Złodziejka czasu

I co, milczysz? Fakt, płacę ci głównie za milczenie. Rozumiem, to konieczne – w końcu to ja mam się otworzyć przed tobą, a nie na odwrót. Nie spytasz nawet, jak spałem? Czy coś mi się śniło? Czy nie obudził mnie skurcz w środku dnia? Słusznie. Możesz się przecież domyślać, że ja nie śnię, podobnie jak nie odbijam się w lustrach. Przynajmniej tych srebrzonych.

Czemu pióro drży w twojej ręce, gdy spisujesz w notesie pojedyncze słowa? Czyżbyś nie tego spodziewała się po kliencie? Przyzwyczajona do nerwic, depresji i zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych, nie oczekiwałaś porfirii, nekrofilii, foto- i skorodofobii, zebranych pod wspólnym szyldem przeklętej nieśmiertelności?

– Alliumfobia. Lęk przed czosnkiem to alliumfobia – odzywasz się wreszcie. Ale zaraz!

– Czyta mi pani w myślach?!

– Och, w tym zawodzie to konieczne. Proszę się jednak nie martwić – dodajesz głosem tak łagodnym, jakbyś spędziła młodość w klauzurowym zakonie. A może tego tonu uczą was na drugim semestrze psychologii? – Nie robię tego dla przyjemności, tylko aby panu pomóc. Czytałam pańskiego maila, ale chciałabym od pana usłyszeć: co pana do mnie sprowadza?

– Nie jestem typowym przypadkiem, wie pani…

Widzisz w moim uśmiechu kły? Żywi ludzie takich nie miewają.

– A to nie jest „typowa” poradnia. – Podkreślasz cudzysłów palcami. – Czytał pan naszą ofertę. Wie pan, że mam odpowiednie doświadczenie. A więc?

– A więc… – zaczynam, ale trudno mi zebrać słowa.

Cholera, byłoby mi się łatwiej skupić, gdybyś nie pachniała tak intensywnie. Myślałaś, że bergamotka i trawa cytrynowa przykryją to wyjątkowe AB Rh-? Że wywinięty czarny golf, szczelnie okrywający tętnicę szyjną, ochroni cię przede mną? Słyszę, jak pulsuje, ocierając się o wełnę z merynosa. Ale dobrze, spróbujmy.

– A więc wszystko zaczęło się w dniu mojej śmierci. Wcześniej słyszałem plotki, widziałem te krzywe spojrzenia. Przeglądałem traktaty medyczne i akta sądowe, które opisywały indywidua podobne do mnie. Ale do końca łudziłem się, że mam jedną duszę, zwyczajną, chrześcijańską, że pochowają mnie w krypcie pod kaplicą na północnym krańcu cmentarza, a moje ciało rozpadnie się, wymiesza z całunem, sczeźnie i zniknie. Jak zwykle.

– I co się stało? Proszę wziąć kilka głębokich wdechów, a będzie panu łatwiej mówić dalej.

Skąd to pytanie? Czyżbym zamilkł na zbyt długo? W sumie, jeszcze nikomu nie opowiadałem tej historii w całości. Posłusznie biorę wdech, a mięśnie twarzy i szyi rozluźniają się nieznacznie, pozwalając słowom płynąć.

– Pamiętam, zmogły mnie suchoty. Ostatnie kilka tygodni leżałem pod pierzyną, mając ledwie tyle siły, by rozchylić wargi, gdy matka donosiła mi rosół i siłą wlewała ciepły w gardło. Zastanawiałem się wówczas, czy szybciej wykaszlę płuca, czy może udławię się tą przeklętą zupą. Do dzisiaj przypomina mi się jej smak – cienki, kurzy bulion z dużą ilością marchwi, mieszający się w ustach z suchotniczą flegmą. Jednak to właśnie ona okazała się silniejsza.

– Co pan wtedy czuł? Pamięta pan? Dostrzegam samo wspomnienie, ale proszę spróbować nazwać to uczucie. – Odkładasz notes na kolano. Nie boisz się, że zsunie się w chwili nieuwagi?

– To było takie idiotyczne wrażenie uwięzienia we własnym ciele, jak po spotkaniu z marą. Nie mogłem się ruszać, nie mogłem oddychać. Przestałem słyszeć bicie własnego serca, ale wciąż tam trwałem. Jakby mój trup był słoikiem, a dusza muchą, obijającą się bezradnie o grube ścianki. Gdy kobiety ze wsi umyły moje ciało i przebrały je w czystą koszulę, czarne spodnie z lampasami i czarny surdut, przyszła matka i zamknęła mi powieki, dociskając je ciężkimi reńskimi złotymi, i tak niewiele wartymi po reformie CK ministra skarbu. Jednak cały czas słyszałem wszystko, co działo się wokół mnie. Lamentujące baby, księdza wpadającego co drugi dzień, dzieciaki ganiające się wokół gumna mimo protestów ochmistrzyni… Wie pani, wtedy nieboszczyka trzymało się w domu przez tydzień albo i dłużej. Ale wreszcie wynieśli trumnę, stukając nią trzykrotnie o próg, żeby do reszty wytrząsnąć mojego ducha z ciała. Nie pomogło, jak widać.

