Wielokrotnie powoływałem się na łamach tej strony na teksty Neila Gaimana. Czuję się zatem zobligowany, by dziś, kiedy pojawia się coraz więcej świadectw jego nadużyć seksualnych, skreślić kilka słów na temat podejścia do ideału i autorytetu w sztuce.
Gaiman przeprasza. Gaiman twierdzi, że wszystko odbywało się za obopólną zgodą. Gaiman odmawia szerszego komentarza. Ale kobiety, które miały z nim styczność, mówią coraz więcej. I bardzo dobrze. W sytuacji takiej dysproporcji i nierównowagi zawsze stanę po stronie osoby pokrzywdzonej. A oskarżanego niech sądzi sąd. Nie stoję w pozycji, z której mogę ferować wyroki czy zamykać ludzi do więzień. Mogę jednak mówić o tym, że cel nie uświęca środków a sława, bogactwo i dorobek artystyczny nie są żadnym uzasadnieniem dla naruszania godności i nietykalności drugiej osoby.
Patriarchat u władzy
To niestety nie jest odosobniony przypadek. Od wieków „wielkim tego świata” na sucho uchodziły różne przestępstwa i niemoralne postępki, przykrywane opinią o ich geniuszu. Morderca Caravaggio wciąż stoi na piedestale. Gnębiący kobiety swojego życia Pablo Picasso pozostaje jednym z najpopularniejszych malarzy w historii. Leonard Bernstein znęcał się psychicznie nad muzykami, w trosce o perfekcyjne wykonanie utworów. Podobnie Stanley Kubrick, który święcie wierzył, że doprowadzenie aktorek i aktorów na skraj obłędu zapewni jego filmom emocjonalną głębię.
Wszystkich ich (i niestety wielu innych) łączyło przeświadczenie o własnym geniuszu, który stoi ponad wartością ludzkiej godności, zdrowia, bezpieczeństwa. Większość, choć nie wszyscy, była mężczyznami, głęboko wierzącymi w wyższość własnych potrzeb, osadzonych w i dyktowanych przez patriarchat, ponad potrzebami innych – partnerek, współpracowników i współpracowniczek, osób postronnych.
Dopiero od niedawna ruchy takie jak #MeToo, paradygmat herstorii czy wreszcie zmiana pokoleniowa sprawiają, że głośno zaczynamy mówić o niegodziwościach nawet największych twórców, piętnować je i sądzić. Odważnym pokrzywdzonym zawdzięczamy to otwarcie na sprawiedliwość, która sięga po sprawców osłaniających się dotychczas sławą i geniuszem. Wciąż pozostaje jednak druga strona medalu.
Czas obalania pomników
Ludzie są ludźmi – można ich osądzić, skazać, ukarać. Ale co z dziełami? Branża filmowa chętnie sięgnęła po cancelowanie aktorów, na których padł choć cień podejrzenia (gorzej z producentami). Jednak pozostałe dziedziny sztuki zdają się stać w miejscu, nie bardzo wiedząc, co mają w tej sytuacji zrobić.
Ja również stoję na rozdrożu. Czuję niesmak, zgrzyt, dysonans poznawczy, patrząc na teksty Gaimana z dzisiejszej perspektywy, podobnie jak wówczas, gdy słucham Kaczmarskiego czy Młynarskiego (sic!), kiedy patrzę na obrazy Gauguina albo Caravaggia, oglądam filmy Kubricka czy grę Johnny’ego Deppa. A jednak dzieło jako takie zachwyca, urzeka formą i treścią. Bojkotować dzieła dlatego, że ich twórcy byli, mówiąc wprost, złymi ludźmi? Milczeć, dusząc w sobie wiedzę o ich czynach? Wydaje się, że tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi.
Pewne rozwiązanie sugeruje Sonia Kisza w swojej książce Histeria Sztuki oraz na instagramie. Proponuje odrzeć twórcę z nimbu geniuszu, spojrzeć na niego jak na człowieka, który podejmował po wielokroć złe, niemoralne decyzje. Krytycznie podchodzić do artysty oraz do instytucji, które go ukształtowały i wyniosły na piedestał. Nie odrzucać dzieła, ale patrzeć na nie jako na element kultury patriarchalnej, w której tkwimy. Wspierać ofiary ich działalności i przywracać pamięć osób, których twórczość rozkradali dla własnej sławy.
Piękno i dobro nie zawsze idą w parze
Wielokrotnie powtarzam, że sztuka (w tym literatura) jest rodzajem relacji. A jako taka wymaga szczerości. Dlatego przez tekst, przez dzieło, chcę również poznawać najbardziej wrażliwą część tworzącej je osoby. Kiedy ta wrażliwość okazuje się tylko konstruktem, skrywającym zło, okrucieństwo i obojętność na głos innych, traktuję ją jako kontekst dla dzieła. Przestaję widzieć dobrego człowieka, który chciał wlać w świat trochę piękna, ale zaczynam widzieć krzywdziciela, który pięknymi słowami pragnie przykryć własną naturę. Nie zamierzam rezygnować z podziwiania dzieła, ale zmienia się jego odbiór w mojej głowie.
Niestety jako społeczeństwo cały czas tkwimy w utrwalonych przez wieki ramach kalokagathii, czyli utożsamienia piękna i dobra, które zdaniem starożytnych filozofów musiały występować w parze. Aby przestać utożsamiać piękno dzieła z dobrem jego twórcy, musimy włożyć wysiłek w krytyczne spojrzenie na tekst, obraz czy film i oddzielić go od stojących za nim ludzi. Podobnie jak odchodzenie od innych patriarchalnych norm, zawieszenie kalokagathii na kołku historii zajmie nam dużo czasu. Ale warto zacząć już dziś.
Dzieło to nie twórca
Jeśli masz wyciągnąć z mojego tekstu choć jedną rzecz na przyszłość, niech to będzie to: twórca i dzieło są dwoma odrębnymi bytami. Równie dobrze zły człowiek może stworzyć coś pięknego, co dobry człowiek – coś okrutnego lub „nieprzyzwoitego”. Już rzymski poeta Katullus pisał w swoim niesławnym carmen XVI (cytuję w przekładzie Grzegorza Franczaka):
Czytając moje pikantne wierszyki
wyrokujecie, że jestem bezwstydny?
Poeta winien być zbożny i czysty,
i na tym koniec – wiersze być nie muszą.
Nie oceniaj dzieła po okładce ani twórcy po jego treści. Myśl krytycznie i mów krytycznie. A zanim obierzesz kogoś na swój bezsprzeczny autorytet, pamiętaj – wszyscy jesteśmy ludźmi i każde z nas ma możliwość czynienia dobra lub zła.
” Ale kobiety, które miały z nim styczność, mówią coraz więcej. I bardzo dobrze. W sytuacji takiej dysproporcji i nierównowagi zawsze stanę po stronie osoby pokrzywdzonej. A oskarżanego niech sądzi sąd. ”
Innymi słowy w rzyci mam to domniemanie niewinności bo „czucie i wiara silniej mówi do mnie” (w tym wypadku kobiece łzy które jak wiemy zawsze są szczere i niezdolne do manipulacji).
A mnie zawsze ciekawi co broniło wszystkim tym niewiastom pójść na policję? Czy może było tak że Gaiman ma rację i pewne tematy działy się za obopólną zgodą? Poza tym zawsze mnie intrygowało że ci sami ludzie którzy tyle mówią o sile kobiet w zasadzie w sytuacjach jakie Anglicy nazywają „he said/she said” odmawiają im właściwie podmiotowości.
PolubieniePolubienie