Jeśli masz na swoim koncie Grę o Tron, z pewnością pamiętasz scenę, w której naga Cersei jest prowadzona ulicami stolicy, a za nią kroczy septa Unella, dzwoniąc dzwonkiem i raz za razem krzycząc Shame! Shame! Shame! Odnoszę wrażenie, że każdy twórca ma taką swoją septę Unellę. Niektóre z nich krzyczą głośniej, inne – ciszej, ale nigdy nie milkną.
Wstyd towarzyszy nam wszystkim na każdym kroku. To mechanizm kontroli, emocja wywoływana u nas spojrzeniami, zachowaniami i niedopowiedzeniami innych. „No bo przecież, kto to widział, żeby [tu wstaw pozornie neutralne działanie, które jednak spowodowało u innej osoby dysonans poznawczy]”.
Shame! Shame! Shame!
Gwoli ścisłości, nie nazywam „wstydem” wyrzutów sumienia. Jeśli człowiek złamał normy moralne, zrobił komuś krzywdę, ukradł, zniszczył etc., a po fakcie czuje się z tym niekomfortowo, to znaczy tylko, że pozostały w nim jeszcze jakieś ludzkie odruchy. „Wstydem” określam konformistyczny worek, w którym mieści się wszystko to, czego społeczeństwo od Ciebie nie chce.
Strój zbyt wiele odsłania lub ma zbyt wyraziste kolory? Wstydź się! Nie masz oporów przed pokazaniem ciała na zdjęciu, na plaży, w saunie, w przebieralni? Wstydź się! Nie hamujesz się przed mówieniem o tym, co Cię boli? Wstydź się! Jesteś za mało inkluzywna/y? Wstydź się! Jesteś zbyt inkluzywna/y, więc ranisz uczucia konserwatystów? Wstydź się! Jesteś inkluzywna/y, ale nie w ten sposób, którego pożąda dana grupa? Wstydź się! Piszesz literaturę, tworzysz sztukę, robisz zdjęcia czy filmy, które łamią tabu? Wstydź się! Szukasz własnej drogi w życiu? Wstydź się! Nie masz śmiałości do działania, bo całe życie jesteś pod presją zawstydzania? Co z tego – wstydź się!
W okowach autocenzury
Przyznaj, że trudno jest funkcjonować w środowisku, które chce Cię cały czas kontrolować. Po pewnym czasie sam(a) zaczynasz się cenzurować, zasłaniać, wycofywać, milczeć – byle tylko nie czuć wstydu, że zrobisz coś nie tak. Nie chcesz, żeby inni myśleli, że nie przystajesz do grupy. A tymczasem właśnie z nieprzystawania do grupy rodzą się najlepsze rzeczy.
Zastanawiam się, ile twórczyń i twórców nie opublikowało swojego dzieła, ile modelek czy modeli nie zapozowało, ile aktorek i aktorów nie stanęło na scenie czy przed obiektywem – w obawie, że ktoś zobaczy ich emocje, ich ciała, ich wrażliwość i powie „wstydź się!”.
Tymczasem właśnie zamknięte w ciele człowieczeństwo, ukryte między słowami i gestami emocje, prezentowana przed obiektywem zmysłowość i intymność to główny język artystycznej komunikacji. Nieważne, czy mowa o napisaniu sceny erotycznej, czy pozowaniu do aktu albo zagraniu postaci wyłamującej się z norm społecznych – to w takich sytuacjach rodzi się prawdziwa sztuka.
Nie mam się czego wstydzić
Sztuka (w tym również literatura) zawsze powinna być blisko ciała, w tej najbardziej intymnej warstwie, gdzie oprócz emocji nie zostaje już nic więcej. Tę warstwę można potem pudrować środkami stylistycznymi, ozdabiać ornamentami opisów i zdobieniami narracji, ale to właśnie ona stanowi esencję. Dzieło to platforma komunikacji pomiędzy twórcą a odbiorcą, komunikacji niezwykle prywatnej, emocjonalnej i głębokiej.
A żeby osiągnąć taki poziom międzyludzkiej głębi i intymności, trzeba przekroczyć wstyd. Nie, nie pokonać go. Ta wredna septa z dzwonkiem w ręce wciąż gdzieś tam będzie. Ale mogę próbować ją minąć i przestać przejmować się tym, że stoję nago na ulicy King’s Landing. W ciele przecież nie ma nic złego.
Na pytanie: „a co ludzie powiedzą?”, chcę odpowiadać: „niech mówią, byleby nie przekręcali nazwiska”. Na okrzyk: „nie wstyd ci?” – „człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce”. Nie zamierzam się więcej wstydzić, krygować, mitygować, powstrzymywać przed mówieniem tego, co chcę powiedzieć i pisaniem tego, co chcę napisać – tak długo, jak to nie będzie krzywdzące dla innych. To jedyna granica, której zamierzam przestrzegać w literaturze.
Twórczości, podaj mi skrzydła
Wstyd jednak wżera się głęboko. Jego snute od pokoleń sieci oplatają nas wszystkich powrozami konwenansów, niewypadasiów i hańb. Muszę dobyć ostrza sztuki i wyrąbać sobie drogę przez tę pajęczynę, równie niemożliwą do rozplątania, co węzeł gordyjski. Nie wiem, czy ślady po krępujących mnie sznurach kiedykolwiek znikną z mojej skóry, z mojej wyobraźni, ale próbuję się wznieść ponad kłębowisko konformistycznych ram i wysoko w przestworzach wreszcie zyskać swobodę ruchu, słowa i myślenia.
Wstydu nie da się pokonać, nie da się go zniszczyć. Ale mam nadzieję, że da się go przekroczyć i zostawić za sobą, jak przeżytek innej epoki, zbędny w świecie jutra. Odciąć kotwicę zaplątaną w stare liny wraków i ruszyć w nieznane.
Na koniec zostawiam Cię z doskonałym wpisem Marty Mareckiej. Niech posłuży jako glossa, komentarz do tego tekstu. A może to ten tekst jest glossą do owego wpisu? Pozostawiam to Twojej ocenie.

Kliknij zielony przycisk, aby wesprzeć (moją) literaturę!
Jedna odpowiedź na “Każdy ma swoją septę Unellę”