Muszę odetchnąć. Może i jestem nieumarły, ale gęba odwykła już od ciągłego gadania. Mięśnie szczęk znów zaciskają się tak mocno, że najchętniej bym się rozpłakał. Ale nie będę przecież płakał nad własną śmiercią. Nie po tylu latach. Ty, Kasandro, wykorzystaj tę przerwę na notatki. Przydadzą ci się, przynajmniej tak długo, jak długo nie rzucę ci się do gardła. Popraw sobie okulary, zaraz ci się zsuną z nosa. Nie stałoby się tak, gdybyś się wyprostowała. Ale pochylasz się nad notesem, jakbyś zbyt mało widziała w tym przytłumionym świetle. Wybacz, ale ja naprawdę mam światłowstręt. Wyprostujże się, kobieto. Spójrz na mnie. Nawet nie wiesz, jak bardzo mi tego brakuje. A może właśnie powinienem zamknąć oczy? Spróbować przywołać wyraźniejsze wspomnienia z tamtej nocy, kiedy udało mi się wydostać z trumny i uciec z podziemi kaplicy? Problem polega na tym, że wolę nie pamiętać. Wolę patrzeć na twoje nogi, zaplecione jak u Elżbiety Jaworowicz, na drobne palce zaciśnięte na krawędzi notesu, na tę przeklętą tętnicę schowaną pod golfem niż wracać do owej straszliwej, pełnej bólu nocy.

– A może pan spróbować nazwać uczucie, które towarzyszyło panu, kiedy odkrył, że nie do końca umarł? – Podnosisz się wreszcie znad notesu i patrzysz tymi wielkimi, sarnimi oczyskami wprost na mnie.

– Wkurwiłem się, mówiąc wprost. Znaczy, czułem złość. I zawód, że to nie koniec. A chwilę później pojawił się głód. Wie pani, jak u labradora.

– Nie, nie wiem. – Ściągasz okulary doskonale wystudiowanym gestem.

– Widzi pani, labradory nie wiedzą, kiedy są najedzone. Cały czas odczuwają głód, więc trzeba im wydzielać jedzenie, żeby nie umarły z przeżarcia. Tyle że pies głupi nie jest, do pewnych rzeczy się nie posunie. Co innego człowiek.

– Może mi pan o tym opowiedzieć?

Szczerze? Nie chcę, nie potrafię. Spróbuję ci to jednak streścić.

– Jakby to… Pamiętam tych, którzy przetrwali wielki głód, zimą z czterdziestego siódmego na czterdziesty ósmy. Powtarzali później swoim dzieciom: „człowiek nie jest naprawdę głodny, dopóki na drugiego człowieka nie patrzy jak na coś do zjedzenia”. Ja takiego głodu doświadczam cały czas, od owego feralnego dnia, kiedy jedną moją duszę diabeł zaciągnął do piekła, a druga ugrzęzła między żebrami.

Zęby zgrzytają mi mimowolnie, aż ćmiący ból sięga oczodołów. Przymykam oczy, usiłując się go pozbyć choć na chwilę. Pieprzona Golicja i Głodomeria.

– Teraz też czuje pan taki głód? – pytasz, zniżając głos. Boisz się? Co z ciebie za terapeutka, skoro się boisz?

– Tak, choć nauczyłem się z nim funkcjonować.

Żeby nie powiedzieć: „żyć”.

– Zjadłem zresztą tuż przed naszym spotkaniem, żeby mieć czysty umysł i móc spokojnie z panią rozmawiać.

– A mogę spytać… – urywasz. Aż tak źle?

Ech, kobieto, spokojnie. Rozluźnij te palce, bo zaraz ci knykcie popękają, tak mocno ściskasz ten notes.

– Proszę. – Zachęcam usłużnie.

– Co pan zjadł?

– Raczej: kogo. Proszę się nie martwić, przeżył. Młody, silny mężczyzna. Wszystko odbyło się za jego zgodą. Dla niego to jakiś rodzaj fetyszu czy kinku, tak to się teraz chyba nazywa, prawda?

– Parafilii, mówiąc dokładnie – uzupełniasz.

– O, właśnie! Mamy wszak XXI wiek. Przez ostatnie sto z okładem lat zmieniło się sporo. Po co więc polować, skoro można zaciągnąć kogoś na ochotnika do sypialni czy darkroomu w klubie? Wszak w tym celu powstały – żeby possać to i owo, nie sądzi pani?

– Odbiegamy od tematu. Wróćmy do pana emocji. Co wywołało wówczas złość? Co pana wkurwiło tak, że do dzisiaj pan to uczucie pamięta i spina się pan teraz, aż palce panu pobielały?

– Hmm… Chyba chciałem, żeby przestało mnie boleć. Wie pani, tuberkuloza to okrutna choroba. Miałem nadzieję, że gdy zapadnie ciemność, przestanę czuć i wszystko się skończy. A tymczasem minęło ponad sto lat, a ja siedzę tu z panią i próbuję dostać się do dna własnej głowy!

– Może pan krzyczeć, wyrzucić to z siebie. Śmiało.

– Ja nie krzyczę!

Jedynie zgrzytam zębami. Gardło mam tak ściśnięte, że nawet gdybym chciał, nie byłbym w stanie wydobyć z siebie krzyku.

