Słowa – owszem. Ale czy brzydkie?

Transparent z hasłem "Kurwa mać" jako wyraz protestu.

Moje dwie ulubione Redaktorki, tj. Marta Marecka i Joanna Nałęcz, wywołały mnie do tablicy w ostatnim odcinku swojego podkastu Absynt. Czuję się zatem w powinności dodać do niego (więcej niż) kilka słów, tych cenzuralnych i tych nieco mniej, jako że właśnie wulgaryzmów dotyczy. Miej na uwadze, że ten tekst nie jest naukowy sensu stricto – stanowi raczej pisarskie rozważania nad tematem, ale nie uciekniemy od próby uporządkowania stanu rzeczy.

Ab ovo

Lubię sięgać do etymologii. Oczywiście nie należy znaczeń pierwotnych traktować jak ostatecznej wykładni, ale często samo pochodzenie terminu wyjawia nam utrwalone przez wieki konotacje. Zacznijmy więc od etymologii dwóch przymiotników: „wulgarny” oraz „ordynarny”.

Oba pochodzą z łaciny, oba określają słowa i zachowania obraźliwe, niegodne, nieobyczajne. No właśnie – nieobyczajne dla kogo? Vulgaris to pospolity, zwyczajny, należący do ludu. Ordinarius podobnie – zwyczajny, regularny (ale też przynależny klasie społecznej). Już wykorzystanie tych dwóch przymiotników do określania tego, co nie wypada, pokazuje nam pewien klasowy podział, sięgający jeszcze starożytności.

Rzymski poeta czy pisarz, wywodzący się praktycznie zawsze z wyższej klasy społecznej, chciał już na poziomie języka odróżnić się od motłochu robotników i niewolników. Nie korzystał więc ze słownictwa plebsu, tylko poszukiwał nowych słów, środków stylistycznych i figur retorycznych, które wyrażą emocje i koncepcje skuteczniej niż prosta i bezmyślnie rzucona wiązanka. Odżegnywał się od psującego arbitralnie ustalone decorum języka tłuszczy, tworząc głęboki podział na wykształconych i giętkich w mowie „nas” oraz pierdolących i rzucających kurwami „onych”, którzy zbyt głupi byli, by brać udział w życiu publicznym.

Ta etykieta wulgarny=głupi przykleiła się bardzo mocno, tak mocno, że dziś wywołuje zarzuty o brak troski o higienę języka, o których wspominała Marta. Jednak nawet i od tej zasady są pewne wyjątki.

„Na ch… nam Katullus?”

Pochodzący z Werony (tak, tej samej, co Romeo i Julia) poeta Gaius Valerius Catullus, żyjący równolegle z Juliuszem Cezarem i Cyceronem, chętnie po wulgaryzmy sięgał. Ba, sięgał tak ochoczo, iż przez lata tłumacze obawiali się przekładać jego poezję, żeby uniknąć zarzutów o nieobyczajność. Polskiego tłumaczenia całego korpusu wierszy Katullusa doczekaliśmy się dopiero w 2013 roku za sprawą Grzegorza Franczaka i Aleksandry Klęczar. Przy okazji premiery zorganizowali oni konferencję pod jakże szumnym tytułem „Na ch… nam Katullus?” (na uniwersyteckim plakacie jakoś nie wypadało tego słowa rozwijać).

Po wszelkie „chuje” sięgał bardzo chętnie. Z jednej strony tworzył, owszem, piękną poezję miłosną, nawiązującą do tradycji Safony, ale z drugiej nie szczędził gorzkich słów swoim oponentom, tworząc nader wulgarne i dosadne satyry polityczne. Świadomie łamał decorum właśnie po to, żeby szokować, przyciągać uwagę i wzmocnić siłę argumentów groteskowym zderzeniem sytuacji z życia publicznego i burdelowego. Zainteresowanych odsyłam to wzmiankowanego wydania. Tymczasem wulgaryzmy wkroczyły do literatury (nie po raz pierwszy i nie ostatni), gdzie stały się albo komicznym wentylem bezpieczeństwa, albo narzędziem urealnienia świata przedstawionego (ale to znacznie później).

Do jasnej cholery!

