Ciekawi Was, co było dalej? Mam dla Was odpowiedź – pytanie, czy Wam się spodoba. Przekonajmy się!
Drobny, czarnowłosy chłopiec o zielonych jak malachit oczach, sięgnął do kolejnej gałęzi rozłożystej morwy. Wprawnie czepiając się palcami pochylonego ku ziemi pnia, podciągnął się wyżej. Przesunął się na wyższy konar z szelestem liści. A potem skoczył.
Rozłożył czarno-białe skrzydła sroki, chichocząc dziko i przeleciał tak nisko, że źdźbła traw połaskotały go po gołym brzuchu. Machnął skrzydłami kilka razy, wzlatując na cztery-pięć metrów i zachichotał ponownie.
– Widzę, że doskonale się bawi. – Oriana roześmiała się, odstawiając kubek z sokiem z granatów.
– Tak – mruknęła Amelia. – Nie nudzi się ani przez chwilę. Trudno się dziwić zresztą, nauczył się latać tydzień po tym, jak ogarnął chodzenie.
– A ty, jak się czujesz? – spytała Evridaikki.
– Dziękuję, świetnie. – Amy rozpromieniła się. – Chociaż ciągle uczę się kontrolować Korytarze. To jakby ktoś przywiązał mi sznurki do mózgu i powiesił na nich wszystkie kosmosy… Ach, no i w końcu latam szybciej od Kruka.
– W końcu?! – Thanatos udał oburzenie. – Kobieto z trzema parami skrzydeł, zostawiałaś mnie w tyle jeszcze w trakcie miesiąca miodowego!
– A mówią – parsknęła Oriana – że nie liczy się rozmiar, tylko technika…
Półleżeli na miękkiej trawie ogrodu otaczającego dom Thanatosa, czworoboczną willę w rzymskim stylu, w całości wzniesioną z czarnego marmuru, rozkoszując się dolce far niente olimpijskiego popołudnia. Oriana ułożyła się między nogami swojej żony, opierając głowę o jej granatowe piersi i pozwalając karmić się z ręki drobnymi winogronami. Amelia i Thanatos siedzieli po turecku, wsparci nawzajem o swoje plecy – Amy przodem do siostry i szwagierki, a Kruk twarzą do morwy, zaadaptowanej przez ich syna na małpi gaj.
Chłopiec znudził się najwyraźniej, bo wylądował pod drzewem, otrzepał skrzydła i podbiegł do ojca, wysoko unosząc bose stopy.
– Chodź-no tu, młodzieńcze! – Thanatos wyciągnął ku niemu ręce, a dziecko wpadło w jego objęcia z całym impetem. Siedząca po drugiej stronie Amelia aż zgięła się w pół, ku rozbawieniu swojej bliźniaczki.
– Pamiętasz ciocię Orę i ciocię Ev, Kratosie? – spytał Thanatos, kierując wzrok chłopca na siedzące obok kobiety. Kratos pokiwał czarnowłosą główką i cofnął się zawstydzony.
– No już, Thanatosie – uśmiechnęła się Oriana. – Nie męcz chłopaka, bo się zanudzi w naszym towarzystwie na śmierć.
– Pun not intended – rzuciła Amelia. Obie bliźniaczki roześmiały się swobodnie.
Czas wydawał się stanąć w miejscu, jak podczas wiecznej herbatki u Szalonego Kapelusznika. Jakby na świecie nie istniało nic więcej, tylko brzęczenie cykad, słodka woń kwiatów, miękkość trawy i lekki wiatr, niosący przyjemne, wulkaniczne ciepło. Ale Amelia wiedziała, że to tylko pozory.
– Sis? – spytała, niby mimochodem.
– Mhm?
– Byłaś ostatnio na Ziemi, prawda? Poza Aiaią?
Oriana pokiwała głową. Przełknęła kolejne winogrono, muskając przy tym lekko palce Evridaikki.
– Odwiedziłam mamę – powiedziała w końcu. – I Mata. Przynajmniej tyle mogłam dla nich zrobić. Choć te fale upałów i nieprzewidywalne burze strasznie dają w kość.
– Pieprzone globalne ocieplenie – mruknęła Amelia.
– Pieprzone ocieplenie – potwierdziła Oriana.
– Na szczęście na Aiai jest całkiem przyjemnie. – Miodowy głos Evridaikki zlał się z leniwą atmosferą pikniku. – A ja wreszcie przeprosiłam się z morzem. Kupiłyśmy żaglówkę, wiesz, Amy? I podręcznik do żeglarstwa.
– To dobrze. – Amelia ostrożnie wysunęła się spod pleców Thanatosa. Pocałowała męża, pogłaskała Kratosa po główce. – Nigdy nie jest za późno, żeby nauczyć się czegoś nowego.
– Swoją drogą… – Eberryjka sięgnęła po kolejną kiść winogron. – Nie wiesz, co dzieje się na Eberrosie? Sama nie miałam… – Zawahała się, szukając odpowiedniego słowa.
– Odwagi? – podrzuciła Amy.
– Potrzeby – poprawiła Oriana.
– Potrzeby – zgodziła się Evridaikki. – Nie miałam potrzeby, żeby tam wrócić.
– Wiem – powiedziała cicho Amelia i spojrzała porozumiewawczo na siostrę. – Ale to chyba nie jest rozmowa, którą chcesz tutaj prowadzić.
Oriana uniosła się i zawołała siostrzeńca.
– Kratosie? A może przekonamy się, jak szybko potrafisz latać? Ciocia Ev porozmawia sobie z mamą, a my tymczasem pobawimy się w ganianego. Co ty na to?
– Taak! W ganianego! – Chłopiec machnął skrzydełkami. – Ale ciocia… Tylko jedne skrzydła, nie więcej!
– Dobrze – Oriana uśmiechnęła się. – Tylko jedne skrzydła. Nie więcej.
Wstała, dźgnęła chłopca palcem w ramię.
– Gonisz, Kratosie!
I wystrzeliła w czarne niebo.

Jeśli podoba Ci się to, co robię, możesz mnie wesprzeć. Kup moje książki lub wciśnij zielony przycisk i dorzuć się do istnienia tej strony.
Jedna odpowiedź na “Szlak nieśmiertelności – epilog”