– Ja nie krzyczę. – Powtarzam na głos. – Obawiam się tylko, że ta złość tak głęboko wżarła się w mój umysł, że tłumi wszystko inne. Prócz niej i tego potwornego, ssącego (nomen omen) głodu, nic mi już nie zostało. Wie pani, kiedyś pisywałem wiersze. Lubiłem też jeździć do Lwowa. Pewnego razu, w niewielkim sklepiku na Sobieskiego, kupiłem aparat fotograficzny Kodaka, nowinkę wówczas, świeżo sprowadzoną z Ameryki. Zawsze chciałem rysować, ale nie miałem talentu. Aparat miał mnie w tym wyręczyć. Dwa lata później nasiliły się suchoty, skończyło się fotografowanie. Tęsknię… Wie pani, tęsknię za tą wrażliwością na świat, którą miałem. Ludzie nazywali mnie naiwnym, a ja po prostu byłem ciekawski.

– Nie myślał pan, żeby wrócić do fotografii? Nie musi pan korzystać z tlenku srebra. Ba! Nie musi pan korzystać z luster. Może gdyby wziął pan aparat do ręki i spróbował raz jeszcze spojrzeć przez obiektyw, zyskałby pan nową perspektywę na świat?

– Och, chętnie. Tyle że nawet podczas golden hour jest dla mnie zbyt jasno, a nocą nie mam czasu na hobby.

Kiwasz głową, wkładając w ten gest tyle zrozumienia, jakbyś chciała pozować jako alegoria psychoanalizy. Odchylasz się, zanurzając w oparcie uszaka, wreszcie rozluźniasz ramiona i przekładasz nogi ruchem godnym Sharon Stone, choć mniej efektownym, bo w spódnicy za kolano.

– Rozumiem, że chce pan pozbyć się tej złości, która powoduje dyskomfort. Hobby to byłby dobry start: przekierowanie energii z tego, co nazwał pan „wkurwieniem” na kreatywność lub wysiłek fizyczny. W pana przypadku sugeruję jednak kreatywność. Skoro na ulicy jest dla pana zbyt jasno, może spróbuje pan fotografii studyjnej? Mogą to być przedmioty, a nawet modele, którzy zgodzą się z panem pracować.

– Kto by chciał dla mnie pozować? W dodatku pracować tylko późnym wieczorem lub wcześnie rano? Zna pani kogoś takiego? Bo ja nie. – Muszę rozmasować kark, bo aż mnie spina na samą myśl. Nie jestem tylko pewien, czy z obawy, czy z ekscytacji.

– Jeśli ma pan miejsce w mieszkaniu, to proponuję rozejrzeć się za aparatem. Może pan zacząć od martwej natury, pun not intended. A gdy poczuje się pan pewniej, mógłby pan poszukać modela w internecie. Tylko proszę uprzedzić o swojej naturze. Nie powinien pan zatajać swojego stanu przed kimś, z kim wchodzi pan w tak intymny kontakt. Myślał pan o mężczyźnie czy kobiecie?

– Jestem wszystkożerny. Zdam się na los. – Mimo lat, wciąż lubię efekt, który wywołują w ludziach wyszczerzone kły. Z tobą nie jest inaczej.

– Rozumiem, że to żart. Pozwoli pan, że nie skomentuję. Chce pan kontynuować terapię? Możemy spotykać się co piątek o tej porze. Cena pozostaje bez zmian.

– Tak, proszę mnie wpisać w kalendarz.

– Oczywiście.

– Ach… i Kasandro…

– Tak?

– Dziękuję pani bardzo.


Uwielbiam nowoczesność. Jedną z nielicznych zalet nieśmiertelności jest to, że nie muszę się już tłuc pół godziny bryczką na stację, czekać na pociąg do Lwowa, i drałować z dworca na Sobieskiego tylko po to, żeby kupić aparat. Wystarczy chwilę pogrzebać w internecie, a potem czekać. Czekanie zawsze jest najgorsze.

Wydawałoby się, że jak człowiek istnieje ponad sto lat, to dwa dni oczekiwania na kuriera to pikuś. Ale okazuje się, że niecierpliwość jest jedną z tych cech, od których nawet śmierć człowieka nie uwalnia.

W końcu słyszę szelest kół na żwirze podjazdu. Chudzielec w żółtej, służbowej kurtce, wysiada z szoferki i obchodzi auto, żeby wyjąć przesyłkę z paki.

– Kurwa, dojechać na to zadupie… – Pachnie niemytym ciałem, przetrawionym tytoniem i B Rh+, prawdopodobnie z początkami miażdżycy. – Władysław Smoczyński? – Podaje niewielkie pudełko, nawet na mnie nie patrząc.

– Coś podpisać? – rzucam wprost w jego plecy, bo już zdążył zrobić w tył zwrot i znaleźć się w połowie odległości dzielącej mnie od ciężarówki. A podobno to wampiry są nadludzko szybkie.

Aparat jest malutki, zwłaszcza w porównaniu do mojego starego Kodaka. Kosztował za to wielokrotnie więcej. Na szczęście, mając dom na obrzeżach miasta i nie kupując jedzenia, bo to samo do mnie lgnie, nie muszę oglądać się na pieniądze. Mimo dwóch wojen światowych i koszmaru socjalizmu udało mi się zgromadzić całkiem spory majątek. Teraz pozostaje tylko rozgryźć instrukcję i urządzić w wolnym pokoju na parterze niewielkie studio. Przesłona… Czas naświetlania… ISO? Co to, do cholery, jest ISO?


