebiony w ubiegłym roku przez Orianę. Przechodząc przez kuchnię, włączyła ekspres. Upewniwszy się, że działa, nastawiła go na podwójne espresso.
Rozsunęła kilka książek na niższej półce i wsunęła album w uzyskaną szczelinę. Kiedy dotknął drewna, coś wewnątrz stuknęło cicho. Czyżby któreś ze zdjęć się odkleiło i spadło? Wyciągnęła skórzaną okładkę, przekartkowała strony. Spomiędzy ostatnich kartek na podłogę wypadło długie, czarne pióro.
Amy zamarła, patrząc na lotkę opadającą na podłogę niczym klonowy listek. Nie odrywając od niej wzroku, odłożyła album na półkę. Schyliła się, podniosła pióro z dywanu.
Opalizowało, przechodząc od głębokiej czerni, przez różne odcienie granatów i błękitów. W dotyku zdawało się twardsze niż przeciętne ptasie pióro. Przyłożyła je do nosa. Pachniało liliami, parafiną, formaliną i świeżo rozkopaną ziemią. Pachniało śmiercią.
Nie musiała się domyślać, do kogo należało. Widziała go wtedy, w trakcie wakacji w Talamone. Ale teraz nie bała się Śmierci. Fascynował ją.
– Przyjdź – wyszeptała cicho. – Czekam.
Kraków, maj 2023