Lata mijały, a ludzie jak klęli, tak klną. Obrażają bliźnich i ich (najczęściej) matki, łamią przyjęte tabu niemówienia o seksie czy defekacji, ale też przeklinają – za pomocą magicznych praktyk usiłują sprowadzić na oponenta nieszczęście. Tu pojawia nam się rzeczona cholera, dziś tak wyświechtana, a jeszcze na początku XX wieku budząca grozę. Przekleństwa, zwykle o konstrukcji „niech cię [cholera/diabeł/licho etc.] porwie” skracały się do wykrzyknień, a resztę adresat przekleństwa już mógł sobie dopowiedzieć. Przyzywane były choroby, siły nieczyste, zjawiska atmosferyczne (piorun, dunder), agresywne zachowania seksualne („niech to chuj strzeli”; „ja jebię”) czy nieprzyjazne działania („niech mnie kule biją”) – albo w formie bezbożnego życzenia, albo zaklęcia-zakładu (niech mnie [coś tam], jeśli nie zrobię [czegoś tam]). Silna wiara, że wypowiedziane słowo może się ziścić, nadawała przekleństwom mocy. Nie miały na celu obrazić adwersarza, ale faktycznie go skrzywdzić. Dziś najczęściej zredukowały się do wykrzyknień, które nie mają już magicznej mocy, odczarowane przez naukę i oświatę twierdzące, iż trzeba czegoś więcej, niż słowo, aby sprowadzić na kogoś nieszczęście.

Oczywiście przekleństwa są warunkowane kulturowo, jak praktycznie cały język. I fakt, nawet między językami blisko spokrewnionymi występują lub występowały znaczne różnice. Dobry przykład (w następstwie podania którego trafiłem do odcinka Absyntu) to różnica między polskim i ukraińskim. Charakterystyczne dla przekleństw ukraińskich jest skupienie się na nieszczęściach (czart, licho, dydko) lub na fekaliach. Pierwotnie jednak nie występowały wśród nich te dotyczące seksualności. Etnolingwiści postulują, iż to efekt lżejszego tabu i większego przyzwolenia na wyrażanie wprost swoich potrzeb. Zauważają, że język ukraiński zaczął się seksualizować w wyniku rusyfikacji – to z Moskwy został przyniesiony wszechobecny dziś „chuj”, „piździec” i ogólnosłowiański czasownik „jebać” w różnych swych odmianach i derywatach. W polskim zaś obie te warstwy funkcjonowały od wieków, zależnie od regionu dominując lub usuwając się w cień.

Stara poczciwa „kurwa”

Stara, bo już starocerkiewnosłowiańskim znaczenie miała to, co i dzisiaj. Zatem co najmniej 1300 lat jest wykorzystywana, by obrażać kobiety o luźniejszym stosunku do swojej seksualności. Czy to novum, które dało nam chrześcijaństwo? Niestety nie. Takie złośliwości pojawiały się i wcześniej, chociażby wśród osób kwestionujących treść mitu o założeniu Rzymu. Dla przypomnienia – braci Romullusa i Remusa wykarmiła wilczyca. Lupa (a więc suka). Tym mianem określano również prostytutki, stąd lupanar, czyli burdel.

Co do pochodzenia naszego ulubionego przekleństwa, śpieszę z drobnym sprostowaniem. Sprowadzenie go do łacińskiego przymiotnika curvus („krzywy”) mija się z celem, jako że słowo z łaciną nie ma nic wspólnego – no chyba że z podwórkową. Lingwiści sformułowali kilka hipotez obejmujących etymologię słowa „kurwa”, a niemal pewnym jest iż ma ono coś wspólnego z kurą – czy to przez analogię do zachowania koguta (kura), czy samej kokoszki. Od początku wyraz oznaczał nierządnicę na gruncie języka starocerkiewnosłowiańskiego, a przez rozszerzenie znaczenia w języku staropolskim – pannę z dzieckiem (a więc pannę „puszczalską”). I w tym właśnie znaczeniu pojawia się w XV-wiecznym zapisie: „Csom uczynił Pawłowi, to za jego początkiem, kiedy mi zadawał kurwie macierze syny, a na jegom dom nie biegał”, obrażających synów przez obrażenie ich matki (za: Wydra, Rzepka, Chrestomatia staropolska. Teksty do roku 1543, Wrocław: 1984).