Dogadanie się z aparatem zajmuje mi kilka ładnych dni, ale wreszcie udaje mi się uzyskać zadowalające efekty, nawet w świetle świecy. Wciąż nie mogę uchwycić własnej sylwetki, która w kadrze zdaje się li tylko rozmazanym cieniem, ale domowe przedmioty ustawiane w prowizorycznym studio wyglądają jak z obrazka.

Podobno fotografia to złodziejka czasu. Jej zadaniem ma być uchwycenie chwili, która w przeciwnym razie zniknęłaby bezpowrotnie. To złośliwe ze strony Kasandry, sugerować zajęcie się fotografią komuś skazanemu na nieśmiertelność. Ale może miała rację?

W ogóle nie chciałem rozpoczynać terapii akurat z Kasandrą. Liczyłem na spotkanie z doktorem Bulwerem, znanym specjalistą od wampirów, strzyg i podobnych przypadków, jednak przegrałem z czasem oczekiwania. Ból i niecierpliwość zwyciężyły – przekonany, że jeśli nie zacznę teraz, to nie zdecyduję się na terapię w ogóle, przyjąłem propozycję kierownika poradni. Kasandra, specjalizująca się głównie w ludziach i wilkołakach, nie mogła być przecież aż tak złą opcją, choć obawiałem się, że sam jej wygląd będzie mnie zbyt rozpraszał. Nie wspominając o umiejętności czytania w myślach. Jednak dałem radę – przeszedłem przez badania wstępne i przetrwałem pierwsze spotkanie.

To zaskakujące, że terapia wciąż wiąże się ze stygmą niemal tak wielką, jak wampiryzm czy lykantropia. Sto lat temu – zrozumiałbym. Jeszcze za życia czytałem wPrzyjacielu Ludu” o kobietach odsyłanych do zakładu, bo zbytnio interesowały się polityką albo nie hamowały śmiechu będąc w towarzystwie. Sam spotkałem kilku weteranów Wielkiej Wojny, którzy walczyli z demonami okopów, a dziś bez trudu otrzymaliby pomoc specjalisty. Sed tempora mutantur. Na szczęście.


– Jak panu minął tydzień?

Zrezygnowałaś z golfa, ale nie z bergamotki i trawy cytrynowej. Kształtna tętnica, niknąca za załamaniem obojczyka, pulsuje cudownie na twojej szyi. Miła odmiana.

– Dziękuję, całkiem znośnie. Kupiłem aparat, bo tym w telefonie nic mi nie wychodziło. I mam pierwsze efekty. – Uśmiecham się, tym razem kryjąc zęby za wąskimi wargami.

– To świetnie! Proszę powiedzieć, co pan czuł robiąc zdjęcia?

Nogi, znów zaplecione w karkołomnej pozie, schowałaś tym razem w szerokich spodniach. Podoba mi się współczesna moda. Taka… wszechstronna i dowolna. Szkoda, że moja siostra nie doczekała tych czasów.

– Przede wszystkim mogłem skupić się na zadaniu, na wykonaniu zdjęcia. Nie przestałem czuć złości ani głodu, ale wreszcie zyskałem w nieżyciu cel inny, niż tylko wyładowanie pierwszego i zaspokojenie drugiego. – Słyszę własny głos jakby z zewnątrz i orientuję się, że to prawda. Czyżby receptą na wampiryzm była kreatywność?

– To duży postęp. Proszę dalej eksperymentować z aparatem. A tymczasem wróćmy do pana historii. Wspominał pan, że w ostatnim okresie zajmowała się panem matka, prawda?


Co łączy terapię, gry fabularne i fotografowanie? Nadzieja, że spotkanie można podsumować słowami „udana sesja”. Nie wiem, co takiego ma w sobie Kasandra, jakie mechanizmy w mojej demonicznej duszy uruchamia. Ważne, że działa. Przywołanie wspomnień sprzed śmierci, szczególnie tych bardziej emocjonalnych, początkowo wydawało się trudne, ale wreszcie tama pękła i mogłem się w nich zanurzyć. Groziłoby to utopieniem we własnej głowie, ale w końcu jestem nieumarły. Byle trauma nie może mnie zabić. Wkurwić jeszcze bardziej – tak, ale nie zabić.

Wpatrzony w drżące w świetle przedświtu drobinki kurzu, wciąż obracam w głowie tamte obrazy sprzed wieku. Pierwsze promienie słońca, wdzierające się przez szparę między firankami, padają na portret mojej siostry, Anastazji – jedyną rzecz, którą udało mi się uratować, nim radzieccy towarzysze rozgrabili dwór, spalili sad, a chłopów odesłali do budowania Huty imienia Lenina. Nastia odpowiada mi spojrzeniem orzechowych oczu, filuternie wyglądających spod ronda słomkowego kapelusza. Pociągnięcia pędzla młodego podówczas Iwana Iwanowycza Trusza nadają Nastii wciąż pełen wigoru wyraz, choć przecież zmarła przed końcem pierwszej wojny, ledwie parę lat po mnie. Anastazja, po bożemu obdarzona tylko jedną duszą, zażywa pewnie teraz rajskich wygód. A może po prostu jej nie ma? Tak, tak chyba byłoby najprościej. Anastazji nie ma nigdzie poza tym obrazem, wspomnieniem pewnego upalnego lata z końca zaprzeszłego stulecia.

