Na YouTube triumfy święcą długie serie, w których eksperci z poszczególnych dziedzin oceniają realizm książek, gier i filmów. Wszelkiej maści specjaliści, niekiedy bardzo trafnie, a innym razem mniej celnie sprawdzają, czy twórcy danego dzieła nie wzięli zbyt wielu wiadomości z kosmosu. Dlaczego tego rodzaju kanały zgarniają wyświetlenia idące w setki tysięcy?
Wciągająca rozrywka
Spójrzmy na tę kwestię z perspektywy odbiorcy. Zanurzając się w nawet najbardziej fantazyjnym świecie chcemy mieć poczucie, że to, co czytamy lub widzimy, mogłoby się przytrafić i nam. To podstawowa zasada immersji, wciągnięcia nas do świata przedstawionego lub wirtualnej rzeczywistości. Bez niej nie damy się uwieść twórcy i nie zaangażujemy się w relację z tekstem (grą, filmem) na tyle, by pozostać w niej na dłużej i sięgnąć po kolejne tytuły tych samych autorów. Dzieło, zamiast dostarczać nam pełnej przeżyć rozrywki, będzie nudzić i odstręczać. Aby więc osiągnąć możliwie pełną immersję, twórcy sięgają po różne środki zwiększające prawdopodobieństwo całej fabuły, jak i poszczególnych działań bohaterów.
Gra o wiarygodność
Odniosę się tu po raz kolejny do Incepcji, w której Nolan doskonale przedstawił proces twórczy. Wprowadzając Ariadnę w świat snów, Cobb tłumaczy jej, że w snach chodzi głównie o nastrój, który architekt może zbudować wykorzystując realne elementy – latarnie czy budki telefoniczne – i umieścić je w wyśnionej rzeczywistości.
Bardzo podobnie rzecz ma się z pisaniem literatury. Bo choć tutaj nie ma ryzyka zagubienia się w zbyt realistycznie odwzorowanym świecie, jak w przypadku nolanowskich snów, to jednak pełne odzwierciedlenie rzeczywistości nigdy nie jest możliwe. Tekst zawsze buduje pewien nastrój i scenerię, które Czytelnik będzie zasiedlać własnymi wyobrażeniami.
Literacki świat musi być możliwie wiarygodny, aby nie raził nas swoją sztucznością (lub do przesady sztuczny, jeśli gatunek tego wymaga, ale to już zupełnie inna para kaloszy), a jednocześnie powinien pozostawiać sporo miejsca na domysły – bo w pełni zrealizuje się dopiero w umyśle Czytelnika, a nie na kartach powieści.
Diabeł tkwi w szczegółach
Gdzie tu więc miejsce na ekspercki poziom troski o detale? Cóż, jeżeli chcę, żeby świat mojej powieści był wiarygodny, muszę zadbać o charakter postaci, aby zdawały się Czytelnikowi żywymi osobami, a nie powstałymi w głowie wyobrażeniami. Muszę zadbać o szereg drobnych detali – nawyków bohaterów, fizjologicznych szczegółów czy elementów otoczenia, które nadają prawdopodobieństwo scenie i całej fabule. Budują one nastrój, przygotowując grunt pod wyobrażenia.
Jeżeli pisałbym książkę o żołnierzu, nie tylko sprawdzę, jak działa broń, ale także jaka jest w dotyku, jak pachnie po wystrzale czy jak ciąży, powieszona na ramieniu. Jeśli w mojej historii pojawi się magia, poszukam istniejących wierzeń i wyobrażeń o czarach, by dowiedzieć się, jakie ta tajemnicza moc ma granice, jak wpływa na rzucającego czar i jakie koszty ze sobą niesie. Jeśli bohaterowie mojej powieści podróżują, upewniam się, że podczas tej podróży czas nie stoi w miejscu, zaś kiedy w jukach skończy się jedzenie, zaczną odczuwać głód.
Znany z drobiazgowości Umberto Eco, pisząc Imię Róży, chodził po schodach określoną odległość, by wymierzyć długość dialogu, który toczą Wilhelm i Adso schodząc z wieży. Pragnął, aby Czytelnik nie miał wrażenia, że przed końcem rozmowy powinni się znaleźć z milę od klasztoru, ani że zamienili trzy słowa na szczycie schodów, a później przez dwa piętra milczeli.
Ja nie posunąłem się aż tak daleko, choć pisząc Krzywdę, szczególną wagę przyłożyłem do scen walki, jakże istotnych w powieści „płaszcza i szabli”, każdą z nich własnoręcznie układając i sprawdzając, jakie działania szermiercze są najbardziej intuicyjne w danej sytuacji. Starannie liczyłem też odległości i czasy przejazdów konno w oparciu o XVII-wieczne mapy, a także pilnowałem faz księżyca, dbając o oświetlenie nocnych scen zgodnie z kalendarzem. To oczywiście drobne przykłady, a jeśli jesteście ciekawi szczegółów pisania Krzywdy, dajcie znać w komentarzach – chętnie wprowadzę Was do mojej pisarskiej kuchni, czekając na premierę książki.
Od wiary do wiedzy
Wracając do pytania z początku – skąd taka popularność eksperckich komentarzy, weryfikujących prawdopodobieństwo poszczególnych scen i działań postaci? Czytając książkę czy oglądając film, zakładamy podświadomie, że przedstawione wydarzenia są prawdziwe. Jako gatunek komunikujemy się za pomocą opowieści i to właśnie one są dla nas podstawowym źródłem wiedzy. W przypadku popkultury nie jest inaczej.
Skoro więc chcemy się czegoś z danej opowieści dowiedzieć, to również chętnie słuchamy specjalistek i specjalistów, którzy pomogą nam sprawdzić, czy daliśmy się oszukać twórcom. Przesuną nasze podejście z poziomu wiary („tak było!”) do poziomu wiedzy („mogło tak być, chociaż to uproszczenie”), oferując nam satysfakcję i poczucie racji lub poczucie zawodu.
Tworząc odpowiednio prawdopodobny świat przedstawiony, oszczędzam Wam, Czytelnicy, tego ostatniego. Po lekturze Krzywdy nie staniecie się może ekspertami od Ukrainy w 1645 roku, ale zyskacie ogólne poczucie, jak mogła wówczas wyglądać i jakie wrażenie wywoływać. Czy poszedłem na uproszczenia? Oczywiście – wszak nie da się w pełni odwzorować żadnego kawałka świata. Ale czy udało mi się uniknąć wywołania w Was poczucia zawodu? No cóż, o tym przekonacie się sami, kiedy przyjdzie czas.
Nie możesz się doczekać Krzywdy? Pamiętaj, Esencja Bezkresu i Szlak nieśmiertelności wciąż są w sprzedaży! Kupując je, wspierasz mój proces pisarski, a sobie dostarczasz kilkunastu godzin rozrywki.
To uczciwa transakcja, czyż nie?
Jeśli masz już moje książki, możesz mnie wesprzeć, wciskając zielony przycisk.