Skąd jego popularność również dzisiaj? To kwestia nie tyle językowa, co psycholingwistyczna. Na wspomnianej już konferencji nieżyjący niestety prof. Jerzy Vetulani dowodził, że wulgarne wykrzyknienia należą do porządku niewerbalnego i służą regulacji bólu lub silnego stresu. Jak zauważyły Joanna i Marta, mogą pełnić tę funkcję zarówno w sytuacji nagłej, jak i chronicznej – zmiana rejestru językowego na bardziej wulgarny pozwala często radzić sobie z emocjami wynikającymi z długo utrzymującego się dyskomfortu psychicznego. „Kurwa” ze swoim rozwibrowanym [r] i wybuchowym [w] sprawdza się w tej roli idealnie.

„Trwa, co się ruchało”

Tak pisał Mikołaj Sęp Szarzyński w Epitafium Rzymowi, a dziś ta fraza w czytających ją młodych umysłach wywołuje spazmy śmiechu. To doskonały przykład przesuwania się znaczeń w języku. Nie wszystko bowiem jest równie niezmienne co „kurwa”, a każde pokolenie ma własny slang, który na nowo definiuje semantykę wielu trwałych (zdawałoby się) wyrażeń.

Czasownik „ruszać się” jest tu flagowym przykładem. Niegdyś w formie „ruchać się” (do dziś ma takie brzmienie w ukraińskim), zaczął oznaczać nie tyle dowolny ruch, co (eufemistycznie) charakterystyczny ruch „posuwisto-zwrotny”. By więc odróżnić seks od dowolnej innej czynności motorycznej, użytkownicy języka dokonali alternacji, spychając bezdźwięczne [x] w stronę [ʃ]. Nastąpiło rozdzielenie – „ruchać się” pozostało przy znaczeniu eufemistycznym, które stopniowo nabierało dosłowności i wulgarności, zaś „ruszać się” przejęło znaczenie podstawowe.

Jeszcze wyraźniejsze przesunięcie widać w przypadku czasownika „pierdolić”. Pierwotnie była to onomatopeja oznaczająca sążniste puszczanie bąków. Jednak już od połowy XVI wieku tworzy się wokół niego metafora – skoro puszczanie bąków jest nieprzyjemne dla towarzystwa i źle widziane, to co dopiero powiedzieć o wypluwaniu z ust słów głupich lub nieprawdziwych? Tak czasownik „pierdolić” nabiera znaczenia „kłamać” lub „mówić głupoty”. Lata lecą, wyraz się wulgaryzuje. Ale nie znika jego dźwiękonaśladowcza funkcja. Użytkownicy języka stwierdzają, że doskonale nadaje się do opisywania zjawisk, które wydają podobny odgłos, co głośne pierdnięcie. Można więc czasownikiem „pierdolić” i jego pochodnymi opisać nie tylko mówienie głupot, ale też bicie, strzelanie, wybuch, a także (poniekąd z tego samego powodu) stosunek seksualny.

Ciekawy jest także czasownik „jebać”, który we wszystkich językach słowiańskich oznacza brutalny stosunek seksualny, a nawet gwałt. Tu zaszła inna zmiana na gruncie polszczyzny – oto ktoś kiedyś został przeklęty, iż będzie „jebany”. Ale niekiedy przekleństwo może wyrażać również podziw, na zasadzie: „taki jebany, a i tak dał radę”. Przymiotnik „jebany” zaczął więc nabierać cech pozytywnych, stając się wyrazem nie pogardy, a uznania. Stąd oczywiście przyszedł również przymiotnik „zajebisty”, dziś już mocno oddzielony semantycznie od brutalnego źródłosłowu i plasujący się pomiędzy językiem wulgarnym a potocznym, dopuszczalny nawet w mediach. I tu przechodzimy do sedna.

„W imię zasad, skurwysynu”

No właśnie, zasady. A dokładniej – preskryptywne podejście do języka. To ono sprawia, że różne instytucje roszczą sobie prawo do stwierdzenia, co jest obraźliwe i nie powinno występować w sferze publicznej, a co nie. Stąd mamy różne formy cenzury, zarówno na gruncie polskim, jak i niepolskim, na przykład w Hollywood.

Rozumiem, że prawo ma chronić. Ale rozumiem też, że sztuka naśladuje życie, a to nie jest i nigdy nie będzie wolne od wulgaryzmów, podobnie jak nie będzie wolne od skrajnych emocji – jedno wynika z drugiego. Tymczasem jednak instytucje państwa i życia kulturalnego, takie jak zrzeszenia i gildie pisarzy, tłumaczy czy scenarzystów, ograniczają te próby oddania brudów dnia codziennego.