Zdrzemnę się chyba. A potem, o bardziej przyjaznej ludziom godzinie, zacznę poszukiwania modela lub modelki. Może wreszcie poznam kogoś, kto nie będzie nadawać się wyłącznie do zjedzenia?


Przygotowanie ogłoszenia zajmuje mi dłużej niż się spodziewałem. Starannie układam moodboard, łącząc wykonane przeze mnie martwe natury z obrazami dawnych mistrzów. Precyzyjnie dobieram słowa.

Amator z długim doświadczeniem szuka modela/modelki do zdjęć studyjnych. Zakres: portret, nagość zakryta, akt. Uwaga: jestem wampirem (niepraktykującym).

Słowo „wampir” z trudem przechodzi mi przez palce, nawet w zestawieniu z łagodzącym je kłamstwem. Choć dokładnie wiem, kim się stałem po śmierci, to wciąż wypowiedzenie go lub napisanie budzi we mnie wstyd i nienawiść do siebie samego. Czyja to w zasadzie wina, że urodziłem się z dwiema duszami?

Obawiam się, że po zobaczeniu ostatniej wzmianki nikt nie zechce odpowiedzieć. Ale po upływie kolejnych kilku godzin przekonuję się, ku własnemu zaskoczeniu, że jest zupełnie odwrotnie! Liczba wiadomości przekracza już tuzin, a kilka zgłoszeń wygląda bardzo obiecująco.

Wybieram trzy osoby. Jedna z nich odzywa się już po paru minutach. Weronika. Sama ma niewielkie portfolio i chciałaby uzupełnić je właśnie o akt. A co najważniejsze, słowem nie zająknęła się o mojej przypadłości! Łatwo poszło. Może nawet zbyt łatwo. Przekonam się już niedługo.


Przeszła przez bramę we wtorkowy wieczór, zaledwie na kilka chwil przed zachodem słońca. Niska, drobna szatynka, wśród ogromnych lip okalających dom wygląda na jeszcze mniejszą niż w rzeczywistości. Teraz podchodzi do werandy, uśmiechając się z pewnością, jakby długo oczekiwała tego, co ma tej nocy nastąpić. Zbliża się, kołysząc lekko biodrami i wyciąga rękę do śmiałego uścisku. Co ty masz w głowie, dziewczyno? Co chcesz mnie lub sobie samej udowodnić?

– Pani Weroniko, witam. Dziękuję, że zgodziła się pani mi pomóc. – Gdy cofasz dłoń, uśmiechasz się szerzej, jakbyś właśnie upewniła się, że nie gryzę. Przynajmniej nie od razu.

– Och, drobiazg! – Przyjemny, choć dość chropawy głos, współgra z okrągłą buzią i długimi, kasztanowymi włosami. – Mam nadzieję, że uda mi się zbudować porządne portfolio, więc każda praktyka się przyda. Ach i mam prośbę: mówmy sobie na „ty”, jeśli to możemy. Tak będzie łatwiej. Werka jestem.

– Władek, bardzo mi miło. Chodź do środka. Proponuję herbatę, pogadamy, co możemy razem zdziałać.

– Jasne, herbata brzmi dobrze.

Wchodzimy, a ty nie możesz się napatrzyć na wnętrze sieni i pokryte obrazami ściany salonu. Kiedy przynoszę z kuchni czarną cejlońską herbatę w czajniku z ćmielowskiej porcelany, uważnie studiujesz wzory, jakbyś oglądała najbardziej wykwintną holenderską zastawę. Czyżbyś była kolejną przedstawicielką pokolenia wychowanego w mieszkaniach wypełnionych nijakimi meblami z sieciówki, o pustych bielonych ścianach?

– Ładnie tu masz. – Zdmuchujesz parę znad filiżanki herbaty. – Moja babcia miała bardzo podobną porcelanę, dobrze mi się kojarzy.

– A dziękuję. Chciałem, żeby było jak w domu. Odkąd tu mieszkam, próbuję odtworzyć… wspomnienia? Tak, chyba tak. To oczywiście nie to samo, ale zawsze jakaś namiastka.

Przez cały PRL ratowałem, co się dało, żeby tylko nie zniszczyli tego komuniści. W efekcie mieszkam w czymś na kształt muzeum, ale sam jestem antykiem, więc nic dziwnego.

– Nie jesteś stąd? – Dziwisz się. To aż tak niezwykłe, że ludzie się przemieszczają? – Długo tu mieszkasz?

– Dość długo. I nie, nie jestem. Wychowałem się w Batiatyczach. To koło Żółkwi.

– W Ukrainie? Ale nie słychać u ciebie akcentu. Mam sporo znajomych z Ukrainy, ty brzmisz inaczej.

– Bo nie jestem Ukraińcem. Choć miałem sporo przyjaciół z Ukrainy. A potem przyszła wojna.

– Rozumiem. – Kwitujesz cichym westchnięciem.

Nie, nie rozumiesz. Nie możesz wiedzieć, że nie mówię o ostatniej rosyjskiej napaści, ani nawet nie o drugiej wojnie światowej, tylko o bratobójczej wojnie 1919 roku, w której zginęło zbyt wielu tych, których miałem przyjemność znać jeszcze za życia. Trudno, jesteśmy umówieni na sesję, a nie na wykład z historii regionu.

– Słuchaj, dość o mnie. Opowiedz mi lepiej o swoim doświadczeniu. Widziałem twoje zdjęcia, ale wspominałaś, że masz też jakiś pomysł na dzisiaj.

– Tak, widzisz… Marzą mi się zdjęcia à la lata dwudzieste. Mam trochę swoich rekwizytów, bieliznę, pończochy, gorset. Wiesz, w stylu dawnej burleski albo niemego kina. Te martwe natury, które wrzucałeś, przy takim miękkim świetle…

– Tak?

– To by był doskonały setting do takich zdjęć. Z resztą, podsyłałam ci wcześniej kilka propozycji. Przejrzałeś je, prawda?

Owszem, podsyłałaś. Propozycje takie, że nawet mnie, pozbawione tętna monstrum, przyprawiły o gorączkę. Do tej pory myślałem, że głód krwi jest najgorszy. Ale okazuje się, że pragnienia ciała również nie znikają wraz ze śmiercią.

– Prawda, pamiętam – stwierdzam na głos. – Słuchaj, to dopij spokojnie herbatę, a ja zrobię ci miejsce w studiu. Ustawię parawan, żebyś mogła się wygodnie przygotować. Tak będzie dobrze?

– Jasne. Nigdzie mi się nie śpieszy, jutro mam wolne. Pisałeś, że wolisz pracować wieczorem, więc najwyżej wrócę w nocy taksówką.

W twoim głosie dostrzegam podejrzanie dużo entuzjazmu, czy wręcz ekscytacji. Ale skoro już jesteś jedną z żywych osób, które zechciały mnie odwiedzić i jedyną, która zgodziła się zostać na dłużej, to co mam powiedzieć? Pozostaje tylko:

– Dzięki.


Znikasz za parawanem i przez chwilę widzę tylko kolejne sztuki ubrań lądujących na jego krawędzi. Ale wyobraźnia pracuje. Dość! To nie XIX wiek, sypianie z modelkami, zwłaszcza przy pierwszym spotkaniu, jest nieetyczne nawet jak na wampira.

– Nie masz przypadkiem jakiegoś lustra? – pytasz, wychylając zza zasłony głowę i odsłonięte ramię.

– Obawiam się, że nie. Widzisz, nie mam z luster żadnego pożytku, więc…

– Ach, rozumiem. Przepraszam, nie było pytania. Poradzę sobie z telefonem.

Mijają kolejne minuty, które wykorzystuję na ustawienie światła. Na szczęście żywy płomień mi nie szkodzi, więc przygotowuję zestawy świec i lamp naftowych, których miękkie światło sprawia, że nawet ktoś tak blady jak ja wygląda naprawdę… żywo.

– Wład?

– Tak?

– Możesz mi pomóc zasznurować gorset? Bo nie sięgam…

Nie pamiętam, kto stwierdził, że nie ma nic bardziej erotycznego niż katalogi z damską bielizną, ale zgadzam się z nim w całej rozciągłości.

– A to nie będzie… no nie wiem, nieprofesjonalne z mojej strony? Chyba nie powinienem cię dotykać – dopytuję przez parawan.

– Nie przejmuj się, Wład. Skoro proszę, to znaczy, że możesz.

Wychodzisz zza ekranu, perfekcyjna od końców doklejanych rzęs aż po noski czarnych czółenek. Odwracasz się tyłem, przerzucając związany czarną tasiemką warkocz przez ramię i ukazujesz szwy pończoch znikające pod wpiętą w klamerki pasa koronką.

Wyciągam dłoń, a palce drżą mi lekko, gdy sięgam do sznurówki gorsetu. Przeciągam sznurowadło przez dziurki, a gdy dociągam je coraz wyżej, zbliżając się do twojego karku, wzdychasz lekko.

– Za mocno? – dopytuję.

– Nie, w sam raz. Widzisz? To nic strasznego, tylko sznurek.

Odwracasz się i uśmiechasz do mnie, szczerze, serdecznie. Boże! Jak dawno nikt się do mnie nie uśmiechał!

– To co, zaczynamy?

– Tak – wzdycham, sięgając po aparat. – Zaczynajmy.


Nie jestem biegły w sztuce, ale swoje upodobania mam. Starannie ustawiam cię na planie, proponuję gesty i postawy. Zaczynamy od portretów, bliskich, intymnych wręcz kadrów. Po kilku próbach zmieniam oświetlenie, przestawiając lampy i świeczniki w inne miejsca. Miękkie światło rozlewa się na twojej twarzy, lśni w czarnych teraz oczach. Iskierki zdają się tańczyć na sztucznych rzęsach.

– Powiedz w ogóle, czym się zajmujesz? – pytam, nie odrywając oka od wizjera aparatu. Muszę przerwać ciszę, zbyt naelektryzowaną, napiętą jak przestrojona struna od skrzypiec.

– Generalnie w korpo pracuję, ale w sumie w twojej branży. – Uśmiechasz się znów, przerzucając włosy na drugie ramię. – Słuchaj, może narzucę koszulę? Sprawdzisz, jak to będzie wyglądać?

– Dobry pomysł. Podwiń trochę rękawy i obróć się, o tak. Co znaczy „w mojej branży”? Fotograficznej? – Poprawiam przysłonę i przymierzam się do kolejnego ujęcia.

– Nieśmiertelnej. Tak jakby. Tanatotechnologicznej. – Już nie uśmiechasz się, ale śmiejesz się na głos, szczerze i bez skrępowania. Jak ja ci zazdroszczę tej swobody!

– A dokładniej? – Mój palec zawisa nad przyciskiem migawki. Korporacja nieśmiertelności? Co to, u licha, za firma?

– Robię w cyfrowej nieśmiertelności. Wiesz, ludzie boją się śmierci. Więc dla naszych klientów budujemy w oparciu o sztuczną inteligencję taki jakby gadający portret, który ich zastąpi. Chyba żeby rodzinie nie było smutno.

– To nie jest nieśmiertelność – kwituję pod nosem. – To trochę bardziej rozbudowane epitafium.

– Ale wciąż wymaga obsługi. I ja tę obsługę zapewniam, jako taka… cyfrowa Charonka, można by rzec.

– Psychopompa.

– Co? – Unosisz brwi, słysząc greckie słowo.

– Psychopompa. Przewodniczka w zaświaty.

– A no właśnie. Psychopompa 3.0.

– I co, sprzedajesz ludziom śmierć w ładnym opakowaniu? – Odkładam aparat, przysuwam stołek i siadam naprzeciwko ciebie. Nie cofasz się, ale z wysokości oparcia fotela nachylasz się ku mnie, eksponując szyję i wyraźnie zarysowane obojczyki, wystające ponad krawędzią pozbawionego ramiączek gorsetu. Czuję twój ciepły oddech na własnej twarzy, widzę pierś unoszącą się w krótkich oddechach. Słyszę twoje tętno i cichy szelest zsuniętej na jedno ramię koszuli.

– Nie – szepczesz, wpatrzona wprost w moje oczy. – Ja im tę nieśmiertelność projektuję.

Powietrze między nami robi się gęste i gorące, trudno powiedzieć, czy od świec i nafty, czy może pod wpływem jakiejś chtonicznej mocy, która nas niespodziewanie połączyła. Powinienem zrobić przerwę, powinienem odsunąć się, wyjść stamtąd, wyprosić cię za drzwi. Nie na to się umawialiśmy. Nie tak zachowuje się fotograf. Powinienem. Ale twoja szyja jest tak blisko, pachnie tak cudownie… 0 Rh-, piżmem i słodkawym potem…

– A ty pragniesz nieśmiertelności? Mógłbym ci ją zapewnić. – Proponuję, nim zdążę ugryźć się w język. Oblizuję wargi, próbując uspokoić zbyt szybki oddech. Znów mam wrażenie, jakbym dostał gorączki. A może to tylko ciepło świec?

– Podobno nieśmiertelność to przekleństwo – odpowiadasz cichutko, zsuwając się z oparcia kanapy. Długa koszula, przed chwilą zakrywająca twoje nogi do połowy uda, podwija się, niemal odsłaniając pośladek i klamerki pasa do pończoch. – Wieczne cierpienie, lęk, głód. I nienasycone pożądanie.

– To wszystko prawda – trwam bez ruchu, a mój wzrok ogarnia całe twoje ciało, wyraźnie zarysowujące się teraz pod materiałem koszuli. – Nie mówię, że jest wspaniale. Pytam tylko, czy tego chcesz? Domyślam się, że po to tu przyszłaś. Portfolio? Dobre sobie, przez ostatnie sto lat nie miałem aparatu w rękach, nie mam nazwiska ani pozycji, żeby cię wypromować.

– Tak, byłam ciekawa. Ciekawska – poprawiasz się. – Kiedy tylko zobaczyłam dopisek do twojego ogłoszenia, nie zastanawiałam się ani chwili. Wciąż jestem ciekawska, wiesz Wład? Czy drogą do uzyskania nieśmiertelności jest zwykłe ugryzienie?

– Nie. – Przesiadam się na poręcz fotela, tuż obok ciebie. Pomyśleć, że mógłbym być twoim pradziadkiem! Ale nie jestem. Nie mam nad tobą żadnej władzy i nie mogę ci zabronić… – Zwykłe ugryzienie ma charakter, że tak powiem, konsumpcyjny. Żeby przenieść na kogoś wampiryzm, biorca musi być silnie podniecony, na granicy ekstazy. Nie bez powodu Francuzi nazywają ten stan la petite mort. Dopiero wtedy dochodzi do przeniesienia. A nawet wówczas nie ma stuprocentowej gwarancji, że się uda.

– Mam dzisiaj okres… – szepczesz, odwracając się ku mnie i kładąc dłoń na moim kolanie. Twoje drobne palce ruszają bardzo powoli w górę mojego uda, a włosy na karku stają mi dęba, jakby ktoś mnie prądem raził.

– Tym lepiej. – Ostrożnie wyciągam rękę, by pogładzić twoje włosy, takie miękkie i aksamitne w dotyku. – Chcesz tego?

– Tak.