Czasy się zmieniają, oczywiście. Od słynnego „Frankly, my dear, I don’t give a damn” w Przeminęło z wiatrem z 1939 roku, wówczas wywołującego skandal w środowisku filmowym, do Wilka z Wall Street, w którym słowo „fuck” pada 506 razy, znacznie zwiększyło się przyzwolenie na pokazywanie w sztuce tego, co „nie przystoi”. Inną sprawą są tłumaczenia filmów na polski – w większości źle radzące sobie z przekleństwami, choć niosące ze sobą takie perełki jak fraza „zrobię ci z dupy jesień średniowiecza” autorstwa Elżbiety Gałązki-Salomon (oryginalna kwestia w Pulp Fiction brzmiała „I’m getting medieval on your ass”), czy przekłady tytułów – tu mój prywatny numer 1. to film Snake Dick z 2020 roku, przełożony jako Kutasssss.

A zatem – czasy się zmieniają, a system cenzury zastąpił system oznaczeń wiekowych i trigger warningów. Wciąż jednak środowisko artystyczne krzywo patrzy na wulgaryzmy pojawiające się w języku artystów.

Wracam do początku – część artystów i krytyków stawia siebie w roli arbitrów elegantiarum, decydując o tym, co mieści się w decorum, a co nie. I wszystkich, którzy to decorum ośmielają się naruszać, pragnie nawrócić na właściwą ścieżkę. Takie osoby często czują się lepsze od innych, jako że w każdym swym słowie i czynie realizują mit kalokagathii – przekonania, że to, co piękne (a zatem wysublimowane i niewulgarne) automatycznie jest równocześnie dobre. Otóż, kurwa, nie do końca.

Głęboko nie zgadzam się z podejściem, które tworzy wrażenie elitaryzmu sztuki i stawia ją na piedestale wyniesionym ponad głowami „plebsu”. Sztuka (w tym literatura) jest doświadczeniem ogólnoludzkim i jako taka powinna dotykać wszystkich obszarów człowieczeństwa – tych brudnych czy spychanych w objęcia wstydu również.

Ku przestrodze

Na koniec ostrzeżenie i anegdota, dla odmiany smutna. Kodeks wykroczeń w rozdziale XVI zawierającym „wykroczenia przeciwko obyczajności publicznej”, w artykule 141. stwierdza:

Kto w miejscu publicznym umieszcza nieprzyzwoite ogłoszenie, napis lub rysunek albo używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1500 złotych albo karze nagany.

Słów nieprzyzwoitych wprawdzie nie definiuje, ale warto pamiętać, iż nieostrożnie rzucona „kurwa” może okazać się dość kosztowna. Podkreślam – rozumiem cel, jakim jest ograniczenie wzajemnego wyzywania się, zredukowanie agresji słownej i zapewnienie osobom przebywającym w przestrzeni publicznej (w tym szczególnie dzieciom) bezpieczeństwa. Szkoda niestety, że zapis ten można łatwo obejść.

I tu obiecana anegdota. Znajomy pisał pracę z antropologii dotyczącą kultury kibicowskiej. Kibice, jak to kibice, nie stronili od wzajemnych wyzwisk. Jedna strona zaczęła wyzywać drugą od Żydów. O dziwo, kilka osób trafiło przed sąd, który… odrzucił oskarżenie, uznając, że słowo „Żyd” nie jest wyrazem obraźliwym (to akurat prawda), a więc nie można nim nikogo obrazić. No ja przepraszam bardzo! Albo karzmy za intencję obrażenia (dla antysemity nazwanie kogoś „Żydem” jest ogromną zniewagą), albo nie karzmy wcale – słowa „chuj” można użyć pieszczotliwie, co jednak nie umniejsza jego bogactwa znaczeniowego. Prawo zatem nie nadąża za utrwalonymi zachowaniami ludzkimi. Ale to nihil novi.

Mógłbym ciągnąć ten tekst jeszcze wiele stron, ale i tak jak na internetowe standardy jest już o wiele za długi. Kończę więc tą smutną refleksją, z nutą optymizmu w tle. Język cały czas się zmienia, zmienia się również nasze do niego podejście. Nie wiadomo, co przyniesie jutro.

Jeśli uznajesz ten tekst za pomocny, podaj go dalej. Możesz też mnie wesprzeć, wciskając zielony przycisk.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowane przez Kamil Exner

Pisarz, copywriter, antropolog. Zapraszam na kamilexner.com

Dodaj komentarz