Staję między twoimi coraz bardziej rozsuniętymi nogami i nachylam się do pocałunku, słodkiego i słonego jednocześnie, zupełnie jak krew. Klękam przed fotelem, a ty wysuwasz się na krawędź siedziska. Przez chwilę nasze usta znajdują się na tej samej wysokości – czuję twój język, badawczo dotykający moich kłów – ale zaraz schodzę niżej, na szyję, obojczyk, mostek.

Nasze oddechy przyspieszają. Sięgam lodowatymi palcami twoich pleców, usiłując rozplątać węzeł, który niedawno sam starannie zawiązałem. W odpowiedzi na moje wysiłki ty znów wybuchasz tym bezczelnym, serdecznym śmiechem. Wysuwasz się spomiędzy moich rąk i palcami lewej dłoni rozpinasz biegnące wzdłuż mostka haftki. Och, zdradziecka kobieto! Wcale nie potrzebowałaś wcześniej mojej pomocy!

Gorset opada na twoje uda, odsłaniając piersi i lekko zaokrąglony brzuch, o cudownych jak u rubensowskiej Gracji fałdkach. Zsuwam koszulę z twoich ramion i dotykam ustami parzącej niby w febrze skóry. Mój język zmierza coraz niżej, okrążając sutki i linią łączącą mostek z łonem zbliża się ku ukrytemu pod koronką majtek wzgórkowi.

Cofasz się, lekkim pociągnięciem dłoni unosząc mój podbródek.

– Poczekaj – szepczesz. – Mówiłam, że mam okres…

Sama wysuwasz majtki spod pasa do pończoch i sięgasz palcami po sznurek tamponu. Krew rozmazuje się na wnętrzu twych ud, plami palce. Pojedyncze krople wsiąkają w tapicerkę fotela.

– Przepraszam – reflektujesz się. – Nie mam chusteczek.

– To nic – odpowiadam. Wyłuskuję z twojej dłoni tampon i odrzucam go na podłogę, a ty wplatasz pokrwawione palce w moje włosy.

– Gotowy? – mruczysz jak kotka.

– Tak – potwierdzam i pozwalam ci przycisnąć moje usta do zakrwawionej wulwy, gorącej, cudownie mokrej i słonej.

Za życia byłem tylko z kilkoma kobietami, ale zdążyłem nauczyć się dawania przyjemności. I teraz całą tę wiedzę zbieram na końcu języka, z precyzją chirurgicznego skalpela wnikającego w twoje łono.

Cały staję się tym ruchem. Czas zatrzymuje się w miejscu. Nie istnieje nic więcej, tylko wilgoć, ciepło, smak krwi i twoje palce wplecione w moje włosy. Jak przez wieko trumny słyszę twój przyśpieszony oddech, czuję drżenie ud tuż przy moich uszach i towarzyszące mu pulsowanie tętnic szumiących pod jedwabiem pończoch.

Nie wiem, czy minęły minuty czy eony, czy może świat zdążył się skończyć, pozostawiając jedynie nas dwoje w istnieniu. Wiem za to, że wspinasz się na szczyt, prowadzona szlakiem mojego języka. Urwany krzyk i towarzyszący mu skurcz mięśni są dla mnie jak jasna flara na nocnym niebie. Odrywam usta od twojego łona, miejsce języka oddając palcom, i wgryzam się całą siłą w tętnicę udową, pozwalając świeżej krwi płynąć swobodnie w dół gardła. Piję więcej, znacznie więcej niż od zwykłego żywiciela, w zamian oddając ci własną przeklętą energię. Kiedy wreszcie kończę, pozostawiając między pachwiną a koronką pończochy ogromną, nabrzmiałą malinkę, zbliżasz się do granicy omdlenia.

– Wejdź we mnie – jęczysz słabym głosem, wciąż drżąc pod moimi palcami. – Błagam, wejdź we mnie.

Kobiety są faktem. A z faktami się nie dyskutuje.


– Została u mnie kilka kolejnych dni. A dziś rano, kiedy skończyła miesiączkować, nastąpiła przemiana.

– Może ją pan opisać? Tę przemianę? – Notujesz coś w zeszycie, Kasandro, nawet na mnie nie patrząc. Czy źle zrobiłem, zgadzając się na dobrowolny seks z aspirującą modelką?

– Ustanie akcji serca, wychłodzenie ciała, zmiana reakcji na światło. Nieodbijanie się w lustrach, nieuchwytność w obiektywie aparatu…

– Jak zareagowała?

– Na niemożność pozowania do zdjęć? Źle, choć bez gniewu. Nie przewidziała chyba takiego efektu. Ale przynajmniej ma tę ostatnią sesję. Z niej była bardzo zadowolona.

– Rozumie pan, że w zaistniałej sytuacji zalecałabym raczej martwą naturę? Uzyskał pan zgodę na seks, to dobrze, ale nie powinien pan dzielić się swoją przypadłością.

Ja jestem martwa natura, Kasandro. Ale rozumiem doskonale.

– Oczywiście.

– A teraz skupmy się na panu. Jakie emocje towarzyszyły panu podczas… spotkania z Weroniką? Co pan czuł?

– Satysfakcję – wypowiadam to słowo w twoim gabinecie po raz pierwszy. I cholernie dobrze smakuje w moich ustach. Niemal tak dobrze, jak jego przyczyna. – Dziką satysfakcję.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowane przez Kamil Exner

Pisarz, copywriter, antropolog. Zapraszam na kamilexner.com

Dodaj